Reklama

Reklama

Żużel. Boimy się zagranicznych juniorów, choć kiedyś sami wyszukaliśmy perełki

PGE Ekstraliga wyraźnie ma problem z juniorami. Niektórzy nie mają umiejętności na ligę, a jeździć muszą. Jednym z rozwiązań problemu mogłoby być wprowadzenie możliwości kontraktowania zagranicznego młodzieżowca. Polski żużel broni się przed tym jak może. To dziwne, bo kiedyś sam oszlifował sobie diamenty, które dziś stanowią o sile ligi.

Temat juniorów znów dostał bardzo dużo uwagi. Zaczęto bowiem zastanawiać się, co zrobić, żeby podnieść poziom młodzieżowych formacji z PGE Ekstralidze. Wśród pomysłów pojawia się opcja wprowadzenia możliwości zagranicznego juniora. Ten pomysł jak żaden inny jest jednak duszony w zarodku.

Strach zaćmiewa rozum

Trudno znaleźć przyczynę takiej niechęci. Wielu powie, że niby czemu mamy martwić się o innych, inni o nas się nie martwią. Jest w tym ziarno prawdy. Z drugiej strony zagraniczny junior to też dbanie głównie o własne gniazdo. Wyższy poziom zawodników podniesie rangę Ekstraligi, a to pomoże dyscyplinie.

Reklama

Strach przed wpuszczeniem zagranicznych juniorów sprawia, że zapomina się o takim okresie w lidze. W latach 2006-2010 kluby Ekstraligi mogły kontraktować na pozycje juniorskie zawodników spoza Polski. Eksperyment się udał, bo dziś możemy uczciwie zapisać na swoim koncie wychowanie kilku żużlowych perełek. Kto wie, jak potoczyłyby się ich losy, gdyby nie otrzymali szansy w naszym kraju.

Na liście wielkie nazwiska

Na pierwszy ogień idzie Tai Woffinden. Jako junior Brytyjczyk nie zachwycał, choć jeździć potrafił. W Ekstralidze zebrał jednak dużo doświadczenia, jako młodzieżowiec zaliczając w niej ponad 40 spotkań. Na pewno stworzyło to podwaliny pod jego późniejsze sukcesy. Kolejnym mistrzem świata w kolekcji jest Chris Holder. Australijczyk wszedł w ligę odważnie i też odważnie zaatakował mistrzostwa świata. Dziś jego forma nie zachwyca, ale kilkanaście lat temu nikt nie miał wątpliwości, że we Wrocławiu, a potem Toruniu rodzi się talent.

Znakomity rozwój można było dostrzec u Emila Sajfutdinowa. Gdy Rosjanin przyjeżdżał do Polski, zastanawiano się, kim on w ogóle jest. Rok po roku zawodnik udowadniał, dlaczego warto było na niego postawić. Podobny przypadek to Darcy Ward, choć jego rozwijająca się kariera została brutalnie przerwana. Ciekawych nazwisk znajdziemy więcej. Jednym z nich jest Martin Vaculik. Czy Słowak bez doświadczenia w polskiej lidze dziś należałby do ścisłej czołówki?

Czego się boimy?

Lista takich zawodników powinna napawać optymizmem. Widać, że ma to sens i działa na korzyść wszystkich. Przede wszystkim chodzi o jakość Ekstraligi. Skoro uważamy polskie zmagania za najlepsze, niech takie w istocie będą. Nowych fanów do dyscypliny nie przekonają Polacy, mający problem z pokonaniem czterech okrążeń, tylko młodzi chłopcy, którzy ambicją i chęcią pokazania się niejednokrotnie napsują krwi faworytom.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje