Reklama

Reklama

Rozmowa Bez Hamulców. Maciej Polny: Spotkał mnie hejt i ataki na rodzinę. Mam już dość roli żużlowego działacza

- Te siedem lat dało mi mocno w kość. Wiem już, że nie chciałbym wracać do żużla w roli działacza. Dzisiaj nie mam sobie nic do zarzucenia. Trzymam kciuki za to, aby Wybrzeże Gdańsk wróciło do PGE Ekstraligi - mówi w Rozmowie Bez Hamulców Maciej Polny, były prezes klubu, a obecnie szef SpeedwayEvents.

Jakub Czosnyka, Interia.pl: Co u pana słychać? Niby ciągle jest pan obecny w żużlu, ale już nie tak mocno jak niegdyś.

Maciej Polny, były prezes Wybrzeża Gdańsk, obecnie szef SpeedwayEvents: - Żużel ciągle w moim sercu pozostaje i po zakończeniu etapu pracy w Wybrzeżu, nie miałem w zasadzie odpoczynku od tej dyscypliny. Główna Komisja Sportu Żużlowego, pełnienie funkcji kierownika zawodów podczas imprez międzynarodowych, czy w końcu od kilku lat organizacja imprez na własny rachunek. To ostatnie byłem moim marzeniem. Odpowiadam od początku do końca za każdy projekt. Jeżeli coś nie wyjdzie, mogę mieć pretensje tylko do siebie. Stale rozwijamy się. Robimy coraz bardziej prestiżowe imprezy. Ostatnio na przykład Indywidualne Mistrzostwa Europy na lodzie. W planach mamy teraz m.in. imprezy masowe, rekreacyjne. 

Reklama

Czyli pana życie ciągle krąży wokół żużla.

- Raczej tak, chociaż organizujemy też konferencje czy kampanie reklamowe dla różnych branż. Mamy dość mocno rozbudowane nasze portfolio w spółce, ale rzeczywiście prawdą jest, że główny nacisk kładziemy na żużel.

Zarabia pan wyłącznie z działalności w Speedway Events?

- Od dawna mam jeszcze dwa inne źródła dochodu, ale nie chciałbym o tym mówić. Na pewno nie zginąłbym, gdybym musiał całkowicie wycofać się z żużla. Pewnie miałbym więcej czasu dla rodziny. Jednak nie ukrywam, że moja obecna rola w żużlu sprawia mi dużą przyjemność.



Pewnie gdyby spytać kibiców, to większość powiedziałaby, że kojarzy Macieja Polnego z czasów rządów w Wybrzeżu Gdańsk.

- Wcześniej było dziennikarstwo. Później przygoda z Wybrzeżem i na koniec niekompetencja pewnych ludzi. Niektórzy próbowali zrzucić winę za problemy klubu na mnie. Większość rzeczy, o których się mówiło, to była nieprawda. Rzeczywistość wszystko zweryfikowała. Mój następca doprowadził klub do ruiny i nie uratował tego, co my po sobie zostawiliśmy, czyli np. kilku poważnych sponsorów współpracujących z klubem. Było zacieranie różnych spraw i próba interpretowania rzeczywistości po swojemu. Ja jestem w każdej chwili gotowy na to, aby przedstawić dokumenty i udowodnić wszystkim, jaka była prawda. Ale zostawmy to. To już przeszłość.

Nie wszyscy mają o panu pochlebne zdanie.

- A ja panu powiem, że po tym, jak zakończyłem swoją pracę w Wybrzeżu, dostałem trzy oferty od różnych klubów, które proponowały mi prezesurę. Dzisiaj sporadycznie spotykam się z niechęcią ze strony nieznanych osób.

Rozumiem, że to co się wydarzyło w Gdańsku wokół pana osoby, pozostawiło zadrę w sercu?

- Te siedem lat dało mi mocno w kość. Wiem już, że nie chciałbym wracać do żużla w roli działacza. Mogę komuś doradzić, coś podpowiedzieć, ale na pewno nie w takiej roli jak dawniej. Sporo mnie to nauczyło.

Czyli usunął się pan w cień. Obecny prezes Wybrzeża Tadeusz Zdunek nie ma co liczyć na pana wsparcie?

- Powiem w ten sposób. Prezes Zdunek jest doświadczonym biznesmenem, który jednak też nie ustrzegł się błędów. Zaufał w ciemno Robertowi Terleckiemu, który dosłownie od zawsze jak pamiętam, nawijał na uszy makaron wszystkim i miał przez to kłopoty. Doświadczył chyba, że nie wszystkie rzeczy z biznesu, który prowadzi, można przełożyć na prowadzenie klubu sportowego, w tym przypadku żużlowego.

Myślę, że teraz klub Wybrzeże funkcjonuje w sposób prawidłowy i chwała mu za to. Natomiast sądzę, że nie przyszedł jeszcze moment weryfikacji. Proszę pamiętać, że PGE Ekstraliga to zupełnie inny stopień trudności. Dopiero po awansie będzie można ocenić, na ile silnym tworem jest klub, zarówno pod względem finansowym i organizacyjnym. Ja życzę Wybrzeżu jak najlepiej i kibicuje. 

A pan żałuje czegoś w swojej działalności dla gdańskiego klubu?

- My zawsze balansowaliśmy między I ligą i PGE Ekstraligą. Najgorszy czas beniaminka zawsze czeka po awansie. Kilka decyzji niezależnych od nas, błędnych i krzywdzących dla mojego zespołu, wpływało na dalszy rozwój wydarzeń i ostateczne miejsce w lidze. W tym pamiętam szczególnie jedną decyzję sędziego Najwera podczas meczu barażowego ze Spartą Wrocław. Tak naprawdę ona decyzja zaważyła, że nie utrzymaliśmy się w elicie. Kiedyś też na meczu w Bydgoszczy arbiter popełnił duży błąd, który zabrał nam bonus w dwumeczu, a w konsekwencji pewne utrzymanie.

Może byliśmy zbyt mało doświadczeni? Zabrakło może cwaniactwa? Na pewno była szansa, byśmy teraz byli w innym miejscu. I kto wie, może dalej bym ten klub prowadził. Tego się już nie dowiemy. Jednak tak jak już mówiłem, chyba dobrze się stało, że już nie pracuję w Wybrzeżu. Straciłem i tak sporo zdrowia.

Pana oponenci mówią, że błędem było skupienie całej energii na Grupie Lotos. Mieliście jednego mocnego sponsora, ale to za mało na PGE Ekstraligę.

- Mówienie o czymś takim jest błędem. To nie tak, że Grupa Lotos dawała nam Bóg wie jakie wsparcie. Zawsze mieliśmy kilka większych firm, które też dawały nam sporo kasy. Dziwnym trafem większość z nich odeszła od klubu po zmianie prezesa. Szkoda na pewno, że tak się stało. 

Mam żal do siebie, że w pewnym sezonie nie podjęliśmy większego ryzyka w kontraktowaniu zawodników. Gdybyśmy wykazali się większą odwagą, to może nasz pierwszy sezon w PGE Ekstralidze zakończyłby się utrzymaniem. Pewnie skończyłoby się na tym, że mielibyśmy po sezonie zadłużenie. Tylko w tamtych czasach w takiej formule działało akurat wiele klubów.

A na koniec trzeba obiektywnie powiedzieć, że gdyby nie Grupa Lotos, to tych dwóch sezonów PGE Ekstraligi w Gdańsku pewnie by nie było.

A spotkał się pan kiedyś z przejawami aktów, nazwijmy to braku sympatii do pana osoby po odejściu z klubu?

- Były takie sytuacje. Łącznie z atakiem na mnie i moją rodzinę podczas jednego z meczów na stadionie. Z czasem ludzie przekonali się, że za moich czasów wcale tak źle nie było. Teraz chodzę swobodnie po stadionie i zapominam o tym. Aczkolwiek mam pretensje do mojego następcy, że takie sytuacje prowokował. To było najgorsze w tym wszystkim.

Ma pan jakiś kontakt z Robertem Terleckim?

- Nie mam. I nie potrzebuję. Nawet gdybym go spotkał na ulicy, to nie miałbym chęci do rozmowy z nim. Zresztą w ten sam sposób mogłoby wypowiedzieć się wiele osób.

No dobrze, a jak pan sobie poradził z tym hejtem?

- To był trudny okres. Razem z moim zastępcą włożyliśmy w klub sporo wysiłku. Pracowaliśmy dniami i nocami, a spotkała nas taka niesprawiedliwa ocena. Z czasem jednak prawda zaczęła wychodzić na jaw. Dzisiaj nie mam sobie nic do zarzucenia. Co więcej, trzymam kciuki za klub, aby wrócił do PGE Ekstraligi. 

To już na koniec. Jaka jest złota rada Macieja Polnego, którą mógłby przekazać każdemu prezesowi polskiego klubu?

- Jeżeli byłby to człowiek, który nigdy nie miał związku z żużlem, to sugerowałbym, aby pozyskał sobie do pracy doświadczone osoby, które znają realia panujące w polskim żużlu. W żużlu jest często jak na froncie. Kluby rywalizują o zawodników, których brakuje. A tutaj wszyscy żądają wyniku. Nie zazdroszczę nikomu, kto jest prezesem klubu. Póki co życzę wszystkich zdrowych świąt i wszelkiej dobroci w nowym roku.

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź!



------------------------------------------------

Samochód 20-lecia na 20-lecie Interii!ZAGŁOSUJ i wygraj 20 000 złotych - kliknij.Zapraszamy do udziału w 5. edycji plebiscytu MotoAs. Wyjątkowej, bo związanej z 20-leciem Interii. Z tej okazji przedstawiamy 20 modeli samochodów, które budzą emocje, zachwycają swoim wyglądem oraz osiągami. Imponujący rozwój technologii nierzadko wprawia w zdumienie, a legendarne modele wzbudzają sentyment. Bądź z nami! Oddaj głos i zdecyduj, który model jest prawdziwym MotoAsem!

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama