Reklama

Reklama

Rozmowa Bez Hamulców. Piotr Rusiecki: Zdobywanie złota jeszcze nam się nie znudziło

Z Fogo Unią Leszno zdobył pięć złotych medali, w tym cztery z rzędu. Jest człowiekiem ciężko doświadczonym przez los. Po śmierci brata spadło mu na głowę zarządzanie firmą, po śmierci żony została rysa. – Taka do końca życia – mówi Piotr Rusiecki, prezes najbardziej utytułowanego żużlowego klubu w Polsce.

Dariusz Ostafiiński, Interia: Po czterech tytułach z rzędu Fogo Unia Leszno jedzie w tym roku po kolejny, czy też wygrywanie ligi się wam znudziło?

Piotr Rusiecki, prezes Fogo Unii Leszno: W klubie mam ludzi, którzy chcą pracować i wygrywać. Po to się jest sportowcem, żeby osiągać najwyższe cele. Wygrywanie się nam nie znudziło, zatem jedziemy o złoto, a co z tego wyjdzie, to już zależy od dyspozycji i szczęścia.

Poda pan jakiś przepis na złoto?

- Poskładanie wszystkich klocków w całość, tak żeby jeden pasował do drugiego, żeby ta cała układanka w żadnym momencie się nie rozsypywała, żeby stanowiła jedność. Myślę, że to jest najważniejsze.

Reklama

A ja myślałem, że ten przepis, to kupienie najlepszych obecnie zawodników na rynku.

- Nie, to tak nie działa. I nigdy tak u nas nie było. Taki Emil Sajfutdinow, zanim zaczął jeździć w Lesznie, to nie miał na koncie złota w lidze. To samo było z Nickim Pedersenem. A ogólnie, to jest tak, że jak ktoś do nas przychodzi i okazuje się, że nam pasuje, to zostaje na lata.

Przed tym sezonem wymieniliście Doyle’a na Smektałę i Kuberę. Wielu ekspertów mówi o majstersztyku.

- To był jednak akurat przypadek. Kubera i Smektała nam pomogli, wybierając inną drogę. Nie było wyjścia. Jak zauważyłem, że nie dogadamy się z wychowankami, postawiliśmy na Jasona. Na pozycjach seniorskich jesteśmy dzięki temu bardzo mocni.

Żal do Kubery i Smektały jeszcze jest?

- Ja bym już nie chciał o tym rozmawiać, bo tyle goryczy zostało już wylanej, że wystarczy.

A oni w przyszłości będą mogli do was wrócić?

- Nie mam żadnej czarnej listy, ani spisu zawodników, których bym nie chciał. Jak będzie kiedyś sytuacja, że nam i im będzie pasować, to kto wie.

W kilku ostatnich latach siłą Unii byli juniorzy, ale teraz macie z nimi problem.

- Mamy mniej doświadczonych od tych, którzy startowali ostatnio. Pamiętajmy jednak, że wszystko musi mieć swój początek. Jak się cofniemy do 2015 roku, kiedy Kubera i Smektała zaczynali jeździć w składzie, to przypomnimy sobie, że początkowo im nie szło. Dopiero w 2017 poszli mocno w górę. Zanim to się stało, zbierali doświadczenia. Z tymi nowymi chłopakami będzie tak samo. Z meczu na mecz będzie lepiej. Jestem o nich spokojny. Zresztą po to dobraliśmy mocną piątkę seniorów, żeby ci młodzi mogli się spokojnie rozwijać.  

O juniorów jest pan spokojny, a o budżet też?

- Budżet nie jest w stu procentach zamknięty. Nie wiemy, co wpisać w przychodzie z dnia meczu. Jeśli jednak będzie on niewielki lub żaden, to już nasze zmartwienie.

Udziałowcy zasypią dziurę?

- Tak to u nas działa, że jeśli na końcu czegoś brakuje, to udziałowcy to wykładają.

Skąd pan się wziął w żużlu?

- Przez przypadek. Przyszedłem jako kibic, potem wciągnięto mnie w sponsoring, zostałem udziałowcem, na końcu prezesem klubu.

Pierwszym zawodnikiem, którego pan sponsorował był?

- Norbert Kościuch. Pierwszym sławnym Leigh Adams.

Obecnie, to pana skaut na antypodach?

- Przyjaciel, a dopiero potem skaut. Dobry kontakt mamy, dużo ze sobą piszemy. On śledzi to, co dzieje się w Unii na bieżąco. Swoją drogą, to my mamy w Australii całą rzeszę kibiców.

Pan jest uważany za ojca wszystkich Australijczyków startujących w Unii. Taki Jaimon Lidsey, to się nawet dziwił, że inne kluby nie przychodzą do niego z ofertami.

- Tak jest i trochę się z tego śmiejemy. Jednak spokojnie. To, że ktoś u mnie mieszka, a tak jest z Lidseyem, nie znaczy, że nie można mu oferty złożyć.

A jak ktoś złoży?

- Nikogo nie trzymam na sznurku. Powiem tak, jak dotąd żaden z tych chłopaków z Australii, bo nie tylko Lidseya mam na myśli, mnie nie zawiódł. Może się zdarzyć, że któryś z nich będzie chciał coś w życiu zmienić. Jeśli powie mi to w cztery oczy i logicznie uzasadni, nie ma sprawy. Gorzej, gdy się dowiem, że rozmawia z innymi za moimi plecami.

Ile kosztowały marynarki, które pan dotąd spalił w trakcie mistrzowskiej fety. Pięć ich było?

- To z second-handu, więc nie ma zmartwienia. A poważnie, to nie liczyłem, ale w szafie zrobiło się dużo miejsca. Jeszcze coś tam mam, ale jak kolejną trzeba będzie spalić, to może się kłopot zrobić. Najlepiej, jakby było złoto bez palenia marynarki.

Los pana mocno doświadczył. Śmierć brata, żony. Jak pan to zniósł?

- Nie mam na to prostej odpowiedzi. Wiem jedynie, że w takiej sytuacji nie można siąść i się załamać, bo to byłoby najgorsze. Najlepiej się czymś zająć, pracować. Ja tak zrobiłem. Firma i żużel dały mi życiowego kopa.

Zarządzanie firmą Polcopper spadło panu na głowę po śmierci brata.

- Ja byłem wtedy młodym człowiekiem. Musiałem przerwać studia, żeby to ogarnąć. Jakoś sobie radzimy. Ostatnie dwa lata są gorsze, ale to przez koronawirusa. Chcę jednak wierzyć w to, że najgorsze za nami.

A w domu?

- Po czymś takim jak śmierć żony zostaje rysa do końca życia. Jak w tej piosence Urszuli o "rysie na szkle".

Pan wygląda mi na twardziela?

- Na zewnątrz taki jestem, ale w środku już chyba nie. Duszę w sobie wiele rzeczy.

Zdarzyło się panu płakać?

- Oczywiście, że tak. Po tym, co mnie spotkało, ale ze szczęścia też. Po sukcesach Unii. Najbardziej się wzruszyłem po wygranym finale ze Spartą w 2017 roku.

Dlaczego akurat wtedy?

- Nie wiem, może dlatego, że to Sparta. Geograficznie jesteśmy blisko i to jest ten klub, z którym mecze są dla nas szczególne. Oni z wielkiego miasta, my z małego, liczącego 60 tysięcy Leszna. A zawsze fajnie, ja mniejszy dużego bije.

Słyszałem, że jak rok temu Jarosław Hampel odchodził z Unii, to usłyszał od pana, że może iść wszędzie, byle nie do Sparty.

- Być może tak było.

W trakcie meczów jest pan z drużyną w parku maszyn.

- Od początku taka było. Tak wolę. Po co się stresować i snuć domysły z poziomu trybuny głównej, jak można być w środku. Jednak nie przeszkadzam, nie nanoszę zmian w programie. Ja tego w ogóle nie lubię robić. Jak menedżer Piotr Baron chce, to mogę z nim porozmawiać, ale roboty za niego nie wykonam.

Kiedyś pana córka miała jednak zdecydować, że w drużynie został Grzegorz Zengota.

- To był żart. Obie córki żyją żużlem, stąd się to wzięło. Chociaż z wiekiem im mija. Chodzą na mecze, cieszą się z wygranych Unii, ale zauważam, że ten entuzjazm jest mniejszy niż kilka lat temu.

Jak pan sobie radzi, jako samotny ojciec?

- Nie jestem samotnym ojcem, mam partnerkę, która bardzo mi pomaga. A w ogóle ojciec to ciężki zawód. Córki im starsze, tym kłopotów z nimi więcej. Jednak jakoś pokonujemy kolejne trudności, idziemy do przodu.

Czego panu życzyć przed startem sezonu?

- Tego, żebyśmy te rozgrywki toczyli w sportowej atmosferze, żeby koronawirus nie sterował, żebyśmy zdrowo dojechali do końca.

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź



Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje