Reklama

Reklama

Żużel. 9 grudnia rozprawa bohatera z pierwszej linii frontu walki z koronawirusem. Miał pić w karetce

Kiedy wiosną Polska walczyła z pierwszą falą koronawirusa Łukasz C., były żużlowiec Stali Gorzów, był bohaterskim kierowcą karetki, który spieszy ludziom na ratunek. Feralny okazał się dla niego kurs z 10 maja. Wtedy miał spożywać alkohol w karetce. Zauważyła to kasjerka, ona zadzwoniła na policję, która po przyjechaniu zbadała Łukasza C. alkomatem. Miał 0,99 promila. Jego proces rusza za kilka dni.

Dla żużlowego środowiska to był ogromny szok. Działacze, którzy mieli z nim styczność, podkreślali, że to był zawsze grzeczny, miły człowiek, który nie miał problemów z alkoholem. Miał za to papiery na dobrego żużlowca. Niektórzy wprost mówili, że wnuk słynnego Edmunda Migosia musi być dobrym zawodnikiem. Bogusław Nowak, pierwszy trener Łukasza C. mówi, że miał predyspozycje, bo był mały i zgrabny, w sam raz do żużla. Nie miał jednak dobrego sprzętu, bo rodzina nie miała worka pieniędzy na wielkie inwestycje. Rodzina wywierała za to presję, która zamiast pomagać, pętała nogi.

Reklama

Pędził 100 kilometrów na godzinę, żeby ratować życie

Po zakończeniu krótkiej kariery Łukasz C. został kierowcą karetki. W jednym z udzielonych w tym roku wywiadów mówił: - Kiedyś pędziłem 100 kilometrów na godzinę, narażając życie, teraz zdarza się, że jeżdżę szybciej, żeby to życie ratować - tak opowiadał o swojej pracy, która z powodu pandemii stała się jeszcze bardziej ryzykowna. - Człowiek nigdy nie wie, czy pacjent, którego wiezie, nie ma czasem koronawirusa.

Łukasz C. w nowych realiach bał się czasami wracać do domu. Bał się o żonę i córkę. Mówił, że chce je chronić, izolować od wszystkiego. Wiedział, że jako pracownik medyczny jest bardzo narażony na to, że może zostać nosicielem. Nie raz miał dylemat, czy nie zamienić domu na hotelowy pokój. Mimo trudnej sytuacji miał plan, by zostać ratownikiem medycznym. Chciał studiować. Zdarzenie z 10 maja wszystko zweryfikowało i postawiło pod znakiem zapytania. Stracił pracę i usłyszał zarzut kierowania pojazdu mechanicznego w ruchu lądowym w stanie nietrzeźwym.

Palnął głupstwo, złamał kodeks

Co stało się 10 maja? Oddajmy głos Łukaszowi Gospodarkowi, rzecznikowi Prokuratury Okręgowej w Gorzowie. - Łukasz C. miał w trakcie pracy podjechać wraz z sanitariuszem pod sklep spożywczy. Kupili tam alkohol i mieli go spożywać w karetce, co zauważyła kasjerka. To ona wezwała policję, która zatrzymała mężczyzn, gdy ci już odjechali spod sklepu. Przebadano ich alkomatem. Okazało się, że Łukasz C. ma 0,99 promila - wyjaśniał rzecznik, gdy sprawa wyszła na jaw.

Łukasz C. od początku odmawia komentarzy, a jego mecenas Patryk Broszko na początku czerwca wydał w jego imieniu oświadczenie: - Mój klient żałuje, że jego nazwisko, które jeszcze niedawno pojawiało się w mediach w pozytywnym kontekście walki z koronawirusem, teraz pojawia się w negatywnym kontekście.

Po przeprowadzeniu postępowania przygotowawczego sprawa Łukasza C. nabiera rozpędu. Życzliwi byłemu zawodnikowi ludzie żałują, że do tego doszło. Były prezes Stali Jerzy Synowiec przyznał, że jeśli zarzuty się potwierdzą, to trzeba będzie stwierdzić, iż Łukasz C. palnął wielkie głupstwo. Trener Nowak już kilka miesięcy temu ubolewał na łamach WP SportoweFakty, że w szkółce mieli taki plan, by wychować młodych zawodników, zbudować ich życiową postawę. Nowak mówi też, że każdy z jego podopiecznych zobowiązywał się do przestrzegania kodeksu, gdzie jedną z zasad sportowca było: nie pić.


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama