Reklama

Reklama

Rozmowa Bez Hamulców. Kacper Gomólski: Po śmierci taty stałem się głową rodziny

Kacper Gomólski pod koniec sezonu 2020 rozważał zakończenie kariery. Był sfrustrowany swoimi wynikami. Minęło kilka miesięcy i stał się gwiazdą PGG ROW-u Rybnik. W tym klubie złapał drugi oddech, a nie złamała go nawet śmierć swojego ojca. - Modlę się do niego i rozmawiam z nim. Wiem, że nade mną czuwa - mówi nam żużlowiec w kolejnej odsłonie cyklu "Rozmów Bez Hamulców".

Jakub Czosnyka, Interia.pl: Jak to się stało, że po kilku słabych sezonach nagle wrócił pan do dobrej, skutecznej jazdy? Prawdziwa metamorfoza.

Kacper Gomólski, zawodnik PGG ROW-u Rybnik: Nie wiem. Może to efekt tego, że w zimie odciąłem się od żużla. W zasadzie moje myśli były skupione wokół tej dyscypliny tylko wtedy, gdy podpisywałem kontrakt z klubem z Rybika. Później skupiłem się na pracy u sponsora. Do Polski wróciłem dopiero przed świętami Bożego Narodzenia. Wtedy też zacząłem treningi. W Niemczech, gdzie pracowałem, też coś starałem się poćwiczyć, ale czasami brakowało na to czasu, bo był duży zajazd i nie było siły. I tak to już poszło. Może pomogła mi zmiana teamu, może klubu. Sam nie wiem. Pewnie wszystko po trochę. 

Reklama

Rozważał pan po ostatnim sezonie zakończenie kariery? Tylko proszę o szczerą odpowiedź.

Było coś na rzeczy. Moi przyjaciele i sponsorzy szybko wybili mi to z głowy.

Brał pan w ogóle pod uwagę starty w 2. Lidze Żużlowej?

Nie jest to tajemnicą, że rozmawiałem z klubem z Opola. Od samego początku mówiłem, że jestem zainteresowany wyłącznie eWinner 1. Ligą. Na szczęście udało mi się podpisać kontrakt w Rybniku i podziękowałem działaczom z Opola.

Jeszcze za czasów juniorskich zapowiadał się pan na zawodnika, który za chwilę dołączy do grona najlepszych polskich żużlowców. Coś poszło jednak nie tak.

Przez pewien czas zastanawiałem się nad tym. Tak naprawdę nie mam już wpływu na przeszłość. Mogę kreować za to moją przyszłość. Chcę teraz z każdym kolejnym dniem stawać się lepszym.

A co pan dokładnie zimą zmieniał w swoim przygotowaniu?

Teraz mam taki bardziej rodzinny team. Pomaga nam z doskoku szwagier Adriana. To co jest w warsztacie, zostaje w warsztacie. Dzięki temu mam większy spokój. Wcześniej miałem mechanika, a teraz mam mechanika brata. Wiadomo, że Adrian zawsze zrobi tą pracę jak najlepiej, bo chce dla mnie dobrze. 

A sprzętowo? Kto panu przygotowuje silniki?

To nie jest tajemnica. Silniki przygotowuje mi Peter Johns, Ashley Holloway i Jarosław Krawczyk.

Jak bardzo zmieniła pana śmierć Taty? Domyślam się, że to nie była łatwa sytuacja. Tym bardziej, że wydarzyło się to na początku sezonu.

Na pewno miało to na mnie wpływ. Jestem pewien, że Tata czuwa nade mną i nad moim sprzętem. Czuję to. Mimo tego, że trochę czasu minęło od jego śmierci, to nadal mi go brakuje. Przed zawodami indywidualnie sobie z nim rozmawiam i modlę się. Odczuwam jego obecność. Nie wiem, czy to dobrze zabrzmi, ale jego strata wpłynęła na mnie motywacyjnie pod względem sportowym. Dawniej zawsze mogłem na niego liczyć, podpytać o coś. Dzisiaj sam muszę podejmować decyzje i stanąć się głową rodziny. 

Podobnie jest w domu. Muszę wszystko załatwiać, pomagać mojej Mamie. Przejąłem dużo rzeczy na raz, ale wyszło mi to na dobre. W ogóle nie myślę o żużlu, a skupiam się na tym, co muszę zrobić w domu. Na pewno do takich sytuacji nikt nigdy nie jest przygotowany, ale trzeba z tym jakoś żyć.

Piłkarze mają swoje cieszynki po zdobytych bramkach, a pan po każdym wygranym biegu żegna się i zwraca głowę w kierunku nieba.

Tak, to taka moja cieszynka, która zostanie ze mną na zawsze.

No dobrze, a jak się panu podoba w Rybniku?

Bardzo fajnie. Poznałem super ludzi. Dużo mówi się prezesie Mrozku, ale dla mnie jest naprawdę w porządku. Wiadomo, że bronię się wynikami, a gdyby mi nie szło, to może dostałbym jakiś ochrzan. Ludzie, którzy pracują w klubie są mega przyjaźni. Sporo osób mi też pomaga. Mam tutaj na myśli rodzinę Chlebowskich, która mną się zaopiekowała. U nich śpię i mam warsztat. Cieszę się, że ich poznałem. Bardzo często się odwiedzamy - czy to w jedną czy drugą stronę.

Trener Marek Cieślak też panu podpowiada? Wiem, że cieszył się pan na współpracę z nim.

Dużo rzeczy mi podpowiada. Jego wskazówki biorę do siebie. Z jego pomocą staram się eliminować swoje niedoskonałości.

Jak w ogóle wyglądały pana rozmowy z rybnickim klubem? Ktoś coś sugerował, co pan powinien w sobie zmienić, aby odbudować formę. PGG ROW miał duże aspiracje sportowe, a brał trochę takiego kota w worku.

Raczej nie. Jedynie co, to rozmawiałem z trenerem Cieślakiem, który spytał mnie od kogo mam silniki. Powiedziałem, że między innymi od Petera Johnsa. Powiedział, że będę musiał szukać kogoś innego. Tymczasem okazało się, że sporo zawodników wróciło do tego tunera, bo coś znalazł w swoich silnikach. Ja od paru lat korzystam z jego usług. Czasami było lepiej, czasami gorzej, ale zawsze wierzyłem w jego umiejętności. W tym roku prawie wszystkie mecze jechałem na jego jednostkach. Kilka biegów przejechałem na sprzęcie od Ashleya i też sobie chwalę.

Pana drużynę stać na awans w tym roku? Mi osobiście ciężko wskazać jednoznacznego faworyta do wygrania ligi.

Mi również ciężko. Już nieraz mówiłem, że ta liga jest nieobliczalna. Widać to choćby nawet po ostatnim meczu Wilków, które przegrały u siebie z Wybrzeżem. Tutaj naprawdę każdy może wygrać z każdym.

Załóżmy taki scenariusz, że PGG ROW awansuje. I co dalej? Chciałby pan ponownie spróbować PGE Ekstraligi?

Na chwilę obecną ciężko mi odpowiedzieć na to pytanie. Już kiedyś po jednym dobrym sezonie z PGE Ekstraligą odbiłem się. Dużo musiałoby się zmienić, aby ponownie podjąć tego wyzwania.

Twardo stąpa pan po ziemi.

Po tym, co przeżyłem na pewno.

Rozumiem, że żałuje pan kontraktu w którymś z klubów PGE Ekstraligi.

To były moje decyzje. Nikt mnie do tego nie zmuszał. Nie ma mowy o czymś takim.

Strefa Euro - zaprasza Paulina Czarnota-Bojarska i goście - Oglądaj!


Komentujemy każdy mecz Euro na żywo - Posłuchaj naszych relacji!

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje