Reklama

Reklama

To już nie ten żużel, co kiedyś. Nie ma przywiązania do klubu, a tory są wygłaskane do granic absurdu

Byli żużlowcy często z wypiekami na twarzy wspominają dawne czasy. Inne tory, przywiązanie zawodnika do klubu, drużyny złożone z lokalnych bohaterów - to wszystko kiedyś było normą, a obecnie jest rzadkością. Czasy oczywiście się zmieniają, ale zdaniem wielu byłych zawodników, speedway idzie ku gorszemu. - Kiedyś byliśmy wszyscy z jednego miasta i to nas scalało - wspomina Bogusław Nowak.

Kiedy porozmawia się z jakimś byłym żużlowcem, da się w jego głosie usłyszeć pewną nostalgię związaną z różnicami między obecnym a dawnym speedwayem. W większości przypadków zmiany w tej dyscyplinie nie są zmianami na korzyść. Coraz rzadszym zjawiskiem jest spędzanie kariery w jednym klubie czy współpraca z kolegami w imię dobra wspólnego. Co jasne, sam sprzęt to również rzecz kompletnie nieporównywalna, jeśli zestawi się go z tym, jakiego używali dawni zawodnicy.

- Zmieniło się bardzo dużo. Przede wszystkim technicznie to jest zupełnie inny świat - rozpoczyna analizę Bogusław Nowak, legenda gorzowskiej Stali. - Ale najbardziej brakuje mi takiej prawdziwej drużyny. Gdy ja jeździłem, wszyscy chłopacy byli z Gorzowa. Zresztą wszędzie tak było. Razem przygotowywaliśmy się też do sezonu. Obozy, wyjazdy, to nasz wszystkich scalało. Mogliśmy na siebie liczyć i w zasadzie bardziej przypominaliśmy rodzinę niż drużynę. Dzisiaj każdy przygotowuje się indywidualnie. Potem zresztą z tego biorą się różne niespodzianki, kiedy zawodnik ma dobry sprzęt, a nie jedzie - dodaje.

Reklama

Niegdyś zawodnik pod taśmą mógł niemal tańczyć i nikt nie robił z tego problemu. W tej chwili arbiter powtarza start, jeśli żużlowiec choćby lekko drgnie, zanim zacznie się bieg. - Najgorzej, gdy sędzia zatrzymuje wyścig, a potem okazuje się, że wszystko było w porządku. Zawodnik jest zdeprymowany i w większości przypadków zupełnie traci koncentrację. Nie mówię, byli już tacy specjaliści, którzy podczas startów wszystkich oszukiwali. Niemniej przydałoby się coś w tej kwestii zmienić. Nie wydaje mi się, by było to coś trudnego do rozwiązania

Osobną kwestią są również same tory i sposoby ich przygotowania. Kiedyś jeżdżono na bardzo przyczepnych nawierzchniach, gdzie materiału było po łydki. Teraz tor musi być idealny, bo inaczej zawodnicy będą się buntować. - Te tory są wygłaskane do granic absurdu. To szkodzi dyscyplinie. Wydaje mi się, że oddanie przygotowania toru w ręce klubu organizującego mecz byłoby znacznie lepszym rozwiązaniem. Oczywiście, że robiliby tor pod siebie. Ale zawodnik ma się do każdej nawierzchni dostosować - słyszymy.

Nowak zauważa jednak pewne zalety takich metod szykowania toru. Ma to związek z bezpieczeństwem. - Zawodnicy jeżdżą coraz szybciej. Jakaś kontrola musi być. Gdyby z dzisiejszym sprzętem pojechać do dawnej Bydgoszczy na tamtą kopę, to myślę, że nie dałoby się złożyć w łuk. Tam się jechało stylem rowerowym, bez wyłamania. Proszę sobie wyobrazić, jakie to było grzęzawisko. Porównując to do dzisiejszych torów, można stwierdzić, że poszliśmy z jednej skrajności w drugą - kończy.

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź


Reklama

Reklama

Reklama