Reklama

Reklama

Żużel. Bez Hamulców. Kiedy klub staje się wyborczą trampoliną (felieton)

Robert Bagiński, autor bloga Nad Wartą stwierdza, że w Gorzowie droga do wielkiej polityki prowadzi nie przez partie, lecz przez klub sportowy. Też tak myślę. Zwłaszcza teraz, gdy prezes Marek Grzyb kokietuje, mówiąc: „temat mojego startu nie jest jeszcze przesądzony”. To zdanie świadczy jednak o tym, że taki temat jest. Moim zdaniem był od chwili wejścia pana Grzyba do Stali.

Radny Jerzy Synowiec skrytykował temat miejskiej dotacji dla Moje Bermudy Stali Gorzów, a prezes klubu Marek Grzyb kontrując, przez przypadek odsłonił się. Napiszę za redaktorem Bagińskim, że już nawet nie kryje swoich politycznych ambicji i tego, że chce zostać senatorem. No właśnie tak dokładnie jest.

Reklama

Oczywiście, pan Grzyb ma prawo do snucia planów o politycznej karierze. Dotąd jednak starał się z tym nie chwalić. Mówił raczej coś w stylu, że jak kibice poprą i powiedzą: startuj, to on to zrobi. Teraz, sprowokowany przez Synowca, opowiada, że za ostrym komentarzem radnego na temat dotacji kryją się motywy polityczne. - Bo oto mówi się, że rozpocznę karierę polityczną i prawdopodobnie zmierzę się z żoną pana radnego w okręgu 21 w wyborach do senatu - cytuję Grzyba za WP SF.

To oczywiście tylko moja hipoteza, ale stawiam, że było tak, że zanim pan Grzyb wziął Stal z rąk Ireneusza Zmory, to wcześniej porozmawiał z senatorem Władysławem Komarnickim. Ten obiecał, że załatwi mu miejsce na liście w kolejnych wyborach, a pan Marek w to uwierzył. Wszystko to, co dzieje się od tamtego momentu jest naturalną tego konsekwencją. Także atak na Synowca. A jak słusznie zauważa redaktor Bagiński, na końcu będzie tak, że pan Synowiec zostanie w Gorzowie i dalej będzie żył problemami miasta, a pan Grzyb, gdy tylko zakończy misję, zniknie i już więcej się nie pojawi.

Źle, kiedy klub nie jest celem, lecz środkiem do celu. To stąd mogą się brać wszystkie błędy. Stal zwyczajnie musiała złożyć wniosek o wielką kasę z budżetu miasta, bo jej prezes potrzebuje sukcesu. Na razie zmontował dobrą drużynę, ale teraz skądś musi wziąć środki na jej utrzymanie. Z potrzeby zaistnienia w mediach pojawiła się akcja Teneryfa. Fajna, ciekawa, ale nie w czasach koronawirusa. No a wyjazd, zderzony z prośbą o prawie 4 miliony z miasta, wygląda fatalnie. I jeszcze ten niefortunny cytat z akcji sprzedaży stałych wejściówek: Już za tydzień pozdrowienia z Teneryfy. Czy już kupiliście karnety?

Szkoda, że tak to wszystko wygląda, bo dwa lata temu nie ulegało dla mnie wątpliwości, że Stal potrzebuje zmiany. Przede wszystkim, dlatego że ekipa Ireneusza Zmory była już tym wszystkim zmęczona. Potrzeba było świeżej krwi, człowieka, który na nowo to rozkręci. Wtedy pojawił się pan Grzyb. Ze świeżą energią, z pomysłami. Różnymi, często mocno nietrafionymi, ale coś zaczęło się dziać.

Bardzo szybko okazało się jednak, że cała energia nowego prezesa idzie w złym kierunku. Fatalny główny doradca, robienie wrogów z ludzi, którzy mają odmienne zdanie i w zasadzie pozbycie się z otoczenia wszystkich tych, którzy mogliby konstruktywną krytyką pomóc w tym, by częściej sprawy Stali pchać na właściwe tory.

Mnie nie przeszkadzają ambicje polityczne prezesa. Nie mam jednak wątpliwości, że Stali niekoniecznie muszą one służyć. To istotny dla polskiego żużla klub, który zasługuje na poważne traktowanie. Pan prezes pewnie odpowie: odczep się redaktorze, bo za mną stoi kibice, którzy mnie popierają. Odpowiem tak: do czasu. Do momentu aż ta cała ta PR-owa kołderka okaże się za krótka. 

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje