Weekend jak ze snów. Kolejne mistrzostwo dla Polski
Jak rozpoczynać październik, to tylko w takim stylu. Polscy żużlowcy po sobotnim sukcesie Bartosza Zmarzlika, w niedzielę poszli za ciosem i bez największych gwiazd sięgnęli po tytuł mistrzów Europy par. Do końca gonili nas co prawda Duńczycy, jednak Przemysław Pawlicki oraz Szymon Woźniak nie zanotowali ani jednej wpadki i zasłużenie stanęli w Opolu na najwyższym stopniu podium.


W Opolu nikt nie wyobrażał sobie scenariusza, w którym gospodarze kończą zawody bez złotego medalu. Pomimo, że w stolicy polskiej piosenki zabrakło największych gwiazd z Bartoszem Zmarzlikiem na czele, to i tak Szymon Woźniak oraz Przemysław Pawlicki to uznane nazwiska należące do światowej czołówki. Zresztą w zestawieniach rywali również brakowało choćby jednego stałego uczestnika cyklu Grand Prix, co działało na naszą korzyść.

Podopieczni Rafała Dobruckiego od początku do końca spisywali się znakomicie i nie przegrali choćby jednego wyścigu. Z uśmiechem na ustach poczynaniom swoich kolegów z parku maszyn przyglądał się Mateusz Cierniak. Dobra jazda seniorów spowodowała to, iż menedżer nie sięgał po zmiany i dwaj podstawowi zawodnicy zaliczyli wszystkie planowane wyścigi.

Co ciekawe, Przemysław Pawlicki oraz Szymon Woźniak zainkasowali po tyle samo "trójek". Po zsumowaniu bonusów minimalnie skuteczniejszy okazał się obecny żużlowiec Enea Falubazu. Nie to było jednak najważniejsze, ponieważ kapitalna dyspozycja zielonogórsko-gorzowskiego duetu dała reprezentacji Polski kolejny złoty medal w mistrzostwach Europy par.

Nadzieję na obronę tytułu do samego końca mieli Duńczycy. Rasmus Jensen oraz Mads Hansen nie odstępowali "Biało-Czerwonych" ani na krok, ale przegrali bezpośredni pojedynek i musieli potem liczyć na potknięcie wielkich faworytów do złota. Jak wspomnieliśmy wcześniej, wpadka naszych rodaków nie nastąpiła, więc Skandynawowie zadowolili się srebrnym krążkiem.

Podium dość niespodziewanie uzupełnili Finowie z rewelacyjnym Timo Lahtim. Cenne punkty dowoził ponadto utalentowany Antti Vuolas, który zaliczył świetną końcówkę i dzięki niej wraz z zespołowym kolegą w nagrodę wziął udział w ceremonii dekoracji. Za plecami trzeciej drużyny turnieju uplasowali się między innymi w teorii wyżej notowani Łotysze czy Brytyjczycy.

Polacy dzięki triumfowi w Opolu wrócili na tron w parowej odmianie mistrzostw Starego Kontynentu, bo po raz ostatni w tej imprezie triumfowali w sezonie 2020. Jak widać, w tego typu turniejach Polakom wcale nie są potrzebne gwiazdy, ponieważ nawet solidni ligowcy potrafią wykręcić znakomity wynik dzięki swojej ogromnej ambicji i zaangażowaniu.












