Reklama

Reklama

Żużel. Bardzo niebezpieczne zachowanie Czugunowa. Dlaczego po defekcie nie zjechał na murawę?

16. bieg sobotniej rundy Grand Prix we Wrocławiu nadawał się do przerwania. Gleb Czugunow zanotował defekt motocykla, ale z sobie tylko znanych powodów pozostał w obrębie toru, nie zjeżdżając na murawę. Stworzył tym samym spore zagrożenie dla rywali, którzy jadąc blisko krawężnika, mogli nie zorientować się, że zawodnik ma defekt. Co ciekawe, uszło mu to całkowicie na sucho.

Już po starcie do wspomnianej gonitwy, u Czugunowa było widać wyraźne problemy sprzętowe. Motocykl Polaka przerywał, emitował gęste spaliny. Na drugim łuku zawodnik zjechał pod bandę, dając do zrozumienia, że w tym momencie bieg się dla niego zakończył. Zaczął jechać w kierunku murawy, ale zatrzymał się mniej więcej na kredowej linii, która przecież należy do toru i tamtędy często się jeździ. Czugunow postanowił tam właśnie spróbować znaleźć przyczynę awarii, przyglądając się swojemu sprzętowi. Nie przeszkadzało mu to, że wyścig trwał, a rywale mogli nie wiedzieć o jego defekcie, wybierając ścieżkę przy krawężniku. Doszło do niebezpiecznej i mocno ryzykownej sytuacji.

Reklama

Bartosz Zmarzlik, Maciej Janowski i Krzysztof Kasprzak ścigali się dalej, choć Czugunow pozostawał na torze. Trudno powiedzieć też, dlaczego sędzia nie przerwał tego biegu. W zasadzie należało to zrobić, bo przecież zawodnik stojący w obrębie toru stanowi ogromne zagrożenie dla reszty stawki. Najrozsądniejszą decyzją byłoby zapalenie czerwonego światła i ukaranie Czugunowa ostrzeżeniem. Do niczego takiego jednak nie doszło i naprawdę lekkomyślne zachowanie młodego żużlowca uszło mu płazem. Wśród licznie zgromadzonych kibiców panowało zgodne przekonanie, że za chwilę bieg zostanie przerwany. Tym większe było zdziwienie, gdy jego uczestnicy jechali dalej.

Dlaczego to zrobił?

Pozostaje pytanie o motywy zachowania Czugunowa. Gdyby to była rywalizacja ligowa, a jego partner jechałby na trzecim miejscu, jeszcze dałoby się to racjonalnie wytłumaczyć, choć nie byłaby to postawa sportowa. Zdarzyło się to jednak podczas zawodów indywidualnych. Złośliwcy powiedzą, że Gleb został na torze, bo Janowski jechał za Zmarzlikiem, ale takie teorie wydają się bezsensowne. Wiele wskazuje na to, że zawodnik nie zdawał sobie sprawy z tego, jak duże zagrożenie może stanowić. Być może również nie dostrzegł, że nie dojechał do murawy, tylko zatrzymał się na linii. Fakty są jednak takie, że takich rzeczy naprawdę robić nie można, bo innym razem może dojść do tragedii.

Większość kibiców pamięta sytuacje, w których defekt motocykla doprowadzał do poważnego upadku. Co prawda były to zdarzenia inne niż sobotnia akcja z Czugunowem, ale mogą one stanowić rodzaj ostrzeżenia. W 1995 roku Peter Karlsson nie zauważył defektującego Tomasza Golloba i staranował go, wjeżdżając mu w plecy. Doszło do tego w dodatku na torze w Bydgoszczy, na oczach miejscowych fanów. Niemal identyczna sytuacja zdarzyła się wiele lat później w trakcie memoriału Edwarda Jancarza 2016, kiedy to Peter Kildemand wjechał w Patryka Dudka, również defektującego. Na szczęście, obie wspomniane kraksy zakończyły się szczęśliwie. 



Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje