Reklama

Reklama

Zadecydował rzut monetą...

W piątkowym zaległym meczu V kolejki ekstraligi żużlowej rybniczanie otrzymali kolejną surową lekcję pod tytułem "poziom ekstraligi". Tym razem w roli nauczyciela wystąpili zawodnicy wrocławskiego WTS-u.

Przed meczem wielu twierdziło, że zawodników z Górnego Śląska stać na zdobycie trzydziestu punktów. Patrząc jednak na awizowany skład gości, założenia te wydawały się delikatnie mówiąc zawyżone. Rybniczanie nie zamierzali nawet skorzystać z trójki swoich najlepszych żużlowców Gafurowa, Harrisa i Smolińskiego. Wszyscy wymienieni zawodnicy mieli tego dnia mecze w lidze angielskiej.

Reklama

Jak powiedzieli tak zrobili i do Wrocławia przyjechali w okrojonym składzie, udowadniając, że skład mają optymalny, ale na pierwszą ligę. Jak stwierdził szkoleniowiec RKM-u Czesław Czernicki: "Ciężko nam się jeździ w ekstralidze, bo nasz zespół nie posiada żadnych gwiazd. Patrząc na wyniki outsidera ekstraligowych rozgrywek, pierwszym spostrzeżeniem jakie nasuwa się na myśl, jest brak choćby jednego zawodnika, który byłby w stanie zdopingować resztę drużyny do walki i skutecznie walczyć z liderami drużyny przeciwnej: "Żałuję, że przed sezonem nie miałem już możliwości zakontraktowania choćby jednego zawodnika ze ścisłej światowej czołówki - myślę tu o zawodniku z Grand Prix. Sądzę, że wtedy obraz naszej drużyny byłby nieco inny" - dodaje szkoleniowiec.

Nie można zarzucić zawodnikom przyjezdnym chęci i woli walki. Waleczność i zadziorność na torze nie ma niestety przełożenia na ilość zdobywanych punktów. "W przypadku zawodników młodych nie ma miejsca na kalkulację. Oni walczą i jadą do końca, nie mają w końcu nic do stracenia. Mam tu na myśli przede wszystkim Patryka Pawlaszczyka czy choćby ambitnego Rosjanina Gizatulina. Niestety w przypadku Czerwińskiego czy Chromika czasem mamy do czynienia ze zbyt wczesnym odpuszczaniem" ? tak piątkową postawę swej drużyny komentuje Czernicki.

Najjaśniejszym punktem drużyny rybnickiej był młody 18-letni zawodnik Patryk Pawlaszczyk, wielka nadzieja nie tylko Śląskich ale także wszystkich polskich kibiców. Niestety po zawodach zawodnik nie krył smutku z dotkliwej porażki swego zespołu, odstawiając na dalszy plan indywidualny dorobek punktowy: "Nie jestem zadowolony z wyniku. Wolałbym zrobić mniej punktów, ale żeby moja drużyna zakończyła zawody z korzystniejszym wynikiem".

Osobą, która najwięcej skorzystać może z obecności Rybnika w ekstralidze, w chwili obecnej wydaje się być właśnie junior Patryk Pawlaszczyk: "Z każdym meczem czuje się coraz pewniej, startując w każdym spotkaniu wiele razy. Myślę, że z czasem cała drużyna będzie czuła się pewnie i zaczniemy być groźni dla swoich przeciwników. Nasza forma nie podcina mi skrzydeł. Wręcz przeciwnie jeżdżę bez jakiejkolwiek presji". Innego zdania jest trener drużyny: "Ekstraliga może wyjść wszystkim moim zawodnikom na dobre, nie tylko Patrykowi. Oczywiście pod warunkiem, że w każdym meczu każdy z nich będzie dawał z siebie wszystko, a nie zawsze tak jest".

Chcąc pokusić się o korzystny rezultat w drużynie rybnickiej punktować muszą wszyscy zawodnicy, w szczególności ci uważani przed sezonem za liderów, czyli Roman Chromik i Zbigniew Czerwiński. Ten pierwszy we Wrocławiu zaprezentował się fatalnie przywożąc w trzech startach trzy zera: "Sam chciałbym wiedzieć czemu tak słabo punktuje. Przed sezonem zainwestowałem spore pieniądze w silniki, które teraz nie chcą jechać. Potrzeba mi jednych zawodów, w których lepiej bym zapunktował i w ten sposób odbił się od małego dołka psychicznego, który trochę mnie dopadł. Silniki, które kupiłem od Fleminga Graversena są już po gruntownej przeróbce. Musiałem w nich wiele rzeczy pozmieniać, bo to już nie te silniki co kiedyś".

Powoli po słabszych startach rozkręca się Zbigniew Czerwiński. Zawodnik zdobył na Stadionie Olimpijskim sześć punktów, co pozwala sądzić, że wszystko powoli zmierza w dobrym kierunku: "Nie jestem zadowolony z dzisiejszych zawodów, ale widzę w nich nutę optymizmu. Wszystko zmierza w dobrym kierunku. Przed sezonem ogromne pieniądze zainwestowałem w sprzęt. Teraz po wielu korektach zaczyna być coraz lepiej. Cieszę się, że startujemy w ekstralidze, ona wiele nas nauczy".

Na piątkowym meczu najwięcej skorzystał młodzieżowiec drużyny Atlasa Wrocław Duńczyk Nicolai Klindt, który miał okazję do zaprezentowania w pełni swych możliwości. Ku zaskoczeniu wielu, pojechał nawet w biegach nominowanych, gdzie zastąpił Piotra Świderskiego, a w całym meczu po jednym starcie oddał mu każdy z trójki liderów wrocławskiej drużyny. Zadowolenia z postawy Duńczyka nie krył sam trener Marek Cieślak: "Wczoraj w lidze szwedzkiej rozleciał mu się silnik, dziś podczas meczu kolejny. Dlatego startował na motocyklu Hansa Andersena. Chcę żeby w drużynie punktowali także juniorzy. Jeśli będą punktowali w drugiej części meczu to odciążą resztę zawodników. Jednak do tego potrzebna jest większą ilość startów i choćby taki mecz jak dzisiaj. Dlatego w nominowanych puściłem Klindta. Aby nikt nie czuł się pokrzywdzony Gapiński i Świderski rzucali monetą i wypadło, że w czternastym pojedzie Gapiński".

Michał Zarębski, Wrocław

Zobacz statystyki z meczu Atlas - RKM

Dowiedz się więcej na temat: silniki | zawodnicy

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje