Reklama

Reklama

Żużel. Grand Prix we Wrocławiu. Hat-trick Bartosza Zmarzlika. Ten finał wystawmy w muzeum!

Bartosz Zmarzlik zwyciężył obie tegoroczne rundy Grand Prix we Wrocławiu. W sobotę po raz trzeci w karierze wysłuchał Mazurka Dąbrowskiego na Stadionie Olimpijskim. Dolnośląscy kibice nie zobaczyli w finale Macieja Janowskiego, ale gorzowianin wynagrodził im to jedną z najlepszych szarż w historii żużla. Ostatni wyścig powinniśmy nagrać i pokazywać w muzeum przyszłym pokoleniom!

Cóż to był za turniej! Tor we Wrocławiu rozkręcał się przez niemal całą piątkową rundę, by w sobotę dostosować się do poziomu zawodników startujących  w cyklu Grand Prix. Światowa czołówka urządziła na Stadionie Olimpijskim zawody tak emocjonujące, że kibice będą je pamiętać przez najbliższych kilka lat.

Największym beneficjentem przemiany nawierzchni okazał się Tai Woffinden - Brytyjczyk zupełnie nie radził sobie w piątek, gdy zdobył zaledwie 5 oczek. Przed sobotnią rundą 3-krotny indywidualny mistrz świata odebrał od Krystyny Kloc i Andrzeja Ruski specjalne odznaczenie za udział w aż 100 turniejach Grand Prix, a już dwie godziny później po raz dwunasty w całej karierze zwyciężył rundę zasadniczą.

Reklama

Janowski startował jak na słuch

Podczas pierwszych 20 biegów kolejny dzień z rzędu nieco zawodził jednak Janowski. Reprezentant Polski co prawda wygrywał wyścigi, ale miał z tym sporo problemów, bo spod taśmy - którą system komputerowy trzymał dziś opuszczoną o wiele dłużej niż zazwyczaj - wychodził tak późno jakby startował na słuch puszczając klamkę sprzęgła dopiero słysząc, że rywale już to uczynili. Wykonywane przez niego akrobacje z pewnością podobały się kibicom, ale pod głową wrocławianina na pewno kotłowały się bardzo złe myśli. Szczególnie natężone były one zapewne po wyścigu osiemnastym, w którym przez 3,5 okrążenia męczył się z 19-letnim rezerwowym Bartłomiejem Kowalskim.

Tym bardziej cieszyli się jego fani, gdy okazało się, że Janowski trafił do drugiego półfinału, czyli tego, w którym tor jest już nieco odsypany, więc otwiera przed zawodnikami więcej możliwości do ścigania na dystansie. Niestety, kolejny raz fatalnie wystartował, a tym razem zabrakło mu na dodatek - operując żużlową nomenklaturą - szwungu pozwalającego na wyprzedzeniu Łaguty i Zmarzlika, którzy wjechali do finału. Kapitanowi Betard Sparty nie pomógł nawet fakt, że jego rosyjskiemu koledze z drużyny podczas jazdy poluzowało się i obróciło siodełko! Po emocjonującej walce w pierwszym z biegów półfinałowych i pokonaniu Emila Sajfutdinowa do Polaka i RosjaninadołączyliTai Woffinden i Leon Madsen. 

Hat-trick Zmarzlika

Wrocławscy kibice zgromadzeni na Stadionie Olimpijskim musieli błyskawicznie przestawić swoje nastawienie. W finale dopingować trzeba nie ich lokalnego ulubieńca, a rodaka urodzonego kilkaset kilometrów na północny zachód dalej. Polscy fani mieli spore podstawy, by oczekiwać od Zmarzlika trzeciego w karierze zwycięstwa przy Alei Ignacego Jana Paderewskiego 35. Sobotnie zawody zaczął co prawda od serii trzech drugich miejsc, ale dwa ostatnie wyścigi rundy zasadniczej oraz półfinał wziął jak swoje. 

Z trzeciego pola w wyścigu finałowym wyszedł jednak bardzo słabo - na wyjeździe z pierwszego łuku był ostatni. Nie z dwukrotnym mistrzem świata takie numery! Gorzowianin jechał tak szeroko, że tylnym kołem nie tyle mijał rogatki Wrocławia, co wręcz zahaczał tylnym kołem o Milicz, Brzeg, a może nawet Rawicz. Szybko przedarł się na drugą pozycję, ale Łaguta wydawał się niedościgniony. Komentujący te zawody Tomasz Dryła niemalże zdążył zaanonsować zwycięstwo Rosjanina, ale wówczas kapitan Moje Bermudy Stali przyciął do krawężnika i na mecie znalazł się o pół opony przed nim! Coś niebywałego! 


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje