Reklama

Reklama

Zmuszanie do żużla, oczekiwania od najmłodszych lat. Synowie znanych zawodników wcale nie mają łatwiej

W historii żużla było już mnóstwo rodzinnych klanów, powiązanych ze sobą na podstawie różnych pokrewieństw. Przeważnie jednak jest tak, że jeździ ojciec, a potem jego syn. To rodzi wiele korzyści, bo w pewnym sensie pierwszy z nich odrabia swego rodzaju pańszczyznę i jest spora szansa, że syn nie popełni błędów ojca. Taka sytuacja ma jednak jeden ogromny minus - wielka presja spoczywająca na młodym zawodniku w zasadzie od samego początku sportowej kariery.

Zenon i Krzysztof Kasprzakowie, Mariusz i Rafał Okoniewscy, Mirosław i Mateusz Cierniakowie, Jacek i Krystian Rempałowie, Bernard i Maciej Jąderowie czy Piotr oraz Przemysław i Piotr jr Pawliccy - to tylko kilka z brzegu przykładów rodzinnych teamów, które pojawiły się na torach żużlowych. W wielu przypadkach dziecko oddziedziczyło po rodzicu najcenniejsze cechy żużlowca, np. Rafał Okoniewski dysponował równie fenomenalnym refleksem, jak jego ojciec. Co ciekawe, obaj mówili, że taka umiejętność to nie jest kwestia genów, a wytrenowania. Mariusz Okoniewski kiedyś słabo startował, więc nie miał wyboru, jeśli chciał się liczyć w tym sporci

Reklama

Dziecko żużlowca, które samo chce się ścigać ma jeden, niepodważalny atut w ręku, dający mu przewagę nad adeptem niepochodzącym z żużlowej rodziny. Jest to oczywiście dostęp do wiedzy i doświadczeń swojego ojca, który powoduje, że dany młodzian jest o kilka kroków przed kolegą, który musi sam uczyć się na błędach. Doświadczony w środowisku ojciec będzie w stanie doradzić i pozwolić uniknąć niebezpiecznych dla juniora sytuacji. Dlatego tak ważne jest, by każdy rozpoczynający karierę chłopak miał wokół siebie mądrego doradcę, bo sam może bardzo zbłądzić. Chociaż błądzić można i przy pomocy ojca, co potwierdza saga z udziałem Aleksandra Grygolca.



Jest jednak kwestia, o której się nie mówi, a w sposób bezpośredni wpływa na życie młodego człowieka. Chodzi o presję nazwiska. Nie jest powiedziane, że jeśli trzy poprzednie pokolenia twojej rodziny ścigały się na żużlu, to tobie też musi się to podobać. Otoczenie nie wyobraża sobie jednak innej możliwości i automatycznie wytwarza się presja. - Twój ojciec był taki dobry, nie zawiedź go - słyszą kilkunastoletni ludzie. Wiemy, jak może skończyć się przymuszanie kogookolwiek do robienia danej rzeczy. Bardzo zaszkodziło to Oskarowi Ajtnerowi-Gollobowi, który nigdy wprost nie powiedział, że chce być żużlowcem, ale gdy nazywasz się Gollob, to wyjścia nie masz.

Oklepany do bólu slogan "miał ojca żużlowca, będzie mu łatwiej" w życiu wcale się nie sprawdza, a wręcz po prostu jest nieprawdziwy. Weźmy nawet zamieszanie wokół młodego Cierniaka, którym zainteresowano się już z racji znanego żużlowo nazwiska. Gdy Mateusz pokazał dodatkowo, że oprócz nazwiska ma także umiejętności i talent, nie miał już spokoju. W zasadzie od pierwszych chwil kariery był pod lupą, a przecież te lata służą spokojnemu rozwojowi, bez zbędnej presji i oczekiań. Być może cały ten zgiełk przeszkodził chłopakowi, bo po wybuchu jego talentu pod koniec 2018 roku, początek kolejnego miał już słabszy.

Warto czasami zwrócić uwagę na to, że obecność ojca u boku ma jeszcze jeden aspekt, który może niekorzystnie wpłynąć na karierę. Posłużmy się tu przykładem Hansa Nielsena, który co prawda nie ma jeżdżącego na żużlu syna, ale jako trener duńskiej kadry sporo doradzał swoim zawodnikom. Wielu z nich skarżyło się, że takich porad nie chcą, bowiem to przestało działać jakieś 20 lat temu i Nielsen nie potrafi tego zaakceptować. Podobno Hans nie potrafi iść z duchem czasu i jego doświadczenia z przeszłości próbuje przekładać bezpośrednio na obecne czasy. W takich przypadkach zdecydowanie lepiej, by młody zawodnik miał menedżera z zewnątrz, który będzie w stanie spojrzeć na jego karierę w bardziej nowoczesny sposób.

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy