Reklama

Reklama

Żużel. Dominik Kubera, człowiek bez palca, bohaterem finału PGE Ekstraligi

To on uratował remis dla Motoru Lublin w pierwszym finale PGE Ekstraligi. Zdobywając 16 punktów z bonusem nakrył czapką Macieja Janowskiego z Betard Sparty Wrocław (11+1), z którym rywalizuje o miejsce w reprezentacji. Dominik Kubera był jednak niepocieszony. – W ważnych momentach czuję taki stres, że za mocno ściskam kierownicę. Jeden punkcik więcej mogłem zdobyć – mówił Kubera przed kamerami nSport+.

Żużlowa Polska usłyszała o Dominiku Kuberze, gdy wygrał dwa biegi w finale PGE Ekstraligi 2015 Fogo Unia Leszno - Betard Sparta Wrocław. To był jego debiut. - Ja już o tym dawno zapomniałem, już tego nie przeżywam - mówił niedawno w jednym z wywiadów.

Kubera mógł stracić nogę

Trzy lata temu niewiele brakowało, by efektownie rozpoczęta kariera została brutalnie przerwana. Po kraksie na torze (mecz ligowy Fogo Unii z Falubazem w Zielonej Górze) noga zawodnika zakleszczyła się między łańcuchem i zębatką. Wtedy stracił mnóstwo krwi i palec u nogi. Lekarze musieli go amputować. Mogło być jednak o wiele gorzej.

Reklama

Robert Wardzała, który tamto zdarzenie oglądał z komentatorskiego stołka, opowiadał, że Kubera mógł stracić nogę, bo zębatka działa jak piła tarczowa. Zresztą kibice pisali wtedy do Wardzały o "zielonogórskiej masakrze piłą mechaniczną", bo tamten feralny dla Kubery mecz był rozgrywany w Zielonej Górze.

Strata palca wiele rzeczy Kuberze uświadomiła

Kubera na szczęście szybko poradził sobie z ranami i stratą, choć wiele osób zastanawiało się, czy utrata palca nie będzie dla niego traumą, przez którą straci pewność siebie na torze. Kubera mówił, że w pierwszych tygodniach po amputacji dokuczały mu bóle fantomowe (pomimo braku jakiejś części ciała człowiek nadal odczuwa ból w tej okolicy). Na szczęście szybko minęły.

Żużlowiec musiał sobie jeszcze wszystko poukładać w głowie. Kiedyś w rozmowie z "Przeglądem Sportowym" przyznał, że trochę mu to zajęło. Potraktował stratę nieco filozoficznie. - Dużo rzeczy po stracie palca sobie uświadomiłem, bo nic nie dzieje się bez przyczyny - mówił, dodając, że szybko musiał przestać rozpamiętywać wypadek. Łatwo nie było, bo każde spojrzenie na stopę przypominało mu o tym, co się stało.

Już nikt nie zastanawia się, dlaczego Dobrucki na niego postawił

Tamto zdarzenie pokazało, że Kubera ma charakter tak potrzebny do uprawiania tak ciężkiego sportu, jak żużel. Zresztą mówimy o zawodniku, który w ciągu siedmiu ostatnich sezonów aż 10 razy wystąpił w finale PGE Ekstraligi. O pierwszym już wspomnieliśmy. Ten ostatni był jednak fenomenalny. Jeśli ktoś jeszcze by się zastanawiał, dlaczego selekcjoner Rafał Dobrucki powołał do kadry Kuberę zamiast Macieja Janowskiego, to pierwszy finałowy mecz dał mu odpowiedź.

Kubera nakrył Janowskiego czapką, choć sam przyznał, że mógł pojechać lepiej. Mocno się jednak zestresował. - Rano w ogóle nie czułem atmosfery, ale im bliżej zawodów, to tego napięcia było u mnie aż za dużo - opowiadał tuż po meczu w nSport+.

Kubera przyznaje: fizycznie zawiodłem, ale głowa mnie poniosła

- Przerosło mnie to pod względem fizycznym, ale głową pociągnąłem i z tego się cieszę - skwitował żużlowiec, który przed ostatnimi biegami brał już zabiegi masażu rąk. Wszystko przez stres, który sprawiał, że bardzo mocno ściskał kierownicę. W końcu ręce nie wytrzymały.

Kubera ten sezon rozpoczął wystrzałowo. Potem zmarła mu mama, pojawiły się słabe występy, ale od pewnego czasu jest nieuchwytny. - Jedzie jak wściekły - przyznaje Sławomir Kryjom, menadżer MF Trans Landshut Devils.

Dopiero w Motorze przesiadł się do luksusowego auta

Co ciekawe, nikt z rodziny Kubery nigdy nie miał do czynienia z żużlem, choć w tym sporcie zwykle jest tak, że tradycja jest przekazywana z pokolenia na pokolenie. Inną ciekawostką jest fakt, że Kubera długo jeździł fiatem seicento, choć stać go było na coś lepszego. W Motorze przesiadł się do BMW, ale tam zawodnicy dostają te auta w ramach klubowego kontraktu.

Początkowo Kubera miał problemy z wagą. To nie było tak, że nie mieścił się w kevlar, ale było widać na nim zbędne kilogramy. Przy pomocy specjalistów zrobił z tym jednak porządek i teraz trzyma linię.

Przed sezonem sporo było zamieszania z jego przejściem, bo w Fogo Unii Leszno twierdzili, że Kubera nie porozmawiał z nimi poważnie o nowej ofercie, choć wiele klubowi zawdzięcza. Motor nie mógł potwierdzić żużlowca w listopadowym oknie transferowym 2020, bo wściekła Unia zażądała 800 tysięcy za transfer. Skończyło się na tym, że Motor nie zapłacił nic, tylko poczekał, aż Kubera będzie do wzięcia za damo. Zawodnik odpuścił z tego powodu jeden mecz, ale jakie teraz ma to znaczenie.



Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje