Reklama

Reklama

To dobra wiadomość dla największych gwiazd. UOKiK znalazł Brutusa

UOKIK zarzuca PGE Ekstralidze praktyki antymonopolowe. Chodzi o limity płacowe. Urząd wytoczył ciężkie działa i wszczął postępowanie, a z Ekstraligi już docierają głosy, że trzeba będzie ustąpić, pójść na ugodę i wyrzucić limity do kosza. Tym bardziej że prezesi klubów nie staną po stronie Ekstraligi, bo nikt nie chce płacić milionowych kar, którymi straszy UOKIK. Jest już nawet kilku chętnych do odegrania roli Brutusa.

Kiedy UOKiK we wtorek 24 maja opublikował na swojej stronie komunikat o wszczęciu postępowania antymonopolowego przeciwko PZM i PGE Ekstralidze i zagroził karami finansowymi sięgającymi 10 procent obrotu przedsiębiorcy zamieszanego w zmowę płacową, to wielu prezesom otworzyły się oczy. Oni już wiedzą, co zrobią, kiedy urząd wezwie ich do złożenia zeznań.

Prezesi nie chcą umierać za Ekstraligę

Prezesi klubów PGE Ekstraligi nie chcą umierać za spółkę zarządzającą rozgrywkami. Jeśli UOKiK ich wezwie, to powiedzą wprost, że oni nie chcieli limitów płacowych, że nalegała na to Ekstraliga Żużlowa i to ona powinna ponieść konsekwencje. Nie wiadomo, kto finalnie okaże się Brutusem. Pewne jest natomiast to, że chętnych nie brakuje. Jeden z prezesów już nawet jakiś czas temu odwiedził szefa UOKiK-u Tomasza Chróstnego, ale nie wiemy, o czym panowie dyskutowali.

Reklama

- Jak się rozmawiało z każdym prezesem klubu z osobna, to oni podkreślali, że im te limity płacowe przeszkadzają. Potem jednak było głosowanie i podnosili rękę za - powiedział nam Krzysztof Cegielski, prezes stowarzyszenia zawodników ‘Metanol", co mogłoby potwierdzać linię obrony przyjętą przez prezesów. Ileż to razy było jednak tak, że prezesi mówili jedno, a robili drugie. Wiemy też, że w niższych ligach (pierwszej i drugiej), nie tylko domagano się utrzymania limitów, ale i też apelowano o ich zmniejszenie.

Jakby nie było w Ekstralidze Żużlowej, zdają sobie sprawę, że na lojalność prezesów liczyć nie mogą i tam już jest wielka chęć pójścia z UOKiK-iem na ugodę. Działacze Ekstraligi oficjalnie milczą, ale nieoficjalnie przyznają, że limity płacowe nie są już potrzebne, że chętnie z nich zrezygnują.

Limity były odpowiedzią na bankructwo Wybrzeża i Włókniarza

Limity zostały wprowadzone 8 lat temu, po bankructwie Włókniarza Częstochowa i Wybrzeża Gdańsk. Ekstraliga ustalająca maksymalne stawki płacowe chciała uchronić kluby od wydawania pieniędzy, których nie ma w kasie. Wielu działaczy miało wówczas skłonność do podpisywania wirtualnych kontraktów, a potem popadała w kłopoty. Ustalono więc maksymalną stawkę, którą może zaoferować klub. Zawodnik mógł dostać więcej, ale tylko w ramach jakiejś umowy ze sponsorem. Tę podpisywał jednak na własne ryzyko. W razie braku wypłaty nie mógł liczyć na to, że klub weźmie na siebie odpowiedzialność za wypłatę.

W tym roku obowiązują limity: pół miliona za podpis, 5 tysięcy za punkt. To daje, przy 200 zdobytych punktach, maksymalne kontrakty na poziomie 1,5 miliona złotych. Wielu zawodników ma jednak wyższe umowy. Gwiazdy zarabiają w przedziale 1,8-2,5 miliona złotych, a taki Bartosz Zmarzlik ma kontrakt na blisko 5 milionów. Blisko 70 procent wypłat jest gwarantowana przez sponsorów, a nie przez klub Moje Bermudy Stal Gorzów.

W listopadowym oknie transferowym już jednak nie będzie kontraktów na poziomie 500 i 5 tysięcy. Pytanie, czy UOKiK zrezygnuje z nałożenia kar na PGE Ekstraligę, kluby i PZM. Obroty Ekstraligi sięgają 80 milionów, w przypadku PZM to 7 milionów. Pokusa nałożenia kary od 10 procent obrotów jest więc ogromna.

Reklama