Reklama

Reklama

Rozmowa Bez Hamulców. Spowiedź Tobiasza Musielaka. Czuję się lekko zawiedziony. Nie byłem słabszy od Miedzińskiego

Tobiasz Musielak po raz pierwszy od odejścia z eWinner Apatora Toruń mówi o kulisach wypożyczenia do Cellfast Wilków Krosno, o rywalizacji z Adrianem Miedzińskim i relacjach z toruńskimi działaczami. - Żałuję, że nie pojadę w tym roku w PGE Ekstralidze. Liczyłem na szansę - mówi nam w szczerej rozmowie żużlowiec.

Jakub Czosnyka, Interia.pl: Czuje się pan oszukany przez działaczy eWinner Apatora Toruń?

Tobiasz Musielak, zawodnik Cellfast Wilków Krosno: Nie, to jest za duże słowo. Powiedziałbym, że bardziej lekko zawiedziony. Już na początku grudnia spodziewałem się, co to będzie. Wiedziałem, że muszę się ostro spinać.

Ale na początku, zaraz po tym jak kontrakt z toruńskimi działaczami został dograny, miał pan przecież pewność miejsca w składzie.

Na początku rzeczywiście były takie rozmowy, ale wyszło inaczej. Życie. Już nie pierwszy raz w mojej karierze tak się stało. Chyba nawet byłem na to gotowy i przeczuwałem to.

Reklama

Pana zdaniem Adrian Miedziński był faworyzowany, bo jest wychowankiem Apatora?

Nie zastanawiałem się nad tym. Być może on wiedział, że będzie miał łatwiej, ale mnie to nie interesowało. Chciałem robić swoje i takie też było moje założenie. Nawet się nie zastanawiałem, co Adrian Miedziński odczuwa i czy jest pewny siebie. Zwyczajnie tego nie analizowałem.

Zakładam jednak, że rozmawiał Pan z nim na temat tej sytuacji. W końcu była ona mało komfortowa dla obu stron. 

Rozmawialiśmy chwilę przez telefon. Ale w sumie co mieliśmy sobie takiego powiedzieć? Wiadomo było, że nikt nie będzie odpuszczał. Nikt nie chciał odchodzić z klubu na dzień dobry. Cóż, wyszło tak, że walczyliśmy o skład już w marcu.

A jak to było na treningach? Kości trzeszczały?

W zasadzie tylko na jednym treningu jechaliśmy wspólnie spod taśmy. Tak wyglądała właśnie nasza rywalizacja. Decyzja została podjęta więc na podstawie jednej sesji treningowej. Choć myślę sobie, że kierownictwo i działacze bardziej sugerowali się sparingami. Nie mam jednak pojęcia, czy gorzej na nich wypadłem. To nie były moje decyzje. Z nimi musi mierzyć się trener, który będzie odpowiadał za wynik. Ja teraz robię swoję gdzie indziej.



Ale nie czuł się pan słabszy od Adriana Miedzińskiego?

Absolutnie nie. 

Postawienie na Adriana Miedzińskiego to była autorytarna decyzja trenera Bajerskiego? W środowisku różne głosy można było usłyszeć.

Nie wchodzę w takie szczegóły. Nie jestem od tego. Dostałem zielone światło na wypożyczenie i dobrze, bo chcę jeździć. Może, gdyby rozgrywki ligowe w Anglii i Szwecji funkcjonowały normalnie, to bym się tak nie spieszył. Tymczasem teraz odjadę w polskiej lidze około 20 meczów w sezonie, więc nie ma na co czekać, aby nie tracić formy i zabezpieczyć się finansowo na zimę.

Rozgoryczenie tą sytuacją może być duże, bo rok temu był pan liderem Apatora i najlepszym polskim zawodnikiem ligi.

Na pewno żałuję, że nie pojadę w tym roku w PGE Ekstralidze. Liczyłem na powrót. Może uda się za rok. Jestem cierpliwy. Mam w końcu dopiero 27 lat, więc w żużlu najlepsze lata pewnie przede mną. Podchodzę do tego ze spokojem. To nie jest tak, że na siłę szukam dla siebie miejsca.

Gdy oglądałem Kryterium Asów w Bydgoszczy i widziałem Tobiasza Musielaka pokonującego Bartosza Zmarzlika, to pomyślałem, że właśnie w tym momencie gość załatwił sobie pewne miejsce w drużynie. Byłem w błędzie.

Te zawody rzeczywiście były dla mnie udane. Też myślałem, że umocniłem swoją pozycję w drużynie, ale jednak się myliłem.

Gdy już pan wiedział, że będzie trzeba sobie szukać nowej drużyny, to pojawił się w ogóle jakiś temat wypożyczenia do innego klubu PGE Ekstraligi?

To klub odbierał telefony w sprawie mojego wypożyczenia. Ja o ewentualnych zainteresowaniach dowiadywałem się z drugiej ręki. Do mnie osobiście pierwsze zadzwoniły Wilki Krosno i tylko o tym klubie wiedziałem, że jest realna chęć pozyskania mnie. Dochodziły do mnie głosy o innych klubach, ale brakowało konkretów. Najbardziej konkretna oferta przyszła właśnie z Krosna.

A czy to nie jest tak, że kluby PGE Ekstraligi nie wierzą w pana? Gdzieś z tyłu głowy może siedzieć myśl o średnio udanych sezonach w Rybniku i Częstochowie.

Mogło tak być, ale z drugiej strony, jaki jest sens cofać się aż tak w przeszłość. Ostatnie sezony Adriana Miedzińskiego też nie były dobre. Dla mnie osobiście to średnia weryfikacja. Od czasów jazdy w PGE Ekstralidze wiele się zmieniło u mnie. Jestem całkowicie innym zawodnikiem, mam nowy team. Na pewno jest bardziej doświadczony i chciałbym w końcu wrócić do tej najwyższej klasy rozgrywkowej i się w niej sprawdzić.

Czyli plany o podboju PGE Ekstraligi na razie odłożone w czasie.

To nie była de facto moja decyzja, ale muszę poczekać na swoją szansę. Mam ambicje ekstraligowe i chcę tam jeździć. Na pewno stać mnie na bycie zawodnikiem, który będzie regularnie punktował i czasami pomoże w czymś więcej. Wiem, że na to mnie stać, ale nie podpalam się. Nie jestem zawodnikiem tego typu, że jak coś nie wyjdzie, to się załamuje.

Z Apatorem mógłby się pan jeszcze kiedyś związać, czy klub trafił teraz na czarną listę?

Ciężko powiedzieć. Wybierając zespół muszę patrzeć na wiele składowych. Między innymi na zawodników, którzy są w danej drużynie, nawet pod kątem atmosfery. Oczywiście wiadomo, że nasze relacje zostały troszkę ponapinane, ale zawsze można dać sobie drugą szansę w życiu. Nie wykluczam tego, ale na razie moje myśli skupione są na obecnym sezonie. Mam teraz swoje cele. Chcę być zawodnikiem TOP 3 eWinner 1. Ligi. Jak to osiągnę, to też łatwiej będzie mi spoglądać w stronę PGE Ekstraligi.

Toruńscy działacze chyba powinni panu podziękować za gryzienie się w język. Nie tak dawno może nie w bliźniaczej, ale podobnej sytuacji był Norbert Kościuch, który nie miał oporów przed krytyką.

On był chyba w gorszej (śmiech).

Finansowo pan straci na wypożyczeniu do Krosna?

Na razie ciężko powiedzieć. Nikt nie wie, ile i jak jeździłbym w Apatorze i czy dostawałbym pięć wyścigów. Może byłbym zastępowany przez wiadomo kogo i byłby problem. Już w pierwszym meczu mojej nowe drużyny objechałem aż sześć wyścigów. Jasne jest, że w eWinner 1. Lidze trzeba więcej pojeździć, żeby zarobić porównywalnie z PGE Ekstraligą, ale to też nie o to chodzi. Nie ma co porównywać pod kątem finansowym obu lig. Nie patrzę więc na to w ten sposób, bo jeżeli będę jeździć na dobrym poziomie w Wilkach, to krzywda mi się nie stanie.

Wilki Krosno to taki moment przejściowy, czy może jest szansa na dłuższy mariaż?

Na razie nie było takich rozmów. Może raz dyskutowaliśmy z głównym sponsorem o przyszłym roku, ale za wcześnie na to. Takie dywagacje nie mają sensu.

Widziałem i czytałem, że w Krośnie przyjęli pana jako zbawiciela tej drużyny. Miał być spadek, a teraz mówi się o pewnych play-offach.

Fajne są te opinie, ale spokojnie. Za mną pierwszy mecz na trudnym terenie w Ostrowie. Myślę, że było dobrze. Na pewno mamy potencjał w drużynie i wiemy o tym. Prawie każdy z nas jeździł w PGE Ekstralidze i doświadczył żużla z najwyższej półki. Niemniej podchodzę do tematu spokojnie. Żużel jest nieprzewidywalny. Mamy oczywiście jakieś cele. Najważniejszy to utrzymanie, a jak będą play-offy, to będzie super.

To na koniec. Jaki wróży pan sezon dla Apatora i Wilków?

Nie jestem od typowania. Wiem, że wy dziennikarze chcecie, abym powiedział coś spektakularnego, ale w tym momencie bardziej interesuje mnie sytuacja Wilków Krosno niż Apatora Toruń. Oczywiście obserwuję PGE Ekstraligę i widzę, że tragedii w przypadku toruńskiego klubu nie ma. Życze im jak najlepiej.

A Wilki? Jak się uda awansować do play-offów, to będzie super. Działacze pewnie by się ucieszyli, bo to chyba rzadkość w przypadku beniaminków. Myślę, że gdybyśmy to osiągnęli, to na mieście by huczało.

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje