Reklama

Reklama

Rozmowa Bez Hamulców. Marta Półtorak: Wpompowałam w żużel olbrzymie pieniądze, ale nie żałuję. A zawodników nie przepłacałam [WYWIAD]

Marta Półtorak w długim, ale pełnym ciekawych historii wywiadzie dla Interii zdradza ciemne i jasne strony swojej aktywnej obecności w żużlu. Opowiada m.in. dlaczego jej firma Marma wycofała się z czarnego sportu, kto najmocniej nadepnął jej na odcisk i jak reaguje na nadal często pojawiające się stwierdzenie, że psuła rynek zawodniczy oferując nieprzyzwoite na tamte czasy stawki.

Kamil, Hynek, Interia: Jak trafiła pani do żużla?

Reklama

Marta Półtorak, była właściciel i prezes klubu z Rzeszowa: - To jest dość zabawna historia. W ramiona czarnego sportu pchnął mnie mój mąż. U nas w firmie obowiązki są jasno podzielone. Ja zajmuję się marketingiem więc kiedy zgłosił się do nas ówczesny prezes sekcji żużlowej, małżonek siłą rzeczy skierował go do mnie. Nie będę czarowała, słabo znałam dyscyplinę, oczywiście wiedziałam, czym jest speedway, ale on kompletnie mnie nie interesował. Nie widziałam nawet, w której lidze jeździ Stal. Aha, kojarzyłam jeszcze Tomasza Golloba.

I co było dalej?

- Chciałam odmówić, ale było mi trochę niezręcznie więc stwierdziłam, że podam warunki współpracy, które dla mnie wydawały się średnio korzystne. Druga strona zrezygnuje i temat zostanie ucięty. Ku mojemu dziwieniu ofertę przyjęto. Finansowo mieliśmy pokrywać jedną dziesiątą budżetu, a skończyło się tym, że musieliśmy ratować klub przed upadkiem.

Dlaczego panią to ruszyło?

- Drużyna rzeszowska jeździła wtedy w pierwszej lidze, ale z tendencją do spadku. Ten sezon dał nam nieźle popalić. Summa summarum kosztował nas on bardzo dużo pieniędzy i wysiłku organizacyjnego. Postanowiliśmy sprawę na ostrzu noża. Albo dajemy to, co obiecaliśmy i się wycofujemy, żebyśmy nie byli kojarzeni z tym, co tam się działo, albo bawimy się w żużel na poważnie i stawiamy go porządnie, od nowa na nogi. Zwyciężyła ambicja i chęć zrobienia czegoś fajnego dla rzeszowskiej społeczności. Ale proszę mi wierzyć, to były nocy i dnie, kiedy bez przerwy uczyliśmy się tego sportu. Brakowało nieraz doby, żeby to ogarnąć. Fajna była nasza pierwsza konferencja prasowa w roli sponsora głównego.

Proszę opowiadać.

- Pada pytanie o cel. Rzucam odważnie, że awans! Niezbyt świadoma tego, co właśnie chlapnęłam, widzę u dziennikarzy nieśmiałe, ale znaczące uśmieszki pod nosem, z których łatwo wyczytać pytanie, co ta baba plecie!? W sumie promocji wyżej nie wywalczyliśmy, ale ten pierwszy po objęciu przez naszą firmę sterów sezon wyszedł nam naprawdę przyjemnie. Za to rok później, po wyciągnięciu wniosków cieszyliśmy się z awansu do Ekstraligi. Więc tempo i tak mieliśmy nienajgorsze.

Czyli to nie była miłość od pierwsza wejrzenia?

- Interesowały mnie różne sporty, sama grałam w piłkę ręczną, lubiłam tenis, piłkę nożną, ale z żużla byłam totalnie zielona. On mi się podobał, ale nie chodziłam wcześniej na stadion i to był kosmos. Gdy już się wybrałam, potrafiłam rozróżnić naszych zawodników, ale ciągle się dziwiłam, czemu oni do licha jeżdżą bez przerwy z tyłu. A potem złapałam takiego bakcyla, że chłonęłam dosłownie wszystko. Żyłam żużlem i dla żużla.

Mąż nie robił pani wyrzutów, i nie miał do siebie pretensji, że oddała się pani Stali bez reszty? Życie rodzinne nie ucierpiało?

- Pewnie trzeba by jego zapytać (śmiech). Ale tak, pogodzenie tych dwóch światów nie jest łatwe, chociaż nie niemożliwe. Przychodził weekend i większość spraw kręciła się wokoło żużla. Nie było sensu nawet niczego planować, bo multum roboty wykonywaliśmy na stadionie. Podeszłam do przejęciu klubu w sposób zadaniowy. Klub miał być poukładany, a drużyna solidna. Taka, której nic nie brakuje, z jak najbardziej komfortowymi warunkami. Nie było przyzwolenia na popelinę.

Czyli przyzwyczaiła pani męża, że obiadki niedzielne owszem, ale już na stadionie?

- Całe szczęście, że jesteśmy doskonale rozumiejącym się związkiem partnerskim. Każde z nas ma swój obszar, w którym świetnie się odnajduje. Staramy się nie wchodzić sobie paradę. Będąc prezesem nie wybierałam się na wszystkie spotkania wyjazdowe, ale pilnowałam klubu jak oka w głowie. To trwało kilkanaście lat, ale kiedy zaczęły działać mechanizmy było łatwiej. 

Sport da się zestawić z biznesem?

- Myślałam, że tak, ale sport jest dwa razy bardziej nieprzewidywalny. Jest mnóstwo czynników od nas niezależnych. Porównałabym go z równaniem z wieloma niewiadomymi. Ale w tym także tkwi jego piękno.

Dużo razy była pani tak sfrustrowana, że miała ochotę rzucić tym wszystkim i pojechać w Bieszczady?

- Jestem dość uparta i świetnie pamiętam tylko jeden moment kryzysowy, gdy chciałam odejść. Dwóch mężczyzn spowodowało, że zmieniłam zdanie. Byli nimi mój mąż i prezydent Rzeszowa Tadeusz Ferenc. Wyjaśnili mi, że nie mogę tego zrobić. Uległam.

Kiedy to się wydarzyło?

- Tuż po naszym pierwszym spadku z Ekstraligi. To był moment, kiedy pojawiły się poważne rozterki, pytałam siebie, co zrobiłam nie tak. A do tego, że podjęłam dalej rękawicę wystarczyło jedno zdanie: nie możesz się z tego wymiksować w takiej chwili.

Ta decyzja w pani kiełkowała od dłuższego czasu, to się nawarstwiało, czy działała pani pod wpływem impulsu?

- Sport nauczył mnie pokory. Mecze się przegrywa, ale nikt nie lubi tego stanu i głównie właśnie w takich sytuacjach przychodzi refleksja, co przedsięwziąć, żeby było lepiej. Zrobiłam rachunek sumienia, że może to już ten moment, aby usunąć się w cień i oddać pałeczkę komuś innemu. Dobra, powiem to otwarcie. Nie byłam już w stanie i nie miałam mocy współpracować z Ekstraligą Żużlową.

To znaczy?

- Podmiot powstawał w gronie ośmiu prezesów. Miał on służyć do prowadzenia profesjonalnych rozgrywek sportowych, przyciągać kolejnych partnerów do dyscypliny, kibiców. Założenie było szlachetne, ale to co działo się potem, w ogóle nie współgrało z moimi oczekiwaniami. Rozjechaliśmy się w poglądach i doszłam do wniosku, że ja tam chyba nie pasuje. No i jeszcze kibice zaczęli opowiadać wierutne bzdury, że skoro jest nasza firma – Marma, to my jesteśmy panami i władcami na rzeszowskim terenie, dlatego nie wpuszczamy do klubu innych sponsorów. No po prostu ręce mi opadały, powtarzałam sobie w duchu, po co się kopać z koniem i jeszcze za własne pieniądze. Ja przyjmuję krytykę, ale konstruktywną, a to nie miało z tym nic wspólnego.

Ale miarka się nie przebrała.

- Zawsze miałam szacunek do dyscypliny, pokochałam żużel i postawiłam sobie za punkt honoru, że jak już zostawię klub, to w dobrej kondycji finansowej, z konkretnym partnerem, a wówczas naszym sponsorem tytularnym było PGE. Był namaszczony nowy szef klubu, który pobierał nauki i był przygotowywany do przejęcia tej funkcji przez cały sezon. Nie było więc tak, że po nas miała pozostać spalona ziemia. Ten proces miał przebiegać płynnie. Niestety po roku, zaczęły się problemy, ale w mojej opinii nie były one spowodowane nieuczciwymi rządami. Klub nadal występował w Ekstralidze i być może nie udało się spiąć budżetu. Fala hejtu zaczęła lać się strumieniami. Daleka jednak jestem od powiedzenia, że ten zarząd był zły. Andrzej Łabudzki dokładał do kasy klubu swoje własne pieniądze. No i dalszy ciąg historii znamy. Na białym koniu wjechał wspaniały wizjoner pan Ireneusz Nawrocki.

W tym środowisku da się w ogóle posiadać przyjaciół, czy zawsze na wierzchu jest fałsz i obłuda?

- Tak jak w każdym otoczeniu, zdarzają się ludzie poważni i mniej poważni. Jedni chcą zrobić coś pożytecznego, a drudzy nie zerkają dalej niż czubek własnego nosa. Z tymi pierwszymi nie trzeba było nic podpisywać, wertować ton umów, bo dla nich dane słowo było świętością. A powiem panu jeszcze coś. Pewnie gdybym np. przy negocjowaniu kontraktów nie wydawała własnych pieniędzy byłabym dwa razy ostrożniejsza.

A prezesi?

- Też bywało różnie. Ustaliliśmy jakiś schemat postępowania, staraliśmy się przemawiać jednym głosem, a tu jeden potrafił się wyłamać i cała koncepcja brała w łeb. Dlatego m.in. wyszłam z tej bajki.

Z kim pani się najlepiej trzymała?

- Z Krysią Kloc świetnie mi się dogadywało. Proszę jednak wyraźnie podkreślić, że ze znaczną częścią prezesów żyłam na fajnej, koleżeńskiej stopie. To o czym wspomniałam, to były wyjątki, ale wystarczyły, żeby zburzyć klimat i zniechęcić do dalszej pracy. Nie tak brzmi zasada wszyscy za wszystkich, wszyscy na jednego. Zwłaszcza, że nie byliśmy dużą grupą. Z PZM-otem dziewięciu członków.

Przeżyła pani spadki i awanse. Były momenty radości i smutku, ale nie uwiera panią, że nie udało się z rzeszowskim klubem stanąć na podium?

- Trafił pan w czuły punkt. Jest zadra niezłych rozmiarów. Krążek miał być ukoronowaniem naszej obecności przy żużlu. Z perspektywy czasu, spoglądając w głąb historii, to było relnie do zrobienia. Z biznesowego punktu widzenia powinniśmy założyć, że pompujemy w klub pięć lat zamiast kilkunastu i stawiamy wszystko na jedną kartę. Podam przykład. Dla mnie najważniejszy byli kibice, drużyna, atmosfera, wynik uważałam za drugorzędny. Nie wyobrażałam sobie pójść do zawodników i powiedzieć, super się zaprezentowaliście, ale zmieniają się przepisy, wchodzi KSM więc nie ma innej opcji, jak rozgonienie was na cztery strony świata. Przemęczyliśmy się, ale to był rok, w którym Nicki Pedersen zabrał nam połowę KSM-u przeznaczoną na całą zespół. Doszliśmy do wniosku, że Duńczyk jest ważną częścią PGE Marmy Rzeszów i z nim na pokładzie jakoś udało się te puzzle do kupy połączyć. Liczyliśmy się jednak z tym, że po medal się sięgniemy.  

Chodziły głosy, że ostro pani licytowała się z innymi prezesami i horrendalnie przepłacała zawodników.

- No jak mogłam tego nie słyszeć (śmiech). Dementuję. Jedyne do czego mogę się przyznać, to do tego, że u nas była zawsze stabilizacja i to co zapisywaliśmy w umowach, wypłacaliśmy co do złotówki. Nikogo nie oszukaliśmy.

Klamka zapada, informuje pani, że odchodzi z klubu. Budzi się na następny dzień i co pani towarzyszy. Ulga?

- To duże spłycenie, bo odpowiednio wcześniej zaczęliśmy przygotowywać klub do powolnego wycofywania się. Nie chcieliśmy zostawić Stali w samopas, tylko z poważnym zapleczem. Dać narzędzia i materiał, z którym można robić coś spektakularnego w tym mieście. 

Jest takie przysłowie, że dwa razy do tej samej rzeki się nie wchodzi. Pani nie weszła. Nie kusiło, żeby spróbować jeszcze raz?

- Nie. Nie było takiego powodu. My, jako firma świetnie się odnajdujemy w teraźniejszym wspieraniu sportu. Towarzyszymy wielu inicjatywom, mamy na swoim garnuszku indywidualnych sportowców oraz różne sekcje. Jesteśmy ponadto mecenasem kultury i sztuki. Uważam, że jeśli człowiekowi udało się do czegoś dojść w życiu, zdobyć równowagę finansową, warto się tym podzielić. W ramach rozsądku rzecz jasna. Mi taka forma wsparcia daje satysfakcję i doskonale się w tym czuję.

Po tym, jak światło dzienne ujrzała wiadomość, że Marty Półtorak nie ma już w klubie z Rzeszowa, rozdzwoniły się telefony na zasadzie, proszę przyjść do nas, z nami na sto procent zdobędzie pani ten brakujący medal?

- Jasne, że tak! Jeszcze bardzo długo odbierałam połączenia od prezesów i to nie tylko żużlowych, żeby przyjść do nich. I to nawet kiedy byliśmy już zaangażowani w rzeszowski speedway. Ale już po odejściu, faktycznie zasypano nas gradem propozycji z przeróżnych części Polski. A to, żeby wejść w nazwę, a to, żeby objąć stołek prezesa. Skądinąd teraz też te pytania się pojawiają, chociaż już nie na tak olbrzymią skalę.

W ujęciu finansowym, na własnej skórze przekonała się pani, że żużel to studnia bez dna?

- Na przykładzie pana Nawrockiego można wysnuć tezę, że jak się komuś nie płaci, to samemu się zarabia. A już tak serio, to jak pan znajdzie takiego człowieka proszę mi go przedstawić. Przez gros lat w żużlu nie opracowałam podobnej metody. Ja np. swoją funkcję piastowałam nieodpłatnie, a mimo to czerpałam z niej niebywałą satysfakcję. To była moja pasja. I moim skromnym zdaniem od zarabiania są zawodnicy, sportowcy, bo to jest ich praca.

A gdyby przyszło podejmować pani jeszcze raz decyzję...

- O wejściu do żużla? Bez krzty zawahania robię to samo. Spróbowałabym tylko zmienić jedną rzecz. Szybciej pomyślałabym o medalu. Ale na bank nic po trupach.

Mówiąc obrazowo, dużo pani „utopiła” kasy w żużlu?

- Sporo. Od cyferek mogłoby się niejednemu zawrócić w głowie. Ale wolnoć Tomku w swoim domku. Jedni szastają pieniędzmi wyłącznie po to, aby zaspokoić własne przyjemności, a ja wybrałam inną drogę ich pożytkowania.

Najtrudniejszym momentem była śmierć Lee Richardsona?

- Bez dwóch zdań. Ta tragedia mną wstrząsnęła. Traumatyczne chwile... i to raczej nigdy się już nie zmieni. To wciąż we mnie siedzi. Dlatego było mi strasznie przykro, kiedy starałam się pomóc rodzinie Lee, jego żonie Emmie, a potem musiałam przełknąć gorzką pigułkę.

Feralny dzień trzynastego maja pamięta pani od A do Z?

- Ten obrazek mam wyraźnie przed oczami. Klatka po klatce umiałabym odtworzyć, to co się wtedy wydarzyło. To co przeżywałam czekając w szpitalu, poprzez szokującą informację o śmierci Lee.

No to idźmy dalej. Jeden wątek już napoczęliśmy i chciałbym do niego szerzej wrócić. Jak to było z tym szaleństwem na rynku. Psuła go pani swoimi niemoralnymi, finansowymi ofertami?

- Nigdy tak nie było. Zawsze, gdy sprowadzaliśmy żużlowca z górnej półki, krzyczano, że robiliśmy przebitki. Nicki Pedersen odszedł z Rzeszowa, bo go przepłaciłam? No chyba nie. Zawsze będę natomiast cenić Duńczyka. Jeden z prezesów opowiadał mi kiedyś, że on nie ma bladego pojęcia, co zrobiliśmy temu facetowi, bo otrzymał propozycję, po której większej części zawodników spadłyby z nóg kapcie. A Nicki odpowiedział, że już obiecał, iż nigdzie od nas się nie rusza, choć poza ustnym zapewnieniem, nic nie mieliśmy jeszcze na papierze. Dodał, że jeśli go z tego słowa zwolnię, on wtedy uzna, że ma zielone światło na bardziej szczegółowe pertraktacje. A wiemy, jak ludzie postrzegają, czy przez jaki pryzmat oceniają Nickiego. No i drugi przykład. Z Lee Richardsonem spisaliśmy sobie na serwetce warunki. Po czym za dwa tygodnie Brytyjczyk dzwoni. Słyszę od niego, że ktoś daje mu więcej. Wyjaśniam, Lee zrobisz, jak będziesz uważał, ja nie mam zamiaru ci czegoś blokować, albo zabraniać, jeśli rozum podpowiada ci zupełnie inaczej. Odchodzisz? Okej, droga wolna, w każdym razie ja byłam z Tobą dogadana. Za parę dni ponownie widzę w telefonie, że dobija się Lee. Wystarczyły dwa słowa: Zostaję w Rzeszowie.

Rune Holta to był jeden z zawodników, który najmocniej zaszedł pani za skórę?

- To jest właśnie ta druga strona medalu. Mieliśmy czarno na białym rozpisany kontrakt. Norweg z polskim paszportem dostał naprawdę godne stawki, ale w ślad za nimi szły konkretne zobowiązania. Jeśli wykręci daną średnią, to wystąpi we wszystkich spotkaniach itp. A gdy jej nie osiągnie, będziemy mieli podstawy, żeby go nie powoływać na następne zawody. Razem ze sztabem szkoleniowym wyraźnie mu wyartykułowaliśmy, że nie będzie brany pod uwagę przy ustalaniu składu na kolejny mecz, bo koledzy jadą lepiej, a on jest pod kreską. A on na to, że nie zrobimy mu tego. Wybuchła wielka afera, bo śmiałam wkroczyć do akcji.

Holta się obraził.

- Strasznie. I mało tego, on przyjechał na mecz. A miał dosadnie przekazaną wiadomość zwrotną, że do składu się nie załapał. I wtedy Rune ze śmiertelną powagą: No, ale ja jestem. To mu odpowiedziałam, że bardzo fajnie i miło z jego strony, iż chce towarzyszyć swojej ekipie w parku maszyn.

Gdyby miała pani wyselekcjonować spotkanie, które najsilniej wryło się w pamięć, to strzelam, że byłaby to słynna, zakończona skandalem potyczka przeciwko Unii Leszno na stadionie Alfreda Smoczyka. Pani zawodnicy odmówili wyjazdu na tor. W każdym z wyścigów sędzia wykluczał was za przekroczenie czasu dwóch minut, a wynik brzmiał 75:0.

- To mój niekwestionowany faworyt. Wolałabym jeszcze nie zdradzać kulis tego spotkania. Ale materiału do opowiadania jest masa. Gwarantuję, że wyszłaby z tego niezłej grubości książka.

To proszę uchylić rąbka tajemnicy chociaż odrobinę.

- Całe kuriozum polegało na tym, że my nie powiedzieliśmy, że nie jedziemy i koniec, kropka. Prosiliśmy jedynie, żeby nawierzchnia była doprowadzona do bezpiecznego stanu. Żeby można było powalczyć o coś więcej niż utrzymanie się na motocyklu. A byliśmy świeżo po wypadku Richardsona. Przekazałam moim żużlowcom, że jeśli obiektywnie stwierdzicie, iż tor absolutnie nie nadaje się do jazdy, to nic za wszelką cenę. Za puentę niech poświadczy barwny, ale i dobitny komentarz niepowtarzalnego trenera Janusza Stachyry, że gdyby chciał nawet przyszykować takie g****, to choćby nie wiadomo jak się starał, to by mu nie wyszło.

Miała pani swego czasu u siebie w klubie wiele gwiazd. Chorowała pani również na Tomka Golloba i Jarka Hampela, a jednak nie udało się ich zaciągnąć do Rzeszowa. Rozpatruje to pani w kategoriach np. niespełnionego marzenia? Polowała pani na nich, było, w którymś momencie naprawdę blisko przyklepania transferu i ewentualnie, czemu się nie udało?

- Odpowiem krótko. Byli w kręgu moich zainteresowań, ale los nie skrzyżował naszych dróg. Z innych ciekawostek, z Gregiem Hancockiem podaliśmy sobie dłonie, ale niestety spadliśmy do pierwszej ligi i nasze porozumienie stało się nieaktualne. Generalnie wydawało mi się nietaktowne, że żużlowiec tego pokroju obijał się na nieekstraligowych obiektach. Potem okazało się, że nie przeszkadza mu przejście niżej (śmiech).

A byli inni zawodnicy, którzy np. otwierali pani listy życzeń, a jednak nie trafili do Rzeszowa?

- Nie było żużlowców, których chciałam, a nie udało się ich wziąć do siebie. Natomiast zdarzyli się zawodnicy, z którymi pragnęłam współpracować, a jednak różne kwestie stanęły na przeszkodzie, że do mariażu nie doszło. I wśród nich, na pierwszym miejscy znalazłby się Tomasz Gollob, wspomniany Hancock, czy wymieniony przez pana Hampel. Cały tercet bardzo sobie cenię, a Tomku myślę, że to nie będzie na wyrost jeśli nazwę go swoim przyjacielem.

W takim razie poproszę jeszcze na koniec o jakąś anegdotkę.

- Ktoś mnie zagaił przed sezonem, czy mogłabym zdradzić z kim negocjuję. Z rozbrajającą szczerością oznajmiłam, że z Nickim. Zapadła cisza. A ja przecież nie kłamałam. Zresztą kontrakt był już w szufladzie więc mogłam się pobawić słownie, zwłaszcza, że wtedy nazwisko Nickiego było bardzo chodliwe.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama