Reklama

Reklama

Zostali mistrzami świata, a kluby w ich lidze regularnie upadają

Niespełna dwa tygodnie temu reprezentacja Wielkiej Brytanii wygrała finał Speedway Of Nations, zdobywając tym samym pierwszy tytuł mistrzowski od 32 lat, czyli od 1989 roku. Od razu rozpoczęły się dyskusje na temat tego, czy sukces reprezentacji przełoży się na poprawę sytuacji brytyjskiego żużla, w tym ligi, w której w ostatnich latach ubyło kilka klubów, a zwolnione miejsca nie zostały zapełnione przez nowopowstałe ośrodki.

O tym, z jak dużym problem mierzy się brytyjski speedway, najlepiej świadczy fakt, że tylko w tym roku jeden klub zniknął z żużlowej mapy kraju, a inny znalazł się nad przepaścią. Chodzi o zespoły, odpowiednio, Somerset Rebels i Newcastle Diamonds.

W przypadku tych pierwszych, klubu nie udało się uratować. Przyczyną takiego obrotu spraw były oczywiście problemy finansowe, częściowo spowodowane pandemią COViD-19. Doszło do sprzedaży znajdującej się na stadionie restauracji, a później podjęto decyzję o zakończeniu działalności klubu. Rozsprzedany miał też zostać klubowy majątek, np. dmuchane bandy. Zyski z licytacji miały zostać przekazane LPR, działającemu na terenie hrabstw Dorset i Somerset.

Reklama

Jednych udało się uratować, ale wiele klubów upadło

Los drugiego z klubów został uratowany, choć w pewnym momencie jego sytuacja wydawała się beznadziejna. W Newcastle szykowali się do meczu, który - jak się wtedy wydawało - miał być ostatnim po 92 latach działalności klubu, gdy gruchnęła tragiczna wiadomość. Jeden ze współpromotorów, Dave Tattum, zmarł w nocy poprzedzającej mecz z Birmingham Brummies. Sytuacja wydawała się być naprawdę beznadziejna. Na szczęście dla lokalnych kibiców, dotychczasowy dyrektor klubu, Rob Grant, po przeprowadzeniu odpowiednich analiz, podjął się kontynuowania bogatych żużlowych tradycji. Niedługo później znalazł się też nowy współpromotor, Dave Tinning.

Rebelianci z Somerset i diamenty z Newcastle to niejedyne kluby, które w ostatnich przechodziły poważne perturbacje, czy po prostu upadały. Trzy lata temu odbyły się ostatnie zawody na Arena Essex Raceway, czyli domowym obiekcie Lakeside Hammers. Podobny los podzieliły rakiety z Rye House, czy komety z Workington, a pszczoły z Coventry żyją tylko we wspomnieniach kibiców od 2016 roku.

Non omnis moriar

Nie wszystek umrę, czy w zasadzie nie wszystek umieram, mógłby powiedzieć brytyjski żużel, gdyby tylko umiał mówić. Choć liczba odradzających się ośrodków nie jest równa liczbie ośrodków upadających, należy się cieszyć, że w ogóle jakieś kluby wracają na żużlową mapę Wielkiej Brytanii.

Po 14 latach przerwy do ligi brytyjskiej ma powrócić drużyna Oxford Cheetas. Od wielu tygodni na obiekcie gepardów trwają prace renowacyjne, choć nie dotyczą one tylko toru żużlowego. W pierwszej kolejności zostanie oddany do użytku tor do wyścigów psów, które w Wielkiej Brytanii często przyciągają na trybuny więcej fanów, niż zawody żużlowe. Niemniej, motocykle też mają powrócić i to już w przyszłym roku.

Nadzieje na powrót żużla mogą mieć też w Bradford. Legendarny stadion Odsal został w tym roku dostosowany do wyścigów samochodów seryjnych, tzw. stockcarów i regularnie gościł zawody tego typu. Choć to ważny krok, bo został odnowiony tor, nie przesądza on powrotu żużla. Do tego potrzebny jest jeszcze promotor, który podejmie się prowadzenia klubu.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje