Reklama

Reklama

Słowo Frątczaka na niedzielę. W klubach nie ma miejsca na demokrację

- Zabawne jest też to, że niezależnie od tego z jakiego klubu odchodzi trener, od razu pojawia się giełda nazwisk, kto może go zastąpić. Z mojego punktu widzenia, człowiek z nikim nie negocjuje, siedzi za biurkiem i czyta różne rewelacje okraszone swoim zdjęciem. Gwarantuję, że bardzo często jesteśmy równie zaskoczeni, tym, co widzimy, jak i ludzie, którzy odpalają internet, żeby przewertować strony żużlowe. No, ale rozumiem, show must go on, spektakl medialny musi trwać - pisze w swoim najnowszym felietonie dla Interii Jacek Frątczak.

Słuszne ultimatum dla Bajerskiego

Jak zwykł mawiać mój znajomy dziennikarz niby w żużlu zima, a materiału do pisania więcej niż w sezonie. Czytamy o perturbacjach osobistych jednego z trenerów, później na łamach prasy głos zabierają przedstawiciele klubu. Powstaje niepotrzebne zamieszanie, które nie powinno mieć miejsca. Nie mówię, żeby sprawę zamiatać pod dywan i abstrahując od personaliów mam swoją teorię na ten temat.

Teraz karty rozdaje telewizja. Ona jest tym fundamentem, który wydatnie wpływa na rozwój dyscypliny. Wizerunek i to co dzieje się wokół danego ośrodka, jest tutaj kluczowe. Osoby, które reprezentują konkretny ośrodek muszą być nieskazitelne. Sęk w tym, że sfery osobistej organizacja nie powinna dotykać. Klub powinien za to posiadać taką wiedzę, że później te kłopoty PR-owe, z jakimi mamy do czynienia w Toruniu spróbować rozwiązać.

Reklama

Chwalę postawę klubu, który w takiej sytuacji się znalazł, ale nie jest stroną żeby ten problem rozstrzygnąć. Zajęcie stanowiska i danie czasu, na uregulowanie tej sprawy wyczerpuje wszystko. Nie wyobrażam sobie, żeby pracodawca rozstrzygał o czyjejś winie. Ludzie przejściowo wpadają w osobiste tarapaty więc jedyną słuszną opcją jest danie czasu i ultimatum na wyprostowanie tej sprawy.

Rola menedżera na marginesie

Zabawne jest też to, że niezależnie od tego z jakiego klubu odchodzi trener, od razu pojawia się giełda nazwisk, kto może go zastąpić. Z mojego punktu widzenia, człowiek z nikim nie negocjuje, siedzi za biurkiem i czyta różne rewelacje okraszone swoim zdjęciem. Gwarantuję, że bardzo często jesteśmy równie zaskoczeni, tym, co widzimy, jak i ludzie, którzy odpalają internet, żeby przewertować strony żużlowe. No, ale rozumiem, show must go on, spektakl medialny musi trwać.

Wpadł mi do rąk materiał pana Kamila Hynka, z którym nierzadko uwielbiam posprzeczać się intelektualnie. I teraz też nie zgadzam się z jego ogólną tezą (jeśli źle ją odebrałem, to sorry) marginalizującą rolę menedżerów na przykładzie Apatora. W klubach nie ma miejsca na demokrację. Musi być osoba dowodząca, która ma kontakt z zawodnikami, wyciąga wnioski. A na samym końcu chodzi o odpowiedzialność, bo ona jest najistotniejsza. Nie może się rozmywać.

Mamy przykład trenera aktualnego mistrza Polski - Darka Śledzia, który nie został w żaden sposób wyróżniony na ostatniej gali PGE Ekstraligi, co uważam za duże niedopatrzenie i z czym się absolutnie nie zgadzam.

W redakcji Interii jest też pan Darek Ostafiński, który pewnie jak to przeczyta, to kilka razy się szeroko pod nosem uśmiechnie. Pan Darek z pięć razy mnie zwalniał i pewnie tyle samo razy zatrudniał, ale mniejsza o to. Z uwagą przeczytałem jego tekst o likwidacji garbów na Motoarenie i chcę doprecyzować jedną typowo warsztatową rzecz. Nie znam toru żużlowego, po którym nie jeździ równiarka i w niego nie ingeruje. Wyposażone w laserowe czujniki równiarki to już powszechny sprzęt. Jest on stosowany w Toruniu od kilku lat i nie jest to nic nadzwyczajnego. 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama