Reklama

Reklama

Żużel. Bez Hamulców. Miliony to za mało. Trzeba jeszcze wiedzieć, jak je wydać (felieton)

Motor Lublin jest obecnie najbogatszym klubem w PGE Ekstralidze, ale nie zrobił na giełdzie transferowej zakupów gwarantujących play-off.  Błędem Motoru była przyjęta strategia. Prezes Jakub Kępa powinien był kupować tak, żeby osłabić drużyny, z którymi będzie rywalizował o czwórkę. Tego nie zrobił.

Skład Motoru Lublin wygląda na papierze przyzwoicie. To jest drużyna, która może dostać się do czwórki, ale musi liczyć na łut szczęścia i potknięcia rywali. Jest to o tyle dziwne, że mówimy o klubie, który ma miliony, dokładnie 12, i jest najbogatszy w PGE Ekstralidze. W przypadku takiej drużyny prognoza powinna być inna - pewniak do play-off, a nawet mocny kandydat do jazdy w finale. Dlaczego tak to nie wygląda?

Reklama

Moim zdaniem Motor, czytaj prezes Jakub Kępa, obrał złą strategię. Skierował strumień pieniędzy nie w tę stronę, w którą trzeba. Miał grać tak, żeby osłabić Moje Bermudy Stal Gorzów, Eltrox Włókniarza Częstochowa czy Betard Spartę Wrocław, a on się uparł na ogołocenie z zawodników Fogo Unii Leszno, co też nie do końca mu się udało. Pozyskał jedynie Dominka Kuberę (Bartosza Smektałę już nie), ale żeby było śmiesznie, to nie pojedzie on w trzech pierwszych meczach, bo prezes Kępa nie chciał rozmawiać z Unią o ekwiwalencie i postanowił czekać, aż Kubera będzie do wzięcia za darmo, czyli po 3. kolejce sezonu 2021.

W sumie ten ruch z Kuberą nie jest taki zły (minusem są te trzy kolejki absencji). Tak samo jak pozyskanie Mateusza Cierniaka. Cała reszta mogła, powinna jednak wyglądać inaczej. Prezes Kępa powinien rzucić miliony na front słowacki i zawalczyć mocniej o Martina Vaculika. Osłabiłby Stal, a sam zyskałby armatę, jakiej mu brakuje. Jeśli Vaculik jest w Stali za 2,1 miliona złotych, to bogatszy Motor mógł położyć większe pieniądze i sprzedać zawodnikowi wizję drużyny, w której byłby liderem i gwiazdą pierwszej wielkości. Vaculika można było spokojnie wymienić na Mikkela Michelsena. Owszem, krążyły pogłoski, że Duńczyk ma ważny kontrakt, ale to nie była prawda. Dopiero w listopadowym oknie 2020 przedłużył umowę.

Kolejny błąd, to pozyskanie nie tego Polaka, co trzeba. Krzysztof Buczkowski, przy całym szacunku dla niego, jest tylko solidnym zawodnikiem po przejściach. Na dokładkę ten ruch nie osłabił żadnego z rywali Motoru. Tu trzeba było uderzyć do Szymona Woźniaka (jakby Stal jego straciła, to zostałaby z pustymi rękami), ewentualnie do Gleba Czugunowa czy Macieja Janowskiego (uderzenie w Spartę). W najgorszym razie skupić się na wyrwaniu Smektały, żeby Włókniarz nie miał się kim wzmocnić. Trudno zrozumieć, że klub ma 12 milionów do dyspozycji i nie wygrywa z Włókniarzem boju o Smektałę.

Mając skład: Vaculik, Grigorij Łaguta, Jarosław Hampel, Bartosz Smektała (Szymon Woźniak), Dominik Kubera (Gleb Czugunow), Wiktor Lampart, Mateusz Cierniak można konie kraść, a na pewno można odważniej patrzyć w przyszłość. I to nie tylko, dlatego że to wygląda lepiej niż Motor z Buczkowskim i Michelsenem, ale i też, dlatego że konkurenci wyglądają gorzej.

Najgorsze jest to, że Motor nie odrobił lekcji. Strategia na kolejne okno transferowe będzie chyba taka sama, skoro klub pracuje nad pozyskaniem Emila Sajfutdinowa z Unii. Raz, że jego pozyskanie jest wątpliwe, dwa, że operacja rozkradanie mistrza nic nie wnosi. Potrzebne są konkretne cele ze Sparty, Włókniarza czy Stali. To tam trzeba szukać gwiazd, którymi zamieni się najsłabsze ogniwa. Miliony to za mało. Trzeba jeszcze wiedzieć, jak je wydać.

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź!


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje