Zmarzlik nigdy w życiu tego nie czuł. „Sprawdzałem 10 razy czy wszystko mam”
Po raz czwarty w karierze Bartosz Zmarzlik został indywidualnym mistrzem świata. Choć Fredrik Lindgren chciał popsuć mu święto i deptał mu po piętach, nasz rodak nie dał sobie wyrwać pucharu. Zmarzlik po raz pierwszy w życiu czuł, że coś musi, a nie tylko może. – Sprawdzałem 10 razy czy wszystko mam – mówił po zawodach Bartosz Zmarzlik, który przyznał także, że po wydarzeniach w Vojens, to złoto smakuje lepiej.

Dzisiejszy dzień był zupełnie inny dla Zmarzlika, niż zwykle. Nasz mistrz nie mógł się doczekać początku zawodów, a czas leciał mu naprawdę wolno. Po raz pierwszy reprezentant Motoru Lublin czuł, że coś musi zrobić, a nie tylko może.
- Dla mnie to był naprawdę inny dzień, niż zwykle. Pierwszy raz w karierze miałem poczucie, że coś muszę zrobić, a nie tylko mogę. Po Vojens naprawdę chciałem udowodnić coś sobie i innym. Cały sezon powtarzam, że nic nie muszę, tylko mogę. Tym się kieruję. Pierwszy raz w życiu poczułem, że po prostu muszę coś zrobić, by udowodnić sobie wiele rzeczy sobie. Po tym co się stało w Vojens, to złoto smakuje trochę lepiej. Nikomu nie chciałem ucierać nosa, sobie chciałem coś udowodnić - powiedział Bartosz Zmarzlik.
Odetchnął z ulgą
Po wydarzeniach na duńskiej ziemi, Zmarzlik odetchnie teraz psychicznie. Obciążenie, którego doznał przez ostatnie tygodnie było ogromne.
Czuję się świetnie. Teraz będzie mi się żyło lepiej psychicznie po tym Vojens. Nie chcę już spekulować czy to wykluczenie to była słuszna decyzja czy nie. To był mój błąd, moja wina. Zależało mi dziś na tym, żeby wygrać, wziąć odpowiedzialność na swoje barki.
Zmarzlik wyznał także, że czuł się fatalnie po duńskiej rundzie Grand Prix. Nie mógł się odnaleźć. - Pierwsze dni były ciężkie. Miałem dużo stresu, było wyrywanie włosów, a już i tak jestem prawie łysy. Na pewno o pięć lat skróciło mi się życie przez ten dzień. Przez dwie doby nie odzywałem się praktycznie nigdzie, nawet w domu. Chciałem to wziąć na spokojnie. Wiedziałem, że piękny dzień może nadejść całkiem niedługo, tylko te dni trzeba było przeżyć - powiedział Zmarzlik.
Kontrolował, czy ma dobry kevlar
Tym razem Bartosz Zmarzlik nie chciał ryzykować. Dziesięć razy sprawdzał, czy wszystko ma, a na swój kevlar co chwilę zerkał. Łóżko Zmarzlika miało w dniu toruńskiej rundy Grand Prix mocne przyciąganie, przez co trudno było mu wstać i się zebrać.
- Proszę się nie śmiać, ale naprawdę zerkałem na kevlar. Trochę wziąłem to humorystycznie. Dobrze mi się spało. Nie mogłem wstać, bo ustawiłem budzik na 7:30 i powiedziałem sobie, że muszę iść biegać. Wstałem po ósmej. Budzik dzwonił, ale nie mogłem wstać. Udało mi się pobiegać i wyluzować, a później zjadłem szybkie śniadanie. Wcześnie z teamem przyjechałem na stadion, bo czekało nas dużo zajęć. Sprawdzałem po 10 razy czy wszystko mam, bo po prostu nie chciałem dopuścić wszystkich innych złych okoliczności, by mogły popsuć mi ten dzień. Kiedy przyszła 19:00, to wiedziałem, że jest wszystko w moich rękach - skomentował Zmarzlik.
To był kapitalny sezon w jego wykonaniu, choć borykał się z problemami
Zmarzlik przyznaje, że w ostatnich tygodniach borykał się z problemami sprzętowymi. Końcówka ułożyła się po jego myśli i podczas Grand Prix w Toruniu czuł się jak stary, dobry Zmarzlik.
- Mieliśmy problemy w ostatnim czasie, a w ostatnich tygodniach nie czułem się najszybszy, aczkolwiek na koniec sezonu byłem Bartkiem tym, którym lubię być. Wygrałem pięć rund Grand Prix. Myślę, że to kolejny bardzo dobry sezon - zakończył Bartosz Zmarzlik.













