Reklama

Reklama

Złote dziecko żużla. Śmierć taty zahamowała jego karierę, choć i tak został bohaterem najdroższego transferu

Był w setce najbogatszych sportowców, choć nigdy nie podpisał milionowego kontraktu. W 1999 roku Stal Gorzów zapłaciła za niego 600 tysięcy złotych, co było wyrównaniem transferowego rekordu Tomasza Bajerskiego. Nie osiągnął jednak sukcesów na miarę swojego talentu. Rafał Okoniewski dziś mówi, że to przez śmierć taty i kontuzje. – Cieszę się jednak, że skończyłem z jazdą w jednym kawałku – dodaje.

Gdyby bieg żużlowy kończył się na dojeździe do pierwszego łuku, to Rafał Okoniewski byłby wielokrotnym mistrzem świata. Mało kto miał taki refleks jak on. Eksperci podkreślali, że ten atut dostał w genach od taty Mariusza Okoniewskiego, byłego żużlowca, który również uchodził za świetnego startowca. 

Reklama

Złoto uciekło przez silnik Crumpa 

W wieku juniorskim uchodził za wielki talent, takie złote dziecko polskiego żużla. Tata Mariusz zabierał go na treningi na minitorze i cierpliwie uczył go tego trudnego i wymagającego sportu. Trenowali w trójkę, bo Okoniewskim towarzyszył jeszcze młodziutki Jarosław Hampel, o którym wtedy mówiono pieszczotliwie "mały Okoniewski". Hampel wyrósł na wielkiego mistrza, dwukrotnie został medalistą Grand Prix. Jego największym atutem był znakomity start. Tego nauczył go tata Rafała. Zresztą Hampel docenia, to co zrobił dla niego Mariusz Okoniewski. Co rok zapala świeczkę na jego grobie. 

Wróćmy jednak do Rafała, który jako junior zdobywa dwa złote medale mistrzostw Polski. Do tego dokłada brąz w finale IMŚJ. Mogło być lepiej, ale postawił na złego konia. - Nie zaufałem swoim silnikom - wspomina. - Zacząłem zawody na sprzęcie od Jasona Crumpa, ale nie szło. W końcu tata powiedział: wysiadaj z tego i wskakuj na moje. Wygrałem wszystkie wyścigi do końca, ale wystarczyło tylko na bieg dodatkowy o brąz. Mistrzem został wtedy sensacyjnie Dawid Kujawa. 

Pieniądze z jego transferu poszły na długi 

Jest wychowankiem Polonii Piła. Debiutuje jako 16-latek, zdobywa z drużyną trzy medale DMP (dwa brązowe i jeden srebrny). W końcu odchodzi z klubu, który popadł w długi. Pergo Gorzów płaci za niego w 1999 roku 600 tysięcy złotych. To było wyrównanie rekordu Tomasza Bajerskiego, którego Pergo kupiło trzy lata wcześniej za identyczną sumę. - Wtedy za te pieniądze sześć luksusowych aut można było kupić - zauważa Okoniewski. - Szkoda tylko, że ja nic z tego nie dostałem. Cała kasa poszła do Polonii. Z tego, co pamiętam, to spłacali z tego zadłużenie zawodnikom, do niedawna moim kolegom, więc przynajmniej tyle dobrego. 

Złotego medalu w lidze nigdy nie zdobył. - Nie boleję nad tym jakoś specjalnie - mówi. - Mistrzem świata też nie zostałem. Nie każdy może nim być. Cieszę się z tego, że wytrzymałem w żużlu ćwierć wieku, bo to bardzo obciążająca i trudna dyscyplina. Dojechałem do czterdziestki, ścigałem się z zawodnikami, których nie było na świecie, kiedy ja zaczynałem. No i jestem w jednym kawałku, to też w żużlu ważne - stwierdza. 

Po śmierci taty uczył się żużla na nowo 

Dlaczego nie osiągnął sukcesów na miarę swojego talentu? On sam nie ma wątpliwości, że przez szybką i niespodziewaną śmierć taty i kontuzje. W Zielonej Górze złamał kość piszczelową na turnieju charytatywnym, miał też groźny wypadek na Kryterium Asów, a dzieła zniszczenia dopełnia rozbity bark. O ile jednak po kontuzjach, prędzej, czy później wychodził na prostą, o tyle brak ojca długo mu dokuczał. Za długo. - Pewnie w którymś momencie kariery doszłoby do ich rozstania. W przypadku Rafała stało się jednak za wcześnie, a na dokładkę on nie był na to przygotowany - uważa żużlowy menedżer Jacek Frątczak. 

Ojciec był nie tylko tatą, ale i też trenerem, mentorem i tunerem. - Z silnikami robił takie cuda, że czasami to chyba sam Rafał nie wiedział, co tam ma pod tyłkiem - dodaje Frątczak, a my wyjaśnijmy, że największym nieszczęściem Okoniewskiego po śmierci ojca było to, że nigdy wcześniej nie miał kontaktu z żadnym innym mechanikiem. - Tata robił wszystko. Po meczu silnik szedł na stół i od razu miałem serwis. To była opieka w stu procentach, od poważnych napraw do korekty delikatnych usterek. Kiedy umarł, zostałem sam i musiałem się uczyć żużla od nowa - przyznaje Okoniewski. Trafił do stajni Jana Anderssona. Kiedy i ten skończył jakiś czas temu karierę mechanika, znowu zaczęło się szukanie. Ostatnio miał silniki Ryszarda Kowalskiego i Antona Nischlera. 

W setce najbogatszych 

Choć był bohaterem rekordowego transferu, to sam nigdy nie podpisał w żadnym klubie milionowego kontraktu, co w obecnych czasach jest normą. - Kiedyś natomiast znalazłem się w setce najbogatszych sportowców - przypomina. - Nie pamiętam jednak ani co to było za pismo, ani jaką kwotę mi przypisali. Pamiętam tylko, że była zawyżona. 

Karierę chciał zakończyć już rok temu, ale dał się namówić braciom Garcarek na pozostanie w sporcie. W tym sezonie mu jednak nie szło. Z powodu koronawirusa Nischler bał się przyjechać do Polski, by zrobić serwis sprzętu, on sam już też powoli tracił zapał. - Kiedy usiedliśmy z żoną i dzieciakami, i jak oni usłyszeli, że kończę, to widziałem błysk w ich oczach. Wcześniej byłem gościem w domu, wiele lat życia rodzinnego uciekło mi między palcami. Teraz to jednak nadrobię. Chcę się oddać w pełni rodzinie - opowiada o swoich najbliższych planach. 

Mówi, że czuje się spełniony, choć zdaje sobie sprawę, że mogło być lepiej, gdyby w wieku 26 lat nie został sam, bez taty. - W kluczowych momentach zabrakło mi szczęścia, które jest w sporcie potrzebne. W żużlu liczy się nie tylko zawodnik, ale i sprzęt, a tracąc ojca, zostałem na lodzie. Ćwierć wieku na żużlu to jest jednak coś. Byłem potrzebnym, punktującym zawodnikiem. Teraz chcę odpocząć. Być może wrócę do żużla, bo ten sport mi krzywdy nie zrobił i na pewno nie przestanę się nim interesować. Dotąd to było moje życie - kończy.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje