Reklama

Reklama

Śmierć brata była koszmarem. Chciała się wybudzić

Dzisiaj mija dokładnie sześć lat od śmierci Krystiana Rempały. W rozmowie z Interią tragiczne chwile z 2016 roku wspomina siostra zawodnika, Martyna. - Tata kazał nas przywieźć do szpitala. Lekarze mówili, że prawdopodobnie Krystian nie przeżyje tej nocy. Czuwaliśmy na korytarzu i modliliśmy się. Wiedziałam, że muszę być silna dla rodziców - mówi.

Michał Konarski, Interia: Mija sześć lat od tego wydarzenia. Mówią, że czas leczy rany. To prawda?

Martyna Rempała, siostra Krystiana: - Nie powiedziałabym, że czas leczy rany. Po prostu starasz się dalej jakoś funkcjonować.

Jak w ogóle żyć po czymś takim? Przyznam, że sobie tego nie wyobrażam.

- Nigdy nie przyszło mi do głowy, że kiedykolwiek będę odpowiadać na takie pytanie. Po takiej tragedii i tych wszystkich przeżyciach z pewnością nie da się już żyć tak jak wcześniej, te blizny pozostaną już do końca. To jest tak, że nawet jeśli na zewnątrz się uśmiechasz i tak nigdy już nie będzie to ten sam szczery uśmiech sprzed tych kilku lat, gdy byliśmy we czwórkę. Myślę, że osoby po podobnych przejściach doskonale wiedzą o czym teraz mówię. 

Reklama

Szczerze, gdyby nie rodzice, muzyka czy studia pewnie by mnie tu nie było. Co oczywiście nie zmienia faktu, że czasem psychicznie jest naprawdę trudno. Jednak gdy masz natłok obowiązków związanych na przykład ze studiami, wówczas zaczynasz skupiać się na działaniu i ten ciągły bieg zdecydowanie pomaga ci w dalszym funkcjonowaniu, bo przecież życie toczy się dalej, a my choćbyśmy bardzo chcieli nie jesteśmy w stanie cofnąć czasu.

Pamiętasz swoją ostatnią rozmowę z Krystianem? Jesteś w stanie ją odtworzyć?

- Tak. Nigdy nie zapomnę tamtego dnia. Przed meczem Krystian jeździł jeszcze na swoim pit bike’u. Mama zawołała nas na niedzielny obiad. Zasiedliśmy wszyscy razem do stołu, Siedziałam naprzeciwko brata. Od zawsze tak siedzieliśmy, u nas w domu każdy ma swoje miejsce, którego się nie zajmuje. Zjedliśmy obiad, rozmawialiśmy jeszcze, śmialiśmy się przy wyspie. Powiedziałam: Krystian, powodzenia w dzisiejszym meczu. Trzymamy za ciebie kciuki. Pamiętam, że Krystian kręcił się na krześle obrotowym i wtedy zwróciłam uwagę na jego piękne, duże oczy i długie rzęsy, ale w tamtym momencie wydarzyło się coś jeszcze. To takie dziwne uczucie, którego nigdy wcześniej nie zaznałam. Jak się później okazało, były to moje ostatnie spędzone chwile z bratem. Bardzo często o tym myślę i mam ten obraz przed oczami.

Tego dnia, 22 maja, po wypadku Krystiana był duży chaos informacyjny. Zapewne wiele osób kontaktowało się także z tobą. Miło, że ludzie się martwią, ale przyznasz, że to nie pomaga gdy ktoś bliski walczy o życie. To są momenty, w których najważniejsza jest prywatność.

- Myślałam, że to jest jakiś koszmar, z którego zaraz się wybudzę. Dowiedziałyśmy się o wypadku z relacji tekstowej w internecie. Mama wpadła w straszną panikę, próbowałam ją uspokoić, powtarzając że wszystko będzie dobrze. Zaczęłyśmy dzwonić do taty, ale nie odbierał. Później do innych i w końcu tata do nas oddzwonił, ale po tonie jego głosu wiedziałam już, że jest źle. Tata kazał nas przywieźć do szpitala. Pamiętam, że na miejscu przytulił nas bardzo mocno i powiedział nam, że lekarze mówią, że Krystian prawdopodobnie nie przeżyje tej nocy. Wszyscy byliśmy zrozpaczeni, czuwaliśmy na korytarzu i modliliśmy się, by Krystian ją przeżył. Wiem, że mnóstwo ludzi było cały czas z nami, pisali wiadomości, jednak nie byłam w stanie odpowiadać. Później czytałam je stopniowo miesiącami i bardzo mi pomagały. Miło wiedzieć, że ludzie się o kogoś martwią. Jeszcze raz z całego serca dziękuję tym wszystkim, którzy z nami byli. Gdy spotyka cię taka tragedia, skupiasz się na tym co dzieje się tu i teraz, chcesz być ze swoimi rodzicami.

Czy w ciągu tych kilku dni gdy Krystian leżał w szpitalu pojawił się moment dający tobie osobiście nadzieję? Może był to przyjazd profesora Talara?

- Miałam nadzieję do końca. Nawet tego ostatniego dnia, gdy trzymałam brata za rękę, a ciśnienie spadało. Do ostatnich sekund przy tym łóżku łudziłam się, że zaraz może wszystko się odwróci, zdarzy się jakiś cud i Krystian przeżyje tak, jak tamtej nocy, gdy lekarze nie dawali mu już szans. A on walczył przez sześć dni, dając nam znaki. Profesor Talar dał nam nadzieję. Oznajmił, że Krystian z tego wyjdzie i obudzi się ze śpiączki. Niestety tak się nie stało.

Czy dobrze zrozumiałem - jest w tobie żal do profesora Talara o to, że wlał w was tyle nadziei? Człowiek ufa lekarzom i chce, by ważyli swoje słowa.

- Tak, czuję żal. Powiedział nam, że bywają gorsze przypadki i ludzie z nich wychodzą. Jego teoria była sprzeczna z tymi, które mieli inni lekarze. Dlatego dał nam dużą nadzieję na to, że Krystian się wybudzi.

Co chodziło ci po głowie gdy Krystian odszedł? Czy podobnie jak wiele osób w takiej stuacji myślałaś o tym, czy Bóg w ogóle istnieje? Cytując twojego tatę i kilka znanych mi osób: gdyby istniał, nie doprowadzałby do takich sytuacji.

- Nie mogłam uwierzyć, że już nigdy go nie spotkam w naszym domu, przy stole, na ogrodzie czy w pokoju. Przez kilka lat nie potrafiłam nawet wejść do jego pokoju. Nie mogłam pogodzić się z tym, że po otworzeniu drzwi już go tam nie zobaczę siedzącego na kanapie z padem w ręku, grającego na konsoli.

A propos drugiej części pytania. Nawiążę do sytuacji panującej w Ukrainie. Każdego dnia tak wiele zła, okrucieństwa dotyka tych niewinnych ludzi. Giną dzieci matki ojcowie. Serce mi się kraje, gdy na to patrzę i wtedy właśnie zastanawiam się, czemu Bóg na to wszystko pozwala. Dlaczego tego nie powstrzyma? Myślę, że to bardzo trudne pytanie związane także z wyznaniem wiary, dlatego nie za bardzo chce snuć rozważania na ten temat.

Na pogrzebie brata byłaś w stanie wygłosić mowę, mimo strasznego czasu jaki przeżywałaś. Byłaś spokojna i opanowana. Zastanawiam się jak to możliwe, że dałaś radę to zrobić. 99% ludzi pewnie miałoby z tym problem. Pokazałaś silną psychikę.

- Wiedziałam, że to właśnie ja muszę to zrobić, ponieważ rodzice nie będą w stanie. Nie wyobrażałam sobie, by ktoś inny tam wówczas wyszedł i w naszym imieniu przeczytał przemowę z kartki. Zrobiłam to dla Krystiana, ponieważ zasługiwał na takie pożegnanie. Od zawsze miałam silny charakter, wiele rzeczy musiałam sama przezwyciężyć, bardzo często zamykając się w sobie. Po tragedii wiedziałam, że muszę być silna dla rodziców. Każdego dnia prosiłam Krystiana, by dodawał mi więcej tej siły, bym się nie załamała, gdy było tak ciężko. Ale ta siła wcale nie oznacza braku cierpienia czy braku łez. Ten ból był i nadal jest ukryty w głębi mnie.

Nagrałaś piosenkę dla Krystiana. Czy to w jakiś sposób pozwoliło ci wyładować emocje i ułatwiło, jeśli można tak powiedzieć, przeżywanie żałoby?

- Tak jak wiele razy wspominałam, obiecałam bratu, że zrobię wszystko by o nim nie zapomniano. Powiedziałam mu, że stworzę piosenkę, która będzie nasza. Myślę, że tą balladą poniekąd zapewniłam mu wieczną pamięć, przy okazji pomagając również innym ludziom w przeżywaniu cierpienia po stracie kogoś bliskiego.

Ani ty ani twoja rodzina nie obraziliście się na żużel, choć zabrał wam Krystiana. Da się normalnie oglądać ten sport mając w głowie takie wspomnienia?

- Obecnie nie chodzę na żużel, nie oglądam. Wszystko jakby się skończyło z zakończeniem kariery mojego taty i odejściem mojego brata Krystiana. Dawniej razem z mama jeździłyśmy na niektóre wyjazdy i chodziłyśmy na mecze i treningi, kibicowałyśmy. Nie da się całkowicie odciąć od tego sportu, ponieważ tata jest tunerem i cały czas w domu ogląda mecze żużlowe, śledząc poczynania zawodników, którym przygotowuje sprzęt.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL