Reklama

Reklama

Świętochłowice będą mieć nowoczesny stadion żużlowo-piłkarski

Ponad 38 mln złotych kosztować będzie pierwszy etap przebudowy stadionu żużlowo-piłkarskiego w Świętochłowicach. Umowa z wykonawcą została podpisana w środę. Realizacja ma potrwać 600 dni. Za dwa lata miejscowy Śląsk powinien wystartować w żużlowej drugiej lidze.

Prace podzielono na cztery etapy, po ich zakończeniu zadaszona widownia areny im. Pawła Waloszka pomieści 10 tys. kibiców. Po zakończeniu pierwszej części stadion będzie mógł gościć ligowe zawody w każdej lidze. W drugim etapie ma zostać zamontowane m.in. sztuczne oświetlenie.

Reklama

- Ten stadion został otwarty w czerwcu 1979 roku, na nim wykształcili się wspaniali żużlowcy. W 1996 żużel zaczął tu obumierać, w 2002 roku odbyły się ostatnie zawody. Reaktywowaliśmy dyscyplinę po 13 latach, po remoncie toru. To okazało się niewystarczające, by wrócić do wspaniałych wydarzeń - powiedział prezydent Świętochłowic Dawid Kostempski, wspominając wieloletnie tradycje żużlowe w mieście.

Po zakończeniu pierwszej fazy modernizacji widownia będzie liczyła 3614 miejsc. Żużlowcy miejscowego Śląska powinni w tym momencie być gotowi do podjęcia rywalizacji w drugiej lidze na przebudowanym torze o nowej geometrii. W międzyczasie będą trenować w Opolu.

Samorząd miasta wystąpił do Ministerstwa Sportu i Turystyki o dofinansowanie kwotą 15 mln złotych, 17 mln ma pochodzić z budżetu miasta, a cztery ze środków unijnych. Inwestycję ma również wesprzeć Górnośląsko-Zagłębiowska Metropolia.

Patronem świętochłowickiego stadionu jest zmarły 7 września Paweł Waloszek, wicemistrz świata z 1970 roku i były zawodnik miejscowego Śląska. W 2015 roku w mieście reaktywowana została szkółka żużlowa, w lipcu odbyły się pierwsze zawody. Na ich otwarcie Waloszek (ur. w 1938 roku) wsiadł jeszcze raz na motocykl.

- Może trochę za wcześnie się urodziłem, bo finansowo dziś stałbym inaczej. Na początku ścigałem się tylko za diety, potem doszły opłaty za punkty. Za wicemistrzostwo świata dostałem 11 tys. złotych, mniej więcej trzy miesięczne pensje. A 200 funtów z nagrody przeliczyli mi po oficjalnym, dużo niższym kursie - wspominał wtedy Waloszek.

Pół wieku temu inne były standardy bezpieczeństwa na torach.

- Nie było band dmuchanych, tylko drewniane. Czasem nie było nawet siatki. Raz na treningu poszedłem ostro w wiraż, wpadłem na deski i wyrwałem pół... zdrowia. Bo na bandzie był napis "sport to zdrowie". Pokaleczyłem się i miałem nauczkę - przypomniał.

Zmienił się też na przestrzeni lat sprzęt.

- Nasze maszyny miały w innym miejscu środek ciężkości. Strasznie trzepało kierownicą. Czasem nie dało się jej trzymać, była jak rozżarzona. Badali nas w instytucie dla operatorów młotów pneumatycznych - opisywał Waloszek.

Autor: Piotr Girczys

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje