Reklama

Reklama

Ukrainiec wdzięczny za zaproszenie na PGE Narodowy. Uciekł przed bombami

Vitalij Lysak, rezerwowy sobotniej rundy Grand Prix w Warszawie całe zawody stał przy motocyklu w nadziei, że wyjedzie na tor, choć w jednym biegu. Nie udało się, ale i tak jest wdzięczny Polsce i Polakom. To był jego czwarta impreza w trakcie wojennej zawieruchy, nie wie, czy i kiedy będą następne.

 Kiedy wybuchła wojna w Ukrainie, to dla prezesa PZM Michała Sikory stało się jasne, że przy okazji Grand Prix na PGE Narodowym należy wykonać jakiś symboliczny gest wobec Ukrainy. Tak narodził się pomysł, że Ukrainiec został jednym z dwóch rezerwowych cyklu.

Lysak wyjaśnia, dlaczego pojechał z dziką kartą na PGE Narodowym

Początkowo wydawało się, że nominację dostanie Marko Lewiszyn  Cellfast Wilków Krosno. Ukraińska federacja wyznaczyła jednak 32-letniego Vitalija Lysaka. -  Rok temu zająłem drugie miejsce w finale mistrzostw Ukrainy. Pierwszy był Aleksandr Łoktajew, ale on nie mógł przyjechać. Byłem drugi, więc padło na mnie. Wielkie ukłony dla polskiej federacji, bo to dzięki niej tu jestem - mówił nam Lysak w sobotę, tuż po zakończeniu rundy Grand Prix.

Reklama

- Już tu byłem - przyznał Ukrainiec. - Jako kibic. Byłem na PGE Narodowym na rundzie Grand Prix. Pierwszy raz jestem jednak jako zawodnik. Szkoda, że nie udało mi się wyjechać na tor. Bardzo na to liczyłem. Całe zawody stałem przy motocyklu i czekałem. Oglądałem kolejne biegi na ekranie i miałem nadzieję, że się uda. Nic z tego nie wyszło, ale i tak jestem szczęśliwy - stwierdził.

Dla Lysaka Grand Prix to były czwarte zawody w tym roku. - Byłem dwa razy na Węgrzech, w Debreczynie i Nagyhalasz, ale też na eliminacjach mistrzostw Europy w niemieckim Stralsund. Warszawa, to mój czwarty wyjazd od początku wybuchu wojny. Jest taki przepis, który pozwala mężczyznom opuścić Ukrainę na dwa, trzy dni. Z tego korzystam - przyznaje.

Lysak mówi wprost: Jak dostanę powołanie to pójdę się bić

Nie wie, kiedy zaliczy kolejny start. - Z Warszawy wracam do Równego i nie wiem, co będzie jutro. Mamy wojnę ciężko w takiej sytuacji cokolwiek zaplanować, ciężko snuć jakieś plany. Być może już nigdzie w tym roku nie pojadę - zauważa.

W Równem, gdzie mieszka Lysak nie ma wojennych działań. - Rosyjskie wojska koncentrują się teraz na wschodzie Ukrainy, ale i u nas, od czasu do czasu, coś przeleci i bach. Trochę tych bomb już na nas spadło - zwraca uwagę.

- Chciałbym, żeby ta wojna skończyła się jutro, ale nie wiem, jak długo to jeszcze potrwa. Chłopaki z zachodu Ukrainy idą do wojska. Jak dostanę powołanie, to też pójdę. Jestem w czwartej grupie, a na razie biorą z trzeciej, Mój czas też może jednak nadejść, bo naprawdę dużo ludzi poszło już do wojska. Mam szczęście, że jeszcze nikogo bliskiego w tej wojnie nie straciłem. Kolega mojego kolegi już tam zginął, wielu ludzi ta wojna dotknęła osobiście. Staramy się jednak jakoś trzymać i wspierać mając nadzieję, że już wkrótce to wszystko się skończy - kończy Lysak.

Reklama

Reklama

Reklama