Reklama

Reklama

Rozmowa Bez Hamulców. Sławomir Kryjom: Ile razy jeszcze mam przepraszać żużlową Polskę?

Na wstępie zaznaczył, że nie odpowie na żadne pytanie dotyczące relacji damsko-męskich, a kiedy zaczęliśmy rozmawiać o finale 2013, z którego uciekł z drużyną Unibaxu Toruń rzucił krótko: "Kończymy, nie mam ochoty na więcej". W końcu dał się jednak przekonać i przyznał, że tamto zdarzenie wielu mu dało. - Dowiedziałem się, kto jest moim prawdziwym przyjacielem, a kto tylko klepał mnie po plecach – mówi Sławomir Kryjom, były menadżer Unii Leszno, Unibaxu Toruń, a obecnie niemieckiego MF Trans Landshut Devils.

Dariusz Ostafiński, Interia: Ludzie żartują, że ogląda pan żużlowe mecze Fogo Unii Leszno z okna swojego biura, które mieści się na stadionie.

Sławomir Kryjom, menadżer MF Trans Landshut Devils, dyrektor MOSiR-u w Lesznie: Z mojego okna widzę tylko pierwszy łuk. Żeby zobaczyć więcej, muszę wyjść z budynku.

Żużel przeciętnemu kibicowi kojarzy się z wypadkami, dlatego chciałbym zapytać, czy był taki moment, że żałował pan kiedyś tego, że zdecydował się pan wyjść z budynku.

Może nie, że żałował, ale swoje przeżyłem. Byłem na zawodach, na których rozbił się Łukasz Romanek. Nie pobiegłem na miejsce wypadku, ale w parkingu było czuć, że jest z nim ciężko. To był finał MIMP. Wielu faworytów przez kraksę Romanka odpadło z walki o medale. Jednak najbardziej traumatycznym przeżyciem był dla mnie wypadek innego żużlowca. Mniejsza o nazwisko. Dość powiedzieć, że lekarz zawodów podszedł do mnie i powiedział, że jak go dowiozą na OIOM, to będzie cud.

Reklama

Co było dalej?

Jeszcze w karetce ratownicy stwierdzili u zawodnika zatrzymanie akcji serca. Potrzeba była terapia elektrowstrząsowa, żeby przywrócić go do żywych. Walka o niego trwała jeszcze wiele godzin. Tam nawet doszło do tego, ze płyn rdzeniowy wypłynął mu uszami i szpital musiał kupić specjalne urządzenie, żeby sprawdzić, ile tego płynu wyciekło.

Nie miał pan wtedy dosyć żużla?

Ten sport jest gorszy, niż narkotyk. Taka jest brutalna prawda. Ludzie na torach umierają, doznają poważnych kontuzji, ale człowiek nie potrafi z tym zerwać. Kiedy byłem menedżerem w klubach PGE Ekstraligi, to jesienią i w zimie nie wiedziałem, co z sobą zrobić. Brakowało mi tego rytmu, tego, że siedem dni byłem w rozjazdach, że ciągle żyłem na walizkach. Mnie pasowało to, że przenoszę się z jednego hotelu do drugiego, a do domu wpadam tylko po to, żeby wybrać rzeczy.

Pasowało to panu nawet wtedy, gdy wylał się na pana hejt po ucieczce Unibaxu Toruń z finału Ekstraligi 2013?

Serio będziemy o tym gadać?

A ma pan z tym jakiś problem?

Wszystko już na ten temat powiedziałem.

A pytali już pana o to, czy dziś postąpiłby pan tak samo?

Jestem bogatszy o pewną wiedzę, ale to trudny temat. To był ten dzień, ten czas, ta godzina i trzeba było zdecydować, czy jedziemy ten mecz, czy rezygnujemy. Co to zmieni, że dziś powiem, że ta decyzja mogła być inna.

Nie rozumiem. Nie stać pana na to, żeby powiedzieć, wtedy zrobiliśmy źle, nie zachowaliśmy się sportowo.

Ile razy jeszcze mam przepraszać żużlową Polskę za ucieczkę Unibaxu z finału? Już wiele razy to zrobiłem. Ten temat jest dawno zamknięty. Od tamtego czasu było wiele większych afer i jakoś nikt tego nie magluje.

Jakie to były te większe afery?

Następne pytanie poproszę

Serio?

Nie chce mi się o ucieczce z finału gadać. Już tyle tego było, że za chwilę ludzie wyłapią, że mam czternaście różnych wersji tego zdarzenia. Zresztą, jak powiedziałem, są większe afery.

Pytałem jakie, ale nie odpowiedział pan.

Proszę zapytać prezesów, dlaczego nie płacą tych milionów, na które umawiają się z zawodnikami. 

Pytaliśmy wiele razy, a o ucieczkę z finału pytam wyłącznie, dlatego że, takie przynajmniej mam wrażenie, tamtą akcją spalił się pan w środowisku. Dopiero Niemcy odkurzyli pana jako menadżera.

Nieprawda. Miałem oferty. Trzy ekstraligowe. Może nie od razu, ale rok po feralnym finale już tak. Mnie tamto zdarzenie wiele dało. Przynajmniej dowiedziałem się, kto jest moim prawdziwym przyjacielem, a kto tylko klepał mnie po plecach. Dwa lata po finale 2013 były ciężkie. Byłem zawieszony, musiałem szukać nowego sposobu na życie i zarabianie pieniędzy.

Co pan znalazł?

Na początek agencję menadżerską. Szybko to jednak zamknąłem. Nie dało się z tego wyżyć, biorąc pod uwagę płynność finansową klubów i zawodników, a miałem pod opieką Pavlica, Pieszczka, przez chwilę także Ułamka.

Agencję zamienił pan na?

Firmę transportową. Funkcjonowała dwa lata. Potem wyjechałem do Anglii. Rok pracowałem w Birmingham, w agencji pracy. Organizowałem pracowników dla firmowych kontrahentów.

Wrócił pan?

Ze względu na sprawy rodzinne. Mama zmarła w 2013, a tata chorował. Do dziś choruje. Nie mogłem się nim zajmować na odległość. Na dłuższą metę to nie miało sensu.

Teraz nazywają pana kustoszem obiektu. To dlatego, że jest pan dyrektorem MOSiR-u.

No proszę. Tego określenia jeszcze nie słyszałem. Ciekawe.

Od tego roku jest pan nie tylko kustoszem, ale i menedżerem niemieckiej drużyny jeżdżącej w drugiej lidze w Polsce. Jak się współpracuje z MF Trans Landshut Devils?

Bardzo dobrze. To profesjonalny klub, który ma dobry budżet. To idealne miejsce, żeby wrócić do tego, co było kiedyś. Mamy swój cel, chcemy coś osiągnąć, ale jak to wyjdzie, to już czas pokaże. Pierwszy mecz przegraliśmy.

Landshut to Bawaria, więc tam chyba liczy się przede wszystkim Bayern Monachium.

Bayerm to marka globalna, ale muszę powiedzieć, że Landshut jest rozdarte między Bayern i TSV Monachium, choć to drugie gra w trzeciej lidze. Dla prawdziwego kibica nie ma znaczenia, gdzie gra jego ukochany klub.

Może warto Lewandowskiego zaprosić na mecz. Kownacki pomoże. Znacie się przecież.

Następne pytanie poproszę.

Znowu?

Tak.

Strasznie pan drażliwy?

O niektórych rzeczach nie chcę rozmawiać.

Co jest nie tak z Kownackim?

Nic, nie mamy kontaktu, więc o czym gadać.

A o piłkarską miłość, czyli Lecha Poznań, można pana zapytać?

Jasne. Z Lechem mam ten problem, że od października do połowy marca zaprząta całą moją uwagę, a poza tym jestem rozdarty między piłkę i żużel. Jak pracowałem w klubach, to zdarzało się, że oglądałem na telefonie, jak sobie Lech poradził. Miłość do sportu zaszczepił mi tata. Jak byłem dzieckiem, to w sobotę jechaliśmy na Lecha, a w niedzielę szliśmy na Unię Leszno.

Rozumiem jednak, że o karierze sportowca pan nigdy nie marzył?

Trochę pograłem w kosza, ale to nie było nic poważnego.

A na motocyklu żużlowym pan siedział?

Tak, ale nigdy nie jechałem. Jak zawodnik pyta, to przyznaję się bez żadnych wykrętów.

Narażając się na zarzut: poucza mnie człowiek, który nigdy nie jeździł.

Może niektórym się to gryzie, ale jest wielu fachowców, którzy nie jeździli, jak Frątczak czy Gajewski, a świetnie sobie radzą z prowadzeniem drużyn. Menadżer nie musi mieć wiedzy o sprzęcie. Moim zadaniem jest prowadzenie drużyny pod względem taktycznym. Jestem od ustawienia składu, a od regulacji motocykli jest trener i sami zawodnicy. Oni zresztą wiedzą najlepiej.

Pan miał kiedyś z zawodnikami kłopoty?

Tak. Największe z Sullivanem. To był świetny sportowiec, ale jego "ja" było ważniejsze niż interes. Był przeciwieństwem Adamsa, który robił, co mógł, żeby innym pomóc, zwłaszcza juniorom.

Najostrzejsze spięcie z Sullivanem?

W 2011 roku w Rzeszowie. Nie wstawiłem go do nominowanych i był, delikatnie mówiąc zdziwiony. Mieliśmy ostrą spinę. Całe szczęście, że wygraliśmy, bo nie wiem, jakby się to skończyło./

Tomasz Gollob, z którym współpracował pan w Toruniu?

Raz się o coś pokłóciliśmy, bo w meczu nam nie szło, ale poza tym super nam się współpracowało. On nigdy nie dyskutował z moimi decyzjami, a ja wierzyłem w jego doświadczenie. Pamiętam, jak kiedyś przed meczem w Bydgoszczy zapytał mnie, czy może wyregulować silniki zawodnikom Unibaxu. Zgodziłem się, a Tomek znalazł takie rozwiązania, że wszyscy łapali się za głowę. Jednak to zadziałało. Po jedenastym biegu mecz był wygrany.

Praca w klubie to jednak stres. Pewnie pan się cieszy, że teraz ma ciepłą dyrektorską posadkę.

Czy to jest taka spokojna praca, to ja nie wiem. Zresztą od kilku tygodni łączę pracę dyrektora z rolą menadżera w Landshut, więc chyba nie chodzi mi tylko o ciepłą posadkę. Od razu jednak wyjaśnię, że to, iż podjąłem się pracy z zespołem, nie oznacza, że za chwilę zapragnę czegoś więcej. Nie wybiegam myślami do przodu. Na razie skupiam się na tym, co tu i teraz.

To proszę wyjaśnić, co jest nie tak z dyrektorskim stołkiem? Skarżą się mieszkańcy, czy radni?

Mieszkańcy nie dokuczają, a radni muszą, bo taka jest rola. Działamy jednak transparentne, nie mamy nic do ukrycia. Mówiąc o kłopotach miałem jednak raczej na myśli to, że koszty rosną, a przez ostatnie półtora roku obiekty MOSiR-u nie mogły być w pełni wykorzystane. Taki urok czasów koronawirusa. Myślę, że w dobie pandemii każdy samorząd i każdy MOSiR mają kłopoty.

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź



Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje