Reklama

Reklama

Rozmowa Bez Hamulców. Michał Korościel komentuje żużel, skoki, w radiu wkręca polityków, ale milionów się nie dorobił

- Żyję na wysokich obrotach, weekendami bywa hardcore. Czasami śpię dwie godziny. Źle nie zarabiam, ale jeśli ktoś chce się dorobić, to nie w dziennikarstwie - mówi nam w długiej rozmowie Michał Korościel, komentator sportowy Eleven Sports i Eurosport oraz dziennikarz Radia Zet. - Politykę mam w nosie, ale zasada niepisana w radiu jest taka, że jak masz się śmiać z polityków, to śmiej się z rządzących.

Jakub Czosnyka, Interia.pl: Radio Zet, Eleven Sports, Eurosport. Jak ty to w ogóle wszystko godzisz? Domyślam się, że praca pochłania przynajmniej trzy czwarte twojego życia.

Michał Korościel, komentator sportowy w Eleven Sports i Eurosport oraz dziennikarz Radia Zet: Mi cały czas w życiu sprzyja szczęście. Nawet niespecjalnie się staram, żeby to połączyć. To jakoś samo się składa. W radiu szef proponuje mi konkretne godziny pracy i zawsze jakoś to spinam. Teraz na przykład mam zawsze weekendowe poranki oraz parę dni w tygodniu od 10 do 14 i to mi pasuje. Tak naprawdę to w lipcu i sierpniu, czyli w sezonie urlopowym mam w radiu trochę więcej pracy i wtedy może rzeczywiście ciężko jest to pogodzić.

Reklama

Ale myślę sobie, że jestem człowiek kompromisu. Potrafię się ubrać, pójść do pracy nawet w święta i nie marudzę. Wiem, że dzięki temu kiedyś szef będzie to pamiętał i jak będę potrzebował, to pójdzie mi na rękę. Czasami też trzeba się do kogoś dobrze uśmiechnąć i już.

Jak już rusza sezon żużlowy, to w domu pewnie jesteś gościem.

Czy ja wiem? Nie jest wcale tak źle. W Eleven szef mówi nam, że możemy spać w tym mieście, gdzie mamy transmisję meczu, ale my najczęściej chcemy wracać, bo każdy ma swoje życie i chce je prowadzić.

Największy hardcore bywa weekendami. Podam ci przykład tego, co czeka mnie za tydzień. W piątek jadę na żużel, wrócę gdzieś w okolicach 2 w nocy, pojadę od razu do radia, prześpię się tam ze dwie godziny, o 6 rano zacznę audycję i dopiero później wrócę do domu. Bywa ciężko, ale znam ludzi, którzy mają mniej czasu ode mnie. Zresztą ja się nie lubię nudzić. Nawet jak siedzę w domu, to zaraz biorę gdzieś dzieci, żeby być aktywnym.

Nie wierzę, że nie masz momentów, kiedy masz tego serdecznie dość.

Czasami mnie straszą, że życie na wysokich obrotach kiedyś na starość mi się odbije czkawką. Ale w październiku mam takie uczucie, że powoli zaczynam myśleć o skokach, więc wtedy idealnie kończy się żużel. To samo jest w drugą stronę, bo skoki kończą się w marcu i chwilę później rusza ligowy sezon w żużlu. Cieszę się, że mam takie dwie dyscypliny, które się uzupełniają i prawie w ogóle się na siebie nie nakładają.

Poza tym mam to szczęście, że mnie to nie męczy. Ja tą robotę po prostu lubię. I tak i tak bym oglądał żużel, czy skoki, bo to po prostu lubię. A jak coś lubisz, to się po prostu nie męczysz.

Wiesz co sobie niektórzy mogą myśleć? Skoro gość obskakuje trzy fuchy - telewizja i radio, to pewnie śpi na kasie.

Ha, pewnie, że takie rzeczy słyszałem. Gdyby to był początek lat 90-tych, to byłaby to prawda. Ludzie, którzy pracowali wtedy w radiu na przykład, to do dzisiaj mówią, że to było eldorado. Początek wolnych mediów. Jak powstała Wizja TV i wyciągała za pstryknięciem palca Przemysława Babiarza z TVP, to wówczas w grę wchodziły olbrzymie pieniądze.

A teraz? Nie chcę narzekać. Jest mi nieźle. Jeśli ktoś chce zarobić duże pieniądze, żeby kupić sobie mieszkanie w Warszawie bez kredytu, to niestety, ale nie w mediach. No może media, ale nie jako dziennikarz. Świetnie zarabia tylko garstka. Także spokojnie, bez kredytów też niewiele bym zdziałał (śmiech).

Słysząc twój entuzjazm w głosie strzelam, że tobie to zupełnie nie przeszkadza.

Dobrze jest mieć pieniądze i nie martwić się tym, co się będzie jutro jadło. U mnie tak jest, więc już jest dobrze. Czy gdybym miał auto za 200 czy 300 tysięcy, to byłbym bardziej szczęśliwy? Pewnie, że nie. To tylko zabawka, która cieszy przez chwilę, a później powszednieje.

Szczęścia trzeba szukać gdzieś indziej. To tak jak z tym zegarkiem Lewandowskiego za 400 tysięcy. Akurat nic do niego nie mam, ale stać go, to sobie kupił. A jakby go nie miał, to pewnie i tak byłby tak samo szczęśliwy. Żeby nie było - nie gardzę pieniędzmi i jak mam możliwość, to chcę zarobić, ale staram się znaleźć między tym balans.

Chyba zadaję ci za łatwe pytanie, to teraz może czas na te trudniejsze.

Dawaj. Najwyżej będę kłamał (śmiech).

No dobra. Dlaczego nie lubisz Bartosza Zmarzlika?

Nie no, dlaczego?

To żart oczywiście, ale jesteś przecież z Zielonej Góry,

(śmiech) Lubię Bartosza Zmarzlika. To fajny, poczciwy chłopak. Ale jeżeli chodzi o styl jazdy, to rzeczywiście nie jest moim faworytem. Oczywiście podziwiam, doceniam, ale w historii żużla znalazłbym takich, którzy bardziej mi stylowo odpowiadali.

Czyli kto dokładnie?

Gollob i Ward. To też za jazdę parą. Czasami lubię wierzyć naiwnie jak dziecko, że żużel to sport drużynowy. Jak oni jeździli parą i potrafili kolegów wyciągać za uszy, to było coś! Bartek parą akurat nie jeździ. Myślę, że mógłby się tego nauczyć, bo na motorze potrafi wszystko, ale chyba już ma tak zapisane w genach, że zasuwa do przodu i na nic się nie ogląda.

Teraz też są żużlowcy, którzy starają się jeździć parą. Na przykład Janowski, Pawlicki i Dudek. Ale oni z kolei nie są indywidualnie tak wybitni jak Gollob choćby nawet.

Ciekawe, ale wróćmy do tych trudnych pytań. Polityka - PiS czy PO?

(śmiech) Mam to w nosie!

Ty, jako radiowiec na pewno nie uciekniesz od takich tematów.

Zasada niepisana w radiu jest taka, że jak masz się śmiać z polityków, to śmiej się z rządzących. Abstrahując od sympatii politycznych, opozycja nie ma wpływu na nasze życie, a rząd przeciwnie. Więc mamy prawo śmiać się z tych, którzy rządzą. Ale generalnie my w radiu śmiejemy się ze wszystkiego. Nie mamy żadnych zakazów, czy nakazów. I dobrze mi z tym, bo ja nie mam swoich sympatii politycznych.

Czasami jedni mnie wkurzą, a innym razem drudzy. Może nie powinienem się tym chwalić, ale nawet nie zawsze chodzę na wybory. Jak widzę, że ktoś kłóci się o politykę, to jak science fiction dla mnie. To tak, jakby kłócić się, czy kolor zielony jest fajniejszy od różowego.

Myślałem, że powiesz mi coś kontrowersyjnego, dam fajny tytuł, a tu poprawność polityczna w pełnej okazałości.

No dobra, to wybieram PSL (śmiech).

I wcale mnie to nie dziwi, bo z PSL-u wywodzi się Janusz Piechociński, czyli gwiazda Twittera. Miejsca, w którym uwielbiasz być aktywnym.

Opowiem ci fajną historię. Kiedyś oglądałem finał Australian Open. Djokovic tak wygrywał z Nadalem, że w zasadzie nie było co tam zbierać z kortu. Napisałem wtedy na Twitterze, że jeżeli Nadal wygra ten mecz, to w najbliższych wyborach głosuję na PSL. Wtedy Władysław Kosiniak Kamysz zacytował tego twitta z dopiskiem “Vamos Rafa". Ja sobie zrobiłem jaja, a politycy potrafili podciągnąć to pod takie coś (śmiech). Choć nie wykluczam, że on też napisał to z przymrużonym okiem. Nie znam go osobiście, ale jak jeszcze nie było wirusa i przychodził do nas do radia, to kojarzę go, że ma do siebie facet dystans.

A jak to jest z tym twoim Twitterem?. Jesteś tam bardzo aktywny, ale piszesz raczej “z jajem". Taki już jesteś, czy lubisz trollować innych?

Nie da się tego udawać, że jestem w internecie żartownisiem, a w życiu biorę wszystko na poważnie. Generalnie podchodzę do wszystkiego z dużym dystansem. Do żużla też, co czasami niektórzy wypominają mi w kontekście mojego stylu komentowania. Żużel jednak jest najważniejszą rzeczą spośród rzeczy nieważnych i tak staram się do tego podchodzić.

A jakbyś się w ogóle zhierarchizował w gronie żużlowych komentatorów?

Wiesz jak to jest z tym ocenianiem siebie. A ty jakbyś się sklasyfikował w towarzystwie dziennikarzy piszących o żużlu?

Trudny temat, wiem.

To jest kwestia gustu. To jest niemierzalne. Myślę, że dla ludzi którzy traktują żużel bardzo poważnie nie jestem idealny. Ale ci, którzy podchodzą do tego z dystansem, to mogą mnie polubić. Generalnie staram się dużo opowiadać o żużlu, ale z takimi przerywnikami, które czasami mogą bawić, czasem nie. Kwestia gustu. 

Często skarżą się na ciebie w środowisku żużlowym? Na przykład jakiś zawodnik biega za tobą po parku maszyn, że powiedziałeś coś niepochlebnego na jego temat.

Na okrągło.

Jak sobie z tym radzisz?

Czasami, jak coś za grubo palnę, to przeproszę. Ale niektórzy to są strasznie przewrażliwieni. Na przykład prezesi klubów. Zdarzy im się dzownić do mnie, albo do mojego szefa z pretensjami. Nigdy jednak nie miałem z tego powodu żadnych większych przykrości. Poza tym wiesz, gdybym miał mówić wszystko, co mnie śmieszy, to rzeczywiście mogłoby być grubo. Staram się przepuszczać to wszystko przez taki filtr, żeby na antenie zostało to, co jest akceptowalne.

Michał Korościel i Marcin Kuźbicki to dla ciebie duet wymarzony? Czuć między wami takie flow.

Nie wiem, czy tworzymy duet idealny, ale dogadujemy się bardzo dobrze. Mamy jasno określone role. Ja jestem bardziej ekspresyjny, krzyczący i taki “hej do przodu". Marcin z kolei to typ stoika, takiego wycofanego analityka. On spogląda na wszystko na chłodno, a ja jestem w gorącej wodzie kąpany. Mamy jednak podobne poczucie humoru i spojrzenie na żużel. Czasami jak jest jakiś nowy punkt regulaminu, to nawet nie muszę do niego dzwonić i pytać, co on o tym myśli, bo ja myślę podobnie.

A czy stacje Eleven Sports i Canal Plus jakoś ze sobą rywalizują w pokazywaniu żużla?

Czasami widzę nawet takie twitty, ale tak naprawdę nasze transmisje różnią się tylko reporterami i ewentualnie przekazem. Obraz i grafika jest w obu przypadkach taka sama. 

Ale nie sposób uciec od porównań na przykład Magazynów, które robicie Wy oraz tych w Canal Plus. Dwa różne bieguny.

To dwa różne światy, to prawda. Oni robią to poważnie, rzetelnie, analizują wszystkie mecze. My podchodzimy do tego trochę inaczej. Mamy inną formę. Nie bez znaczenia jest termin tych Magazynów. U nas odbywa się on 24 godziny po tym w Canal Plus. Siłą rzeczy musimy zrobić coś, aby się nie powtarzać i zaproponować widzom swój styl.

Każdy znajdzie coś dla siebie.

Natomiast jeśli chodzi o mnie to mam takie podejście, że chcę być po prostu lepszy od siebie w każdej transmisji. Kiedyś miałem tak, że słuchałem swoich wystąpień na wizji, ale teraz nie mam na to czasu. Poza tym pamiętam, co powiedziałem. Zresztą denerwuje mnie też brzmienie mojego głosu. Nie wiem, czy to jest detal słyszalny czy nie, ale w radiu potrafię zapanować nad głosem, mówić odpowiednią barwą, a na żużlu to się tak podniecę, że ten głos wchodzi w wysokie rejestry i sam się wkurzam, jak tego słucham. Staram się nad tym pracować, ale zawsze o tym zapominam, jak pojawiają się emocje.

Trudno wypracować taką idealną barwę głosu?

Gdy zaczynałem pracę w radiu, to miałem zajęcia z logopedą. Teraz wiem, co powinienem robić, a czego nie. Na przykład pół godziny przed zawodami czy audycją nie należy jeść. A w ogóle to człowiek najlepiej brzmi, kiedy wstanie rano, nic nie zje ani nie wypije i po godzinie próbuje mówić. Ten głos jest taki czysty.

Po zapaleniu papierosa głos też staje się niższy?

Tak, ale to musiałbyś palić kilka lat. To zostaje na strunach. Ja akurat palę, ale to nie dlatego. I nie papierosy, a IQOSy.

Trochę zeszliśmy z tematu i z tego wszystkiego nie spytałem cię, czy ty w ogóle bardziej wolisz żużel czy skoki narciarskie?

Żużel to moja miłość wrodzona. Ja życia nie pamiętam bez tej dyscypliny. Pierwszy raz na żużlu byłem w wieku 7 lat i od razu się zakochałem. Skoki to ważna miłość, ale nabyta. Zacząłem się nimi interesować, jak każdy poważny Polak w 2000 roku, kiedy wygrywać zaczął Adam Małysz. 

Zreszta żużlowi wszystko zawdzięczam. Moja pasja do dziennikarstwa zrodziła się poprzez żużel. Kiedyś chciałem być zawodnikiem, ale Mama szybko wybiła mi to z głowy i wtedy zapragnąłem zostać dziennikarzem. Moja ulubiona muzyka rockowa też się wzięła z żużla. Pamiętam, jak w Zielonej Górze wygrywał Morawski, a z głośników płynęło “We are the champions". Pytałem wtedy ojca, co to za muzyka i tak to poszło. Żużel to taki korzeń, z którego wyrasta całe moje życie.

W żużlu rusza covidowy sezon w PGE Ekstralidze. Przynajmniej na początku. Ty masz problem wirusa z głowy, bo przechodziłeś go w zeszłym roku.

Zgadza się. Możliwe nawet, że zaraziłem się na żużlu w Zielonej Górze, ale nie mam co do tego pewności. W każdym razie przechodziłem go standardowo jak na tamten czas. Nie miałem węchu i smaku przez dwa tygodnie. Poza tym nie miałem żadnych objawów. 

Średnio to było dla mnie przyjemne, bo miałem być nad morzem z żoną i dziećmi. Pamiętam, że poprosiłem szefa Eleven, żeby zamówił mi testy w Gdańsku, bo mieliśmy je przechodzić regularnie. Pojechałem do tego Gdańska, test wyszedł pozytywny, więc szybko wróciliśmy do domu bez żadnych przystanków, aby nikogo nie zarazić i te dwa tygodnie przesiedzieliśmy w domu.

To na koniec. Kto zostanie Drużynowym Mistrzem Polski w sezonie 2021?

Fogo Unia Leszno.

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje