Reklama

Reklama

Żużel. Anatomia upadku Unii Tarnów. Układy, marazm i polityka w tle

Unia Tarnów stoi nad przepaścią. Na naszych oczach sypie się jeden z najbardziej utytułowanych klubów żużlowych XXI wieku. Kibice grzmią, chcą zmian, ale niewiele mogą. Klubem rządzi wieloletni układ na czele, którego stoi prezes Łukasz Sady oraz Rada Nadzorcza. Kasa klubowa świeci pustkami, a sportowo drużyna prezentuje się najsłabiej od długich lat. Katastrofa, czyli upadek tego zasłużonego ośrodka żużlowego jest bardzo prawdopodobna.

Nieskonsumowane sukcesy

Lata 2004 i 2005 uznawane są za złote czasy w historii Unii Tarnów. To wtedy o sile drużyny stanowili bracia Gollobowie oraz Tony Rickardsson, a klub sięgnął po dwukrotne złoto Drużynowych Mistrzostw Polski. Żużlową spółkę wspierała wówczas Rafineria Trzebinia, a o Unii mówiło się jako najbogatszym klubie w Polsce. Tłuste lata jednak szybko minęły i zaczęły się mniej lub większe problemy. Od 2006 roku drużyna sportowa zaczęła zjeżdżać w dół, aż w sezonie 2008 skończyło się spadkiem. Później dzięki dużemu zaangażowaniu Grupy Azoty szybko udało się wrócić do Ekstraligi. Po kilku przeciętnych sezonach przyszedł ponownie złoty sezon 2012. Unia znów była bogata i mogła pozwolić sobie na największe gwiazdy pokroju Grega Hancocka, Janusza Kołodzieja, czy Macieja Janowskiego.

Hossa trwała mniej więcej do 2015 roku. Przez cztery lata z rzędu tarnowianie co roku zdobywali medal w Ekstralidze. Jednak już wtedy mogła zapalić się lampka ostrzegawcza, bo zespół odnosił sukcesy, ale tak jakby trochę siłą rozpędu. Drużynę opuszczali kolejni zawodnicy, a jej potencjał zwyczajnie spadał. Coraz mniej kibiców przychodziło na trybuny, a wsparcie ze strony Grupy Azoty nie było tak rekordowe, jak choćby nawet w pamiętnym 2012 roku.

Co się więc stało? Ówczesny trener Unii Marek Cieślak rzucił tezę, że sukcesy nie zostały odpowiednio skonsumowane. Zabrakło odpowiedniego marketingu, pójścia na fali sukcesu, pozyskania nowych sponsorów. Działaczom klubu, a więc prezesowi Łukaszowi Sademu (na swoim stanowisku od 2013 roku, wcześniej jako dyrektor ds. technicznych) oraz Radzie Nadzorczej było po prostu dobrze i wygodnie. Grupa Azoty dawała kasę, więc nie trzeba było się za bardzo napocić. Inna sprawa, że niepokojącym zjawiskiem był efekt rolowania zaległości względem zawodników. Klub praktycznie każdy sezon kończył na minusie, a zobowiązania regulował z wpłat sponsorskich na kolejny rok. To się nie mogło dobrze skończyć.



Prezes dzielił, a nie łączył

W tej całej układance osoba Łukasza Sadego jest ważna, ale pewnie nie najważniejsza. Niektórzy twierdzą, że jest on jedynie pionkiem w rękach Rady Nadzorczej. Takim wygodnym prezesem, który się dopasuje, nie będzie sprzeciwiał i idealnie wkomponuje w staroświecki model zarządzania klubem sportowym. Niestety, ale większość członków Rady to osoby mające młodość już dawno za sobą i niekoniecznie nadążają za aktualnymi trendami. Taka też stała się Unia Tarnów, czyli nijaka. Niby wszystko dobrze, jakoś się kręci, ale jednak marazm nastawał coraz większy. Krzysztof Cegielski, menedżer Janusza Kołodzieja powiedział kiedyś, że warto docenić sukcesy Unii, bo tak obfitych w medale lat długo może nie być. Teraz jego słowa nabierają pełnego wydźwięku.

Wróćmy jednak do osoby prezesa pod adresem, którego można by przygotować całą litanię zarzutów. Skupmy się tylko na tych najważniejszych, czyli bierność w pozyskaniu nowych sponsorów oraz niebywała tendencja do skłócania się ze środowiskiem żużlowym. Przed długie lata Sady tłumaczył się, że nie da się pozyskać nowych firm, które byłyby chętne do wspierania klubu z przyczyn gospodarczo - politycznych. Poza wszystkim średnią wizytówką jest popadający w ruinę stadion. To wszystko prawda, ale tylko w pewnym zakresie. Wokół Unii po prostu zaczęło dziać się źle, na jaw wychodziły kolejne trupy z szafy, więc nie ma się co dziwić, że potencjalni sponsorzy niechętnie podchodzili do tematu. Jakiś czas temu dotarliśmy do kilku byłych sponsorów klubu, którzy narzekali na olewackie podejście prezesa i mówili wprost, że z kimś takim nie chcą współpracować.

Kolejny temat to cała lista wspomnianych już konfliktów. Pokłócenie się z najlepszym w historii klubu wychowankiem Januszem Kołodziejem, trenerem Markiem Cieślakiem, czy wyrzucenie na bruk wieloletniego mechanika Sławomira Troniny. Coraz więcej ludzi wcześniej związanych z Unią są w niej teraz postrzegani jako persona non grata. To dla przykładu uznany trener Marian Wardzała czy były prezes i zasłużony działacz Zbigniew Rozkrut. Sady przez całe swoje rządy wykazywał się wyjątkową zdolnością do burzenia mostów. Tak w dobie XXI wieku nie prowadzi się klubu sportowego.

Zresztą osobnym tematem jest notoryczne zadłużenie, w jakim znajduje się klub. Zawodnicy miesiącami, a nawet latami muszą czekać na swoje wypłaty. To za rządów Sadego tarnowska drużyna z każdym rokiem obniżała poziom sportowy. Aż spadła do eWinner 1. Ligi, a dzisiaj spekuluje się, że czeka ją degradacja na najniższy poziom rozgrywek w Polsce.

Stadion, czyli wojenka polityczna w tle

Remont sypiącego się stadion to kolejny z nierozwiązanych problemów. Tutaj wielkiej winy Sadego i Rady Nadzorczej akurat nie ma, choć trudno nie odnieść wrażenia, że prezes ze zdolnościami PR-owymi i negocjacyjnymi jest raczej na bakier. W każdym razie Una ma bana na starty w PGE Ekstralidze dopóki obiekt nie zacznie spełniać oczekiwanych standardów. Od wielu, wielu lat mówi się o jego renowacji, ale na rozmowach się kończy. Jakiś czas temu wydawało się, że doszło do przełomu. Powstał nawet projekt. Schody zaczęły się na kompletowaniu budżetu. Miasta nie stać na to, aby w pojedynkę sfinansować inwestycję, więc prezydent Tarnowa Roman Ciepiela próbuje i łudzi się, że otrzyma finansowanie ze strony rządowej. Na to oczywiście nie ma szans, bo krajem rządzi Zjednoczona Prawica, a ta nie przyłoży ręki do sukcesu prezydenta, który wywodzi się ze struktur Koalicji Obywatelskiej. I tak oto mogą powstawać kolejne projekty, politycy snują szumne zapowiedzi, a remontu stadionu na horyzoncie jak nie było, tak nie ma.

Poza wszystkim polityka dotyka Unię jeszcze w innym obszarze. Zmieniające się władze Grupy Azoty raz są bardziej przychylne klubowi, a raz mnie. W najlepszych dla siebie latach klub zawsze miał w swoim otoczeniu polityka, który potrafił lobbować i zadbać o dobro klubu. Nazwisk wymieniać nie będziemy, ale dodajmy, że dawniej poza potentatem chemicznym Unię wspierały inne spółki skarbu państwa lub podmioty, w których politycy mieli sporo do powiedzenia. Tego teraz brakuje, nie ma żadnego dobrego "wujka", co też ma swoje przełożenie na takie, a nie inne położenie żużlowej spółki.

Marazm, który pociągnie klub na dno?

Wszystkie wymienione czynniki mają wpływ na to, że w klubie i wokół niego dzieje się po prostu źle. Nawet najbardziej zagorzali fani obecnej władzy Unii Tarnów zaczynają przyszłość widzieć w czarnych kolorach. Generalnie klub znajduje się obecnie w patowym położeniu. Jeżeli spadnie, a jest to bardzo możliwe, nie można wykluczyć, że będzie to koniec żużla w Tarnowie. Grupa Azoty podpisała umowę sponsorską tylko na rok, wiec może nie być zainteresowana wsparciem finansowym drużyny na najniższym szczeblu ligowym. A bez tego sponsora ani rusz. Z drugiej jednak strony, jeżeli dojdzie do przełomu i tarnowianie jakimś cudem się utrzymają, wspomniany już marazm będzie pogłębiany. Nierozwiązany pozostanie problem stadionu, nowych sponsorów, prezesa i wreszcie Rady Nadzorczej.

Puentując - tarnowski klub stoi nad przepaścią, a kibice pytają - quo vadis Unio?

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Reklama

Sprawdź

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje