Reklama

Reklama

​Stwarzają najmniejsze zagrożenie, a są traktowani jak największe zło. Komu przeszkadzają fotografowie żużlowi?

Obostrzenia pandemiczne dotknęły wszystkich uczestników wydarzeń żużlowych w mniejszym lub większym stopniu. Niektóre decyzje dotyczące reżimu podczas meczów są jednak niezrozumiałe. Jedną z bardziej pokrzywdzonych grup są fotografowie, bez których ten sport by nie istniał, a którzy praktycznie cały czas są w dużym dystansie od siebie i zawodników. Tymczasem wygląda na to, że wielu z nich będzie musiało oglądać zawody w telewizji lub prosić się o akredytację do ostatnich chwil przed ich rozpoczęciem.

Fotograf żużlowy to człowiek, który w pewnym sensie musi przewidywać przyszłość. Jego rolą jest ustawienie się tak, żeby zdjęcie było jak najlepsze. Słowem: trzeba polować na ciekawe sytuacje. Takie zdjęcia wyglądają bardzo efektownie, widać na nich maestrię danego zawodnika czy też szczegóły jakiejś spornej sytuacji. Wielokrotnie ujęcia podobają się samym żużlowcom, którzy z fotografami współpracują. Zdjęcia wykorzystują do promowania swojego wizerunku i budowania otoczki marketingowej. Fotograf zyskuje popularność i znajomości w branży. Obie strony zadowolone. Oczywiście, tak jak w każdej dziedzinie życia, zdarzają się zdjęcia, których nie należy publikować. W żużlu jest sporo poważnych upadków, a jednak zdjęć budzących niesmak raczej się nie spotyka. Można więc stwierdzić, że pracujący w tej branży ludzie mają takt i wyczucie.

Reklama

Wielu z nich to samouki, osoby które postanowiły, że chcą być bliżej ulubionej dyscypliny poprzez właśnie robienie zdjęć. Mogą tym samym połączyć pasję z pracą. Pracą dodatkową, bo na co dzień zajmują się czymś innym. Ich obecność na stadionach jest nieodłącznym elementem żużlowej rywalizacji, znają się z zawodnikami, mają z nimi w większości dobry kontakt i do tej pory nikomu nie przeszkadzali. Wytyczne dotyczące sezonu 2021 każą jednak domniemywać, że to właśnie oni stanowią największe zagrożenie dla wszystkich innych uczestników imprezy. Na zawodach w związku z tym będzie mogło być pięciu fotografów: jeden klubowy i czterech wyznaczonych przez odpowiednie jednostki. Co z resztą? Nikogo to nie interesuje. Najpewniej obejdą się smakiem.

Przyjrzyjmy się zatem, czy aby na pewno to właśnie oni są największym zagrożeniem w kwestii ewentualnego zakażenia COVID-19. Przez 95% meczu chodzą z miejsca na miejsce, po murawie lub pasie bezpieczeństwa. Z oczywistych względów nie podchodzą zbyt blisko zawodników i ich teamów. Trzymali dystans już przed pandemią, bo każdy ma indywidualny styl pracy i ulubione miejsca do działania. A tych na stadionie nie brakuje. Fotografowie byli rozsiani po całym obiekcie. Ich kontakt nawet między sobą był sporadyczny i znikomy, nie wspominając już o kontakcie z zawodnikami. Ryzyko przyczynienia się do jakiegokolwiek zakażenia jest więc niemal zerowe. Tym bardziej absurdalnie brzmią obostrzenia, jakie żużlowych fotografów mają dotknąć w nadchodzących rozgrywkach.

Zwróćmy uwagę na to, jak wygląda to w innych dyscyplinach. W zdecydowanej większości z nich nie ma takiego problemu. Nawet na meczach III ligi piłkarskiej spokojnie może pracować ta sama ilość fotografów, co wcześniej, oczywiście pod warunkiem zachowania określonych zasad. Są oni rzecz jasna dokładnie sprawdzani pod kątem posiadania maseczek i wszelkich podobnych zabezpieczeń, chroniących rzekomo przed zakażeniem. Nikt jednak nie dzieli ich na równych i równiejszych i nikt nie odbiera ludziom z 30-letnim stażem możliwości uczestnictwa i wykonywania swojej pracy podczas danego wydarzenia sportowego. Wydaje się zatem, że decyzje odnośnie do fotografów podjęte w żużlu są niezrozumiałe, a przede wszystkim krzywdzące. Uderzono najbardziej w tych, którzy zagrażają najmniej.

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje