Reklama

Reklama

Żużel. Chwile grozy Andrzeja Huszczy. Legenda Falubazu opowiada o zakażeniu koronawirusem

Z koronawirusem nie ma żartów. Doskonale na własnej skórze przekonał się o tym Andrzej Huszcza. Najwybitniejszy żużlowiec w historii Falubazu z powodu problemów z oddychaniem trafił nawet do szpitala, z którego na szczęście wyszedł po kilku dniach. Wciąż jest jednak bardzo osłabiony.

Koronawirus uderzył w nasz kraj z niespotykaną dotąd siłą. W środę odnotowaliśmy kolejny rekord zakażeń i na razie nic nie zwiastuje na poprawę sytuacji. COVID-19 dotyka także środowisko żużlowe. Z wirusem aktualnie zmagają się między innymi Patryk Dudek, czy bracia Holderowie. Niewidzialny wróg nie oszczędził także Andrzeja Huszczy.

64-latek początkową fazę choroby opisał czytelnikom Gazety Lubuskiej. - Nie wiem, gdzie mogłem się zarazić, zupełnie nie mam na to pomysłu, jednak koronawirus mnie dopadł i mocno zachorowałem. Zacząłem się źle czuć dwa tygodnie temu. Myślałem, że mam zwykłą grypę, czy nawet przeziębienie, jednak gdy temperatura rosła coraz bardziej, zdałem sobie sprawę, że może to być coś gorszego. Gorączkę zbijałem ogólnie dostępnymi środkami. Gdy pięć kresek zeszło, uważałem, że już dobrze się czuję, ale za chwilę znów temperatura była wysoka.

Reklama

Andrzej Huszcza początkowo próbował walczyć z koronawirusem w warunkach domowych, ale po nasileniu się objawów musiał poprosić o pomoc specjalistów. - Zadzwoniłem po pogotowie, sprawdzili oddychanie, z którym miałam coraz większe kłopoty i stwierdzili wirusowe zapalenie płuc. Trafiłem na tydzień do szpitala. Tam cały czas podawano mi tlen i kontrolowano mój stan. Opiekę miałem znakomitą, mamy w Zielonej Górze piękną, nowoczesną placówkę. Nikomu jednak nie życzę tego, by musiał tam trafić. Wszystko widziałem z bliska. Podziwiam medyków, tych wszystkich, którzy opiekują się chorymi, bo wykonują bardzo ciężką pracę. Powinniśmy być im niezwykle wdzięczni. Jednocześnie dziwię się wszystkim tym, którzy są nieodpowiedzialni, lekceważą sytuację, w jakiej się znaleźliśmy i nie przestrzegają ustalonych zasad bezpieczeństwa - dodał legendarny żużlowiec.

Koronawirus dał mu w kość

Najwybitniejszy reprezentant w historii Falubazu Zielona Góra na szczęście opuścił już szpital. Nie oznacza to jednak, że 64-latek doszedł do pełni sił. - Jestem jeszcze bardzo osłabiony, ciężko mi utrzymać równowagę, na razie trudno się nawet chodzi. Żona zaproponowała mi spacer, ale jeszcze nie zdecydowałem się. Leżę w łóżku, tu na razie najlepiej się czuję. Mam kłopoty ze snem w nocy, ale daję sobie z tym radę, braki nadrabiam w dzień.

Pandemia koronawirusa wciąż przybiera na sile. Ważna jest więc w tej chwili zbiorowa odpowiedzialność wszystkich obywateli. - Bardzo wszystkim dziękuję za wsparcie i życzenia, które otrzymałem. Uważajcie na siebie, nie lekceważcie tej choroby, wszyscy musimy chronić się nawzajem. Pewnie wszędzie można się zarazić. Ja i moja żona "złapaliśmy" to, ale nie wiemy gdzie. Małgosia na szczęście przeszła chorobę lżej, w domu, ale też korzystała z aparatury tlenowej, którą mieliśmy. Mamy nadzieję, że unikniemy jakichkolwiek następstw zdrowotnych po koronawirusie - zakończył.

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje