Reklama

Reklama

Stanisław Bieńkowski to najbogatszy człowiek w żużlu. Uwielbia latać, firmę pomogli rozkręcić mu Niemcy, a on ją ratował negocjując z siedmioma bankami

Trzy lata temu majątek Stanisława Bieńkowskiego szacowano na 758 milionów. Wtedy był w setce najbogatszych. Imperium, firmę Stelmet, pomogli mu zbudować Niemcy, którzy masowo przyjeżdżali do przygranicznych rejonów Polski po elementy wyposażenia przydomowych ogródków. Ktoś napisał, że sprzedawał nawet słynne krasnale, ale to nieprawda. Należący do Bieńkowskiego Falubaz nie będzie w tym roku rozdawał kart w PGE Ekstralidze, ale prawda jest taka, że gdyby chciał, to mógłby mieć drużynę gwiazd.

Nie ma w tej chwili bogatszej osoby w polskim żużlu niż Stanisław Bieńkowski. Na początku 2019 roku odkupił on warte 800 tysięcy złotych akcje Zdzisława Tymczyszyna w spółce Falubaz i stał się większościowym udziałowcem klubu. Chciał iść za ciosem i dokonać sportowego podboju ligi, ale podpisanie gwiazdorskich kontraktów z Nickim Pedersenem i Martinem Vaculikiem (oba na łączną kwotę rzędu 3,5 miliona złotych) nie dało szczęścia. Falubaz skończył sezon bez medalu, zajmując 4. miejsce. Rok temu osiągnął identyczny wynik, choć już bez tak wielkich nakładów finansowych. W tym sezonie sukcesem będzie utrzymanie, bo klub stracił Vaculika i nie pozyskał w zamian równie dużej gwiazdy. I to pomimo tego, że właściciela na to stać.

Reklama

Bieńkowski pojawił się w biznesie w połowie lat 80. Obecnie jest liderem na rynku galanterii ogrodowej. Biznes pomogli mu rozkręcić Niemcy, masowo przyjeżdżający do przygranicznych rejonów Polski po elementy wyposażenia przydomowych ogródków. Ktoś nawet napisał, że szef Grupy Stelmet sprzedawał słynne krasnale, ale to akurat nieprawda. Płotki, pergole, tak, ale nie krasnale. Warto zauważyć, że sprzedaż zagraniczna stanowi ponad 90 procent obrotu firmy.

Ma opinię cenionego pracodawcy, który dba o swoich ludzi. Krąży nawet taka historia, że dawniej, kiedy musiał się z kimś rozstać, to robił to przy lampce koniaku. Ludzie, którzy dostają pracę w Stelmecie czują się, jakby złapali Pana Boga za nogi.

Firma najcięższy moment przeżywała w 2008 i 2009 roku. Doprowadził do tego kryzys i operacje przeprowadzone przez ówczesnego wiceprezesa, który w pięciu bankach pootwierał opcje walutowe na 130 milionów złotych. To spowodowało straty. W czerwcu 2009 firma miała już ponad pół miliarda długu. Bieńkowski uratował biznes przed plajtą, negocjując z siedmioma bankami równocześnie. Udało się. W ciągu 2 lat zredukował zadłużenie z 372 na 178 milionów.

Rok temu Bieńkowski wycofał akcje Stelmetu z Giełdy Papierów Wartościowych. Był zdeterminowany, by to zrobił. Skupował akcje, wydając na to 15 milionów złotych. Zwiększył tym samym swoje zaangażowanie do 95,37 procent. Pozostałą część nabył w ramach przymusowego wykupu.

Poza biznesem największą pasją Bieńkowskiego jest latanie. Jest pilotem, należy do zielonogórskiego aeroklubu. Ma oczywiście swój samolot. Kiedy ludzie widzą w powietrzu niebieską maszynę, to wiedzą, że to leci właściciel Stelmetu. Ma też helikopter AS350. Dwa lata temu latał nim wraz z ówczesnym prezesem Falubazu Adamem Golińskim nad stadionem Unii Leszno. Dziś wydaje się, że to był okres jego największego emocjonalnego i finansowego zaangażowania w zielonogórski żużel. Teraz oczywiście nadal wspiera, ale ma do tego spory dystans. Inna sprawa, że gdyby tylko chciał, to w każdej chwili może zbudować żużlowy dream-team. 

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje