Reklama

Reklama

Tak dopingują się w żużlu. Nielegalne substancje w baku i organizmie, a liczba kontroli stopniała niemal do zera

W sezonie 2020 nie stwierdzono dopingu farmakologicznego w żużlu, ale całe środowisko aż grzmiało od plotek o dopingu technologicznym. Lewe paliwo wzmacniane nitro czy zbyt miękkie opony były tematem, który rozpalał do czerwoności. W przypadku paliwa nikt nikogo za rękę nie złapał, ale po nagłośnieniu sprawy kilku zawodników obniżyło loty.


Reklama

Prezydent FIM Jorge Viegas chwalił się niedawno, że w tym roku nie stwierdzono żadnego dopingu w sportach motocyklowych mimo wielu kontroli. Działacz nie ma się jednak czym chwalić, bo na przykład w polskim żużlu były tylko 4 kontrole podczas, gdy rok temu było ich 45. Wtedy stwierdzono jedno naruszenie procedury, przyjęcie zbyt dużej porcji kroplówki przez Maksyma Drabika. Cztery tegoroczne próbki były czyste, ale trudno przy tak małej ilości wyciągać optymistyczne wnioski i mówić, że coś się poprawiło. 

Dostaniesz dodatkowego kopa, ale nie rób próbnych startów 

Po jednym z ligowych spotkań środowisko zwróciło uwagę na niesamowitą prędkość Grigorija Łaguty z Motoru Lublin. Rosjanin przed żadnym z fenomenalnych wyścigów nie wykonał próbnego startu, a taki właśnie wymóg stawia “instrukcja obsługi" nitro-metanu - nielegalnego środka chemicznego dodawanego do paliwa. To nie pierwszy raz, kiedy w kontekście Rosjanina mówiono o technologicznym dopingu. Rok wcześniej silnik Rosjanina zajął się płomieniem, który - zdaniem ekspertów - nie mógł być efektem spalania się czystego metanolu. Zastosowanie takiego środka jest dziecinnie proste. Wystarczy dolać 1 mililitr do baku motocykla. Gwarantuje on dużo większą moc sprzętu, szczególnie na szczycie łuku, a jedyne czego wymaga to właśnie brak próbnego startu - silnik osiąga wówczas duże obroty, więc duża część cudownej mieszanki mogłaby się ulotnić, zanim rozpocznie się bieg. 

Trudno jednak powiedzieć, czy magiczny płyn naprawdę istnieje. Ostatecznie, Łagucie nic nie udowodniono, choć odkąd media podjęły temat dopingu technologicznego, jego dyspozycja troszkę spadła. Sam Rosjanin śmiał się z tej sytuacji i podczas prac przy motocyklu umieszczał w zasięgu kamery butelki z naklejką “nitro". Jego mechanik Dariusz Sajdak tłumaczył, że nie ma jednak żadnej cudownej mieszanki, że wymagałaby ona ciągłego zastosowania, a w takiej sytuacji ryzyko wpadki byłoby ogromne. 

Dodajmy, że ze względu na reżim sanitarny kontrole sprzętu były w minionym sezonie dużo mniej dokładne, a zawodnicy przebywali w parkingu w sporych odstępach, co mogło stanowić pokusę. Inna sprawa, że metodzie z dolewką nitro można łatwo zapobiec. Chodzi o procedurę tankowania w której przed wlaniem paliwa następuje dokładne odessanie wcześniejszej zawartości zbiornika. Później motocykle lądują pod okiem służb technicznych i nie mogą wrócić do boksu zawodnika. Stosowano ją między innymi podczas tegorocznego finału Speedway of Nations w Lublinie. 

Cudowne opony i znudzony junior 

Drugą po nitro-metanie największą kontrowersją tego roku były opony produkowane przez partnera technicznego Grand Prix - turecką firmę Anlas. Przez lata nie cieszyły się one popularnością wśród zawodników, jednak około połowy sezonu 2020 zaczęły błyskawicznie wypierać czeskie Mitasy. Szczególnie głośno było o nich po Grand Prix we Wrocławiu, gdy zawodnicy z nich korzystający osiągnęli bardzo dobre wyniki. 

Ogumienie zostało wysłane na badania laboratoryjne. Wyniki nikogo nie zaskoczyły - opony były zdecydowanie zbyt miękkie i nie spełniały regulaminowych norm. Natychmiastowo cofnięto ich homologację, jednak - jako iż prawo nie działa wstecz - wyniki dotychczas na nich zdobyte zostały podtrzymane. Chodzi nie tylko o triumf Macieja Janowskiego w 2. rundzie Grand Prix czy sensacyjny komplet Jonasa Jeppesena w meczu Ostrovii z Apatorem Toruń. Wg nieoficjalnych doniesień, to właśnie tureckie opony zapewniły nam największą niespodziankę roku 2020 - awans tragicznie słabego Krzysztofa Kasprzaka do Grand Prix. Polak miał startować na nich w finale eliminacji. 

Beczka z dwoma wężami

Rok 2020 to również powrót dywagacji na temat bydgoskiej beczki z metanolem. Przegląd Sportowy poinformował, że po próbie toru przed derbami Kujaw i Pomorza oprotestowali ją zawodnicy Apatora Toruń. Okazało się, że z dwóch jej zaworów wypływają płyny dwóch różnych kolorów. Rok wcześniej na paliwo w Bydgoszczy skarżył się prezes PSŻ-u Arkadiusz Ładziński. Uważał, że podczas finału drugiej ligi jego zawodnicy tankowali inne paliwo niż gospodarze z Polonii. Wcześniej podobne skandale oglądaliśmy również w finale szwedzkiej Elitserien. Warto jednak wyjaśnić, że słynna beczka nie ma drugiego dna. Są w niej dwa węże, ale są one podłączone do trójnika. Każda drużyna tankuje to samo paliwo. Nie ma innego, lepszego dla gospodarzy i gorszego dla gości.

Z pozytywów warto dodać, że w ostatnich latach polski żużel był trwale omijany przez nielegalne poprawki mechaniczne. Ostatnią głośną sprawą była nieregulaminowa średnica dyszy gaźnika juniora Marka Lutowicza. Obiekt minimalnie nie zmieścił się w normie, a przyczyną wszystkiego miał być podobno... sam młodzieżowiec, który z nudów bawił się pilnikiem podczas przerwy od startów i przypadkiem zeszlifował metal trochę zbyt mocno. 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje