Reklama

Reklama

Żużel. Co oni robili w Grand Prix? Tomasz Chrzanowski wygrał trzy biegi i więcej w cyklu się nie pojawił

Wychowanek toruńskiego Apatora w 2004 roku niespodziewanie wywalczył awans do elitarnego grona uczestników batalii o indywidualne mistrzostwo świata. Jeszcze w tym samym roku dostał możliwość przetarcia się z najlepszymi i występu z dziką kartą podczas GP w Bydgoszczy. Tam wypadł bardzo słabo i zaczęto się zastanawiać, czy w cyklu będzie w stanie cokolwiek zdziałać. Wątpliwości okazały się słuszne.

Chrzanowski zawsze w Toruniu uchodził za duży talent. W zasadzie od najmłodszych lat skupiała się na nim uwaga miejscowych kibiców, bo mówino, że może bardzo wiele osiągnąć. Szybko zaczął osiągać sukcesy w kraju, był srebrnym i brązowym medalistą MIMP. Startował również w seniorskich finałach, ale krążków nie zdobył. Był finalistą IMŚJ (1999, 2001) oraz MEJ (1998, 1999). W lidze notował dobre wyniki, a wraz z Apatorem wywalczył w 2001 roku pamiętne złoto DMP. Po finale z Atlasem Wrocław kibice wbiegli wówczas na tor i chcieli podziękować wszystkim miejscowym żużlowcom. Rzucili się także na Chrzanowskiego.

Reklama

Zawodnik w Toruniu był pupilkiem. Nie tylko w klubie. Łagodnie potraktowano go także w sprawie karnej. W 2002 roku Chrzanowski śmiertelnie potrącił na pasach 55-letnią kobietę, ale do więzienia nie poszedł. Skończyło się wyrokiem w zawieszeniu i karą finansową. Wiele osób, w tym mąż ofiary, było tym faktem zniesmaczonych. Zaczęto się jednak zastanawiać, czy przypadkiem wchodzący w wiek seniora Chrzanowski nie jest na najlepszej drodze do rozmienienia swojej kariery na drobne.

Tym bardziej, że odszedł z Torunia. Postanowił kontynuować przygodę w niedalekim Gdańsku, ale powoli tracił renomę młodego, utalentowanego zawodnika. Musiał bronić się przed zmarnowaniem swojego potencjału i w Wybrzeżu wychodziło mu to całkiem nieźle. Wypominano mu jednak, że w międzynarodowych rozgrywkach niczego już nie zwojuje i na zawsze zostanie matadorem krajowych obiektów. Ta teza zresztą wydawała się całkiem słuszna i podstawna. Aż nadszedł 2004 rok, w którym Chrzanowski zaszokował środowisko i wywalczył awans do cyklu Grand Prix.



Podczas szalonych, pełnych biegów dodatkowych, zawodów w Vojens, Polak przegrał tylko z Antonio Lindbaeckiem. Jego awans był wielką niespodzianką, ale również swego rodzaju nadzieją. Kryzys w tamtych latach przeżywał wówczas Tomasz Gollob, Piotr Protasiewicz nie radził sobie w cyklu, a Sebastian Ułamek czy Grzegorz Walasek potrafili zaskoczyć raczej epizodycznie raz na kilka sezonów. Szansą na medale wydawał się Jarosław Hampel, ale wierzono także w Chrzanowskiego. Część ekspertów otwarcie twierdziła jednak, że do cyklu jest za słaby.

Dostał szanse konfrontacji z najlepszymi na świecie, jadąc z dziką kartą podczas jesiennego turnieju w Bydgoszczy. Nieco stonował wówczas optymistów, bowiem dwukrotnie dojechał daleko z tyłu i pożegnał się z zawodami (wówczas był to jeszcze sezon z tzw. eliminatorami). - Spokojnie, musi okrzepnąć - mówiono. Inni zwracali jednak uwagę na sposób porażek Chrzanowskiego, który był bardzo wyrazisty, jeśli można tak powiedzieć. Wyglądał, jak zawodnik o dwie, trzy klasy słabszy od reszty. Mimo tego, nastawiał się na dobry wynik w kolejnym sezonie.

Niestety, rezultat z Bydgoszczy nie był przypadkiem, tylko dowodem na to, że Chrzanowski raczej do cyklu się nie nadawał. W zdecydowanej większości turniejów odstawał od rywali, wygrał zaledwie trzy wyścigi na 45 przejechanych. Ani razu nie dostał się do półfinału, choć trzeba obiektywnie przyznać, że w niektórych zawodach miał na to cień szansy. Za jego najlepszy występ należy chyba uznać GP w Cardiff. Zajął tam dziewiąte miejsce z 7 punktami, a tuż przed nim sklasyfikowano Tomasza Golloba. Nie najgorzej wypadł także w GP Włoch, gdzie zdobył sześć punktów.

Znaczna część turniejów to było jednak polowanie na pojedyncze zdobycze i kończenie z 2-4 oczkami na koncie. Chrzanowski dosta brutalną lekcję żużla i jest jednym z najsłabszych stałych uczestników rywalizacji o mistrzostwo świata w historii, a już na pewno wśród tych od 2005 roku, czyli od momentu wprowadzenia nowych-starych zasad. Debiut torunianina przypadł bowiem akurat na sezon, w którym zrezygnowano z eliminatorów i każdy z uczestników miał do przejechania minimum pięć biegów. Dzięki temu uniknięto sytuacji, w których np. Andy Smith leciał do Australii, by odjechać tam dwa wyścigi.

Chrzanowski do cyklu już nie powrócił i trzeba szczerze powiedzieć, że raczej to nie był jego poziom. W większości lat swojej kariery solidny i pewny ligowiec, ale rzadko kiedy wygrywał z wielkimi światowymi gwiazdami. Jego kariera zaczęła pikować w dół, tułał się po klubach: Bydgoszcz, Grudziądz czy Łódź. Obecnie w teorii oficjalnie nie zakończył kariery, ale od dawna nie oglądamy go na torach. Można stwierdzić, że swój potencjał wykorzystał nie w pełni, bowiem początek kariery wskazywał na znacznie większe sukcesy.

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź

Dowiedz się więcej na temat: żużel | Grand Prix na żużlu | Tomasz Chrzanowski | Tomasz Gollob

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama