Reklama

Reklama

Żużel. 50. urodziny mistrza Golloba. Nauczył się żyć z bólem i ma tylko jedno marzenie

Kiedy w 2010 roku Tomasz Gollob walczył o tytuł mistrza świata, spisał testament. Żużel to sport ekstremalny, a on chciał położyć wszystko na jednej szali, by zdobyć to, o czym marzył od dziecka. Chciał jednak zabezpieczyć bliskich na wypadek, gdyby coś mu się stało. Ostatecznie udało mu się zdobyć złoto bez choćby jednego zadrapania. Od czterech lat, od wypadku na crossie, Gollob toczy kolejną walkę. Po kontuzji kręgosłupa został przykuty do wózka. Marzy, żeby znów stanąć na nogach.

Reklama

Jest 1999 rok. Grand Prix we Wrocławiu. Bieg finałowy. Prowadzi Jimmy Nilsen, ale za jego plecami szaleje Tomasz Gollob. Jedzie szeroko, w swoim stylu, by w decydującym momencie ściąć do krawężnika, wynieść się, odbić się od bandy i jak rakieta przemknąć obok Szweda.

Reklama

Później powie, że działał według planu. Każdy metr toru był przejechany z głową. Tomasz wybierał te ścieżki, które pozwalały mu jeszcze bardziej rozpędzić motocykl. Kibice na stadionie i przed telewizorami z wypiekami na twarzy oglądali wyścig, który przeszedł do legendy, a Golloba pokochali po nim nawet ci, którym wcześniej było z mistrzem nie po drodze. Zbigniew Boniek po tamtym finale padł przed Gollobem na kolana. Eksperci byli zgodni: to była jedna z najlepszych akcji w historii speedway’a.

Stracił rodzinę i miliony, zdobył złoto

Wtedy, w 1999 roku, Gollob nie zdobył złota. Przed ostatnią rundą doznał ciężkiej kontuzji i trzymany w domu na specjalną okazję szampan Dom Perignion musiał poczekać na otwarcie jeszcze 11 lat.

Mistrzem został w 2010 roku. Przed rozpoczęciem cyklu spisał testament, żeby zabezpieczyć bliskich na wypadek, gdyby coś mu się stało. Wiedział, co robi. Żużel to przecież dosłownie jazda bez hamulców. Motocykle, na których ścigają się zawodnicy, ich nie mają. A przecież na prostych te maszyny rozpędzają się do ponad 110 kilometrów na godzinę. To wszystko dzieje się na torze ogrodzonym bandą. Teraz te tory są w miarę równe, ale kiedyś często gęsto przypominały kartofliska, jak to kiedyś określił Krzysztof Cugowski, piosenkarz i wielki fan żużla.

Na złoto Gollob czekał 25 lat. Dla tego jednego jedynego celu poświęcił dosłownie wszystko. W 2010 roku wydał blisko 2,5 miliona złotych na sprzęt, logistykę i utrzymanie teamu. Przygotowujący mu silniki Szwed Jan Andersson dostał nie tylko wynagrodzenie za swoją robotę, ale i specjalną premię w wysokości 100 tysięcy dolarów. Gollob miał, o czym marzył, ale jak sam przyznał, przez dążenie do celu stracił rodzinę. Rozeszły się jego drogi z byłą już żoną Brygidą. W pewnym momencie przez media przeszła burza. Dziś to przeszłość.

Części zamienne się skończyły

Wiele osób mówiło, że po złocie w 2010 roku Gollob miał dać sobie spokój, że miał się skupić na kolejnym celu, jakim był start w Rajdzie Dakar. Profesor Marek Harat, lekarz Tomasza mówił mu: już nie mam dla ciebie części zamiennych. Gollob jednak chciał jeździć, już dla przyjemności, bo żużel właśnie to mu dawał. Nie bez znaczenia było też pewnie to, że po zdobyciu złota podpisał kilka dobrych kontraktów. W 2011 na ponad 3 miliony złotych ze Stalą Gorzów. Potem dwuletni na 5 milionów z Unibaxem Toruń.

Z każdym rokiem Gollob był coraz słabszy, ale wciąż rzucał się w oczy. W ostatnich latach był już tylko zawodnikiem domowego toru w Grudziądzu, swojego ostatniego klubu. Potrafił tam zrobić takie akcje, że ręce same składały się do oklasków. Przed inauguracyjnym meczem sezonu 2017 pojechał na zawody crossowe. Na treningu zaliczył upadek. Wzniesienie było niewielkie, do dziś wszyscy się zastanawiają, jak to możliwe, że taki motocyklowy mistrz przewrócił się w tym miejscu.

Chińczycy nie pomogli, nadzieja w Amerykanach

Już po wypadku mówił, że nie czuje nóg. Potem był szybki lot helikopterem do szpitala w Bydgoszczy i walka o życie, bo okazało się, że wewnętrzne obrażenia są dość poważne. Najpoważniejszy był oczywiście uraz kręgosłupa. Tomasz stracił czucie od linii klatki piersiowej w dół. Został przykuty do wózka, a już w pierwszych wywiadach udzielonych po wypadku zdradził, że jego życiu towarzyszy straszliwy ból, że żyje na środkach przeciwbólowych.

Próbował różnych rzeczy, wyjechał nawet na leczenie akupunkturą do Chin. Kiedy wrócił, jego organizm był tak zdewastowany, że lekarze kilka miesięcy walczyli o to, żeby znów mógł w miarę normalnie funkcjonować. Jego nową nadzieję jest wyjazd do kliniki w Stanach, ale czeka, aż skończy się pandemia. Wtedy ma polecieć.

Pokazał zdjęcie, które wywołało burzę

Jak kiedyś marzył o złocie, tak teraz marzy wyłącznie o tym, by stanąć na nogach. Całkiem niedawno wrzucił w mediach społecznościowych zdjęcie, na którym widać, jak stoi. Krzysztof Cegielski komentował, że ta fotografia pokazuje, jak mocno Tomasz walczy o to, by znów chodzić. - Stał specjalnej platformie, ale bez ćwiczeń i codziennej ciężkiej pracy nie byłoby to możliwe - mówił Cegielski, a Gollob dodawał: - Górne partie moich mięśni są na tyle mocne, że mogłem sobie na to pozwolić.

Gollob zdaje sobie sprawę, że nie stanie na nogi za dzień lub dwa, że to praca na lata. - Każdy dzień to dla mnie wyzwanie i walka. Nie codziennie zdobywam trzy punkty na mecie, ale w ogólnym rankingu pnę się nieustannie w górę. Determinacja, zaangażowanie i charakter sportowca pozwolą mi osiągnąć cel - napisał miesiąc temu na Facebooku.

Maratończyk, który nauczył się żyć z bólem

Tata Władysław Gollob nazwał kiedyś syna maratończykiem i powyższa wypowiedź to potwierdza. Niektórzy mówią co prawda, że misja Tomasza jest beznadziejna, ale on sam nie traci wiary. Jak wtedy, gdy już wszyscy postawili na nim krzyżyk w Grand Prix, a on zdobył złoto. - Poprzeczka została ustawiona wysoko, ale ostateczna wygrana będzie satysfakcjonująca, ekscytująca, a sama myśl o tym podnosi morale - dowodzi Gollob.

Kibice, widząc zdjęcie Golloba stojącego na platformie, zwariowali ze szczęścia. Tomasz natomiast cierpliwie czeka na nadejście dnia, kiedy znów będzie mógł stanąć o własnych siłach. Na razie cieszą go drobne rzeczy. Nauczył się żyć z bólem (spastyka wciąż mocno mu dokucza), a stan zdrowia pozwala mu coraz częściej wyjść do ludzi, jest też coraz częstszym gościem na Polonii Bydgoszcz. Ogląda treningi, podpowiada zawodnikom. Rady mistrza są dla wielu z nich bezcenne.

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź



Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje