Reklama

Reklama

Żużel. Andrzej Lebiediew: Wilki Krosno? Prezesi chcieli podbijać stawki. Transferowe gierki mnie nie interesowały (wywiad)

Andrzej Lebiediew w szczerej i ciekawej rozmowie z Interią zdradza, że już po uzgodnieniu kontraktu z Wilkami Krosno odezwało się kilka klubów, które mocno go namawiały na zmianę decyzji. - Dałem słowo. Nie miałem zamiaru bawić się w transferowe gierki. Prezesi dzwonili, chcieli mnie uwikłać w podbijanie stawek. Niech każdy odpowie sobie sam na pytanie, czy serio jest sens zrobić w ostatniej chwili za parę groszy więcej unik i pobrudzić sobie nazwisko? - pyta zawodnik.

Kamil Hynek, Interia: Żałujesz, że podpisałeś przed sezonem 2020 kontrakt z PGG ROW-em Rybnik?

Reklama

Andrzej Lebiediew, zawodnik Wilków Krosno: Nie, dlaczego? Ten rok ułożył mi się wybitnie nieszczęśliwie. W wyniku kontuzji na początku rozgrywek skończyłem go właściwie już po dwóch meczach.

Chodzi o to, że mieliście nadwyżkę w składzie. Była rotacja. Zwłaszcza przed sezonem ta walka o występ w meczu musiała nieźle wysysać z was energię. Na treningach bandy trzeszczały?

Łatwo się domyślić, że w takich sytuacjach bardzo trudno o spokój. Każdy chciał jechać w zawodach, a nas na jedno miejsce było bodaj trzech. Nie powiem, że stres mnie nie dotknął, bo bym skłamał. Byłem pewny siebie, swoich umiejętności, motocykli. Nie wiem, jak inni, ja akurat koncentrowałem się na sobie, a nie rywalach.

Atmosfera w parkingu siadała?

Na pewno nie była idealna. Ale to normalne, kiedy pojawia się presja. Każdy z nas ma zobowiązania, rachunki do zapłacenia, a siedzeniem na kanapie rodziny nie wyżywisz.

Patrzyliście na siebie spod byka?

Trzeba oddzielić grubą krechą park maszyn i klimat wewnątrz zespołu od życia poza torem. My nie żywiliśmy do siebie urazy, byliśmy dobrymi kumplami. Wiadomo, że nie z każdym pójdziesz od razu na obiad, czy kolację, ale szanowaliśmy się. Kiedy jest napięcie ze strony klubu na wynik, ten stan podenerwowania udziela się wszystkim, nie tylko zawodnikom. Jeden żużlowiec zaczyna robić się wylewny, inny dusi emocje w sobie. Ścierają się różne światy, stąd może czasami wygląda to tak, że nie działamy jak jeden organizm. Opinie o kwasach były jednak zdecydowanie przesadzone.

Nie skupialiście się na przygotowaniu motocykli do meczów, tylko w środku tygodnia urządzano wam małe Grand Prix?

Nie było czasu porządnie sprawdzić sprzętu. Kiedy jesteś pewny, że wystąpisz w weekendowym spotkaniu możesz odłożyć jakiś motocykl bok, albo spróbować go jeszcze lepiej dopasować. Wziąć drugi, trzeci silnik, poeksperymentować, nie przejmować się, że na treningu parę razy z rzędu spod taśmy dostaniesz od kolegów w ucho. A tutaj nie mieliśmy praktycznie żadnego marginesu błędu.

Jakie miałeś relacje ze sztabem szkoleniowym?

Doskonale wiesz, że nie jestem konfliktowym człowiekiem. Przed każdym jest stawiane jakieś zadanie i stara się wykonać je najlepiej jak potrafi. Ja jestem od zdobywania punktów,

nie będę przecież uczył trenera, jak prowadzić drużynę. Teraz można się oczywiście wymądrzać, że koncepcja z minionego sezonu nie wypaliła, że działacze wyciągnęli wnioski, bo ta kadra na 2021 rok jest węższa. Ale nie myli się ten, co nie robi. Chcę też, żeby mnie dobrze zrozumiano, do nikogo z klubu z Rybnika nie mam żalu o, to co się wydarzyło. Życzę prezesowi oraz całemu ROW-owi powodzenia w nowym sezonie.

Kiedy postanowiłeś, że musisz zmienić otoczenie, że twój czas w ROW-ie mija? To było jeszcze w trakcie leczenia kontuzji?

Kiedy doznałem urazu, gdzieś z tyłu głowy zakiełkowała myśl, że chyba lepiej będzie jak poszukam nowego klubu.

A ze strony ROW-u był podjęty temat przedłużenia kontraktu, czy wyprzedziłeś prezesa Mrozka i przekazałeś mu odpowiednio wcześniej, że żadne pieniądze nie przekonają cię do pozostania w Rybniku?

To wyszło chyba naturalnie od nas obu. W ogóle nawet nie rozmawialiśmy o nowej umowie więc raczej mieliśmy podobne poglądy na przyszłość. Szczerze, to nie żałuję, że tak wyszło. Raz, że tak jak już wspomniałem nie czekałem na ofertę, a dwa i tak bym nie skorzystał.

Jesteś żużlowcem za dobrym na eWinner 1. Ligę, a za słabym na PGE Ekstraligę?

Wiele razy słyszałem podobną tezę. Nie boksują się z nią, co nie zmienia faktu, że zamierzam zadać jej prędzej, czy później kłam. Kilka lat temu trzymałem wszystkie najlepsze karty w swoich rękach, ale mi z niej wypadły. Los mnie trochę przeczołgał, ale ciągle mam swoje marzenia. Nadal są we mnie spore pokłady ambicji, aby wspiąć się znów na najwyższy poziom. Często kładę się spać i widzę siebie stojącego na podium cyklu Grand Prix.

Zamieniasz się z Rekina w Wilka. Dlaczego akurat beniaminek z Krosna?

To była krótka piłka. Przedstawiłem prezesowi Leśniakowi wydaje mi się niewygórowane warunki, a on je od razu zaakceptował. Był bardzo zdeterminowany, żeby mnie pozyskać, bardzo mi się to spodobało. Nasze spotkanie trwało może z dwadzieścia minut, przybiliśmy piątki i do domu. Dzięki temu w pierwszych dniach okienka miałem już klub i czystą głowę.

Gdyby decydowały pieniądze Lebiediewa w Krośnie by nie zobaczyli?

Wydaje mi się, że jest takie duże prawdopodobieństwo. Byłoby w czym wybierać, na stole leżało kilka innych, ciekawych, godnych rozważenie ofert, ale kasa była na drugim planie. Dałem słowo. Nie miałem zamiaru bawić się w transferowe gierki. Prezesi dzwonili, chcieli mnie uwikłać w podbijanie stawek. eWinner 1. Liga to nie jest PGE Ekstraliga, gdzie różnice finansowe są odczuwalne i sto tysięcy robi różnicę. Na zapleczu te kontrakty są porównywalne i moim zdaniem nie warte targowania się o najmniejszą złotówkę. Niech każdy odpowie sobie sam na pytanie, czy serio jest sens zrobić w ostatniej chwili unik za parę groszy i pobrudzić sobie nazwisko, rozmieniając się na drobne? Dla mnie nie.

Zasięgnąłeś opinii o Wilkach od innych zawodników zanim związałeś się z tym klubem?

Nasze środowisko jest dość małe, łatwo o informację dotyczącą klubów. Zrobiłem mały reaserch, podzwoniłem trochę więc nie parafowałem kontraktu z przysłowiowym kotem w worku (śmiech). Nie znalazłem osoby wśród byłych zawodników, która by wypowiadała się o Wilkach niepochlebnie. To są niby małe rzeczy, lecz z punkt widzenia sportowca szalenie istotne.

Wróciłeś pod koniec sezonu po kontuzji na kilka imprez. Uraz nie doskwiera ci już w żadnym stopniu, przygotowujesz się do nowego sezonu na pełnych obrotach?

Boli mnie tylko jedna rzecz. Nie mogę grać w piłkę nożną i bardzo nad tym ubolewam, ponieważ uwielbiam ten rodzaj aktywności fizycznej. Trudno, na szczęście jest to do przeżycia. Mam zamiennik w postaci kolarstwa.

A wysypiasz się? Niedawno urodził ci się syn. Gratuluję, bo razem z żoną wychowujecie już parkę?

Zgadza się. Mamy dziewczynkę i chłopczyka, zdobyłem zatem życiowy komplet (śmiech). A sen mam tak głęboki, że gdyby obok domu przejeżdżała lokomotywa, pewnie nie udałoby się jej mnie wybudzić. Udało się, bo dzieci są od urodzenia bardzo spokojne, córeczka nie dawała popalić i syn idzie w te same ślady. Mam tylko nadzieję, że się nagle nie rozmyśli (śmiech). Mało tego, budzą się później niż tata zbiera na pierwszy trening.

Uciekasz przed koronawirusem, czy już zdążyłeś go przechorować?

Może bezobjawowo, bo się nie ujawnił. Jeden dzień miałem gorączkę, ale na drugi już poszedłem trenować więc to chyba nie COVID-19. Na Łotwie, jak wszędzie, lockdowny, pełno obostrzeń, restauracje nie funkcjonują, po 22 można wychodzić na zewnątrz wyłącznie ze specjalną przepustką.

Wielu twoich kolegów z toru w przerwie zimowej idzie do normalnej pracy, żeby sobie dorobić. Tobie podobny pomysł nie zaświtał?

Od wielu lat już nie biorę pracy fizycznej. U nas na Łotwie się to średnio opłaca. Gdyby jednak liga opóźniała się w nieskończoność, pomyślałbym o tym. Trzeba też podkreślić, że Łotwa to nie Dania, bo pijesz do np. Klindta. W naszym położeniu ważny jest również uśmiech losu i znalezienie przychylnej firmy. Normalnie nikt pójdzie na to, żeby cię wziąć na trzy miesiące, na kilka dni w tygodniu. Poza tym inwestuję, pilnuję swoich drobnych interesów więc ten dopływ finansów jakiś jest.

Andrzej Lebiediew biznesmenem?

Co tu owijać w bawełnę, kiedyś kariera dobiegnie końca, a jeśli całe twoje życie kręci się wokół żużla, wykonujesz zawód, który kochasz, potem trudno będzie się przestawić. Mi się osobiście nie uśmiecha zasuwanie do roboty po zakończeniu przygody z czarnym sportem. Dlatego podejmuje kroki i staram się, aby z kilku źródeł zabezpieczyć spokojną przyszłość sobie i rodzinie. Nie chcę na stare lata gryźć paznokci i kombinować na ostatnią chwilę.

No chyba , że jest się Gregiem Hancockiem i jeździ do pięćdziesiątki.

To mi raczej nie grozi. Ale dopóki zdrowie pozwoli będę walczył o spełnienie dziecięcych marzeń małego Andrzeja (śmiech).

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź!

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje