Reklama

Reklama

Żużel. eWinner 1. Liga. Nie mów "hop" póki nie przeskoczysz, czyli jak w Bydgoszczy pękł balonik

Niedawno pisaliśmy o tym, że w Bydgoszczy panuje zbyt duży optymizm i przekonanie o tym, że Abramczyk Polonia bezproblemowo rozprawi się z Cellfast Wilkami, wejdzie do play-off, a następnie do PGE Ekstraligi. Zwróciliśmy uwagę na słynne powiedzenie "pycha kroczy przed upadkiem", które niejednemu już utarło nosa. Jak się okazuje, tym razem o znaczeniu tych słów przekonało się bydgoskie środowisko.

Przez większość sezonu Polonia prezentowała się raczej średnio, momentami wręcz słabo. Kiedy zespół odjechał trzy świetne mecze (ze Zdunek Wybrzeżem, Aforti Startem i Unią Tarnów), nagle zaczęto snuć wizje o tym, że tak jadący zawodnicy nie przegrają już do końca sezonu. Mało kto zwrócił jednak uwagę na to, że klasa dwóch z trzech powyższych rywali była delikatnie mówiąc, nie najwyższa. Jedynie wysoka wygrana z Wybrzeżem mogła robić spore wrażenie. Na forach, grupach i w komentarzach kibice prześcigali się w wymienianiu nazwisk, które za rok mogą wzmocnić Polonię, kiedy ta oczywiście będzie już w PGE Ekstralidze. Emil Sajfutdinow, Szymon Woźniak, Piotr Protasiewicz - takie propozycje padały najczęściej.

Reklama

Jedyną rzeczą do zrobienia było zdobycie trzech punktów w konfrontacji z Cellfast Wilkami Krosno. Nikt nie wierzył, że to może się nie udać, zastanawiano się jedynie nad rozmiarami zwycięstwa. Tymczasem od pierwszego biegu poloniści byli niesamowicie spięci, jakby przytłoczyło ich to wszystko, to o nich mówiono. Głupie taśmy, upadki, wykluczenia - w ten sposób meczu się nie wygra. W dodatku słaba atmosfera w drużynie. Jak bowiem inaczej nazwać sytuację, w której postronne osoby muszą rozdzielać team Nikodema Bartocha od Wadima Tarasienki, który miał pretensje do juniora o zachowanie na torze? Swoją drogą, Rosjanin bardzo obrósł w piórka. Wydaje się, jakby uderzyła mu przysłowiowa "sodówa", co widać po jego stylu bycia. Zwrócił na to uwagę choćby Jacek Frątczak w swoim felietonie.

Los bywa przewrotny

Teraz Polonia do awansu potrzebuje wygranej w Ostrowie, która jest mało realna. Dość powiedzieć, że tamtejsza Arged Malesa to najlepszy zespół tegorocznych rozgrywek. Bydgoszczanom niezależnie od składu, nigdy nie jeździło się tam dobrze. Potrzeba więc czegoś w rodzaju cudu, by Polonia weszła do play-off. Podobnie, jak potrzebowała cudu rok temu, by utrzymać się w lidze. Wówczas w zasadzie była już zdegradowana, ale wówczas w sobie tylko znany sposób dwa mecze na własnym torze przegrał Lokomotiv Daugavpils. 

W tym wszystkim największy spokój zarówno rok temu jak i obecnie, zachowywał prezes Jerzy Kanclerz, który w walce o utrzymanie mówił, że jeszcze nie wszystko stracone, a podczas tegorocznych rozgrywek wspominał jedynie, że on tego pędzącego pociągu nie zatrzyma. Niczego nie deklarował ani nie obiecywał. Zdawał sobie sprawę, że sytuacja może odwrócić się w jednej chwili. Tak właśnie się stało i porażka z krośnianami może spowodować, że za dwa tygodnie Polonia będzie już na wakacjach.

Dodajmy również, że jeśli prezes Polonii chce zrealizować swoją obietnicę złożoną przy przejmowaniu klubu, to musi awansować do PGE Ekstraligi za rok (zakładając, że nie uda się w tym sezonie). Może być to jednak znacznie trudniejsze niż obecnie. Pojawi się mocny spadkowicz z elity, którym może być Falubaz Zielona Góra lub GKM Grudziądz. Raczej w żadnym z tych ośrodków nie wyobrażają sobie dłuższego niż jeden sezon pobytu na zapleczu. 



Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje