Reklama

Reklama

Prezes Unii Leszno: Zbudujemy nowy zespół

Unia Leszno ma jeszcze teoretyczną szansę awansu do pierwszej czwórki. Wszystko zależy od wyniku ostatniego pojedynku, który zostanie rozegrany na torze w Tarnowie.

Leszczynianie wierzą w sukces, ale przyznać trzeba obiektywnie, iż jest on możliwy tylko wówczas, gdy gospodarze zamiast jechać na 100% swoich możliwości, będą podtrzymywali bierną postawę, jaką "popisali" się w meczu przeciwko ekipie z Rzeszowa.

Reklama

Jeżeli Tomasz Gollob i spółka poważnie potraktują ostatni - decydujący o losach obu drużyn - pojedynek, goście będą raczej skazani na porażkę. Wystarczy przypomnieć pierwszą konfrontację obu zespołu na leszczyńskim stadionie. 2 punkty przypadły w udziale "Bykom", ale tylko dzięki temu, że Jacek Gollob i Lukas Dryml po meczu za wcześnie wyprowadzili swe motocykle z parkingu. W związku z tym sędzia odebrał im punkty i zweryfikował wynik. Na własnym obiekcie "Jaskółki" z pewnością są w stanie ograć Unię, o ile oczywiście liczyć się dla nich będzie przede wszystkim wynik sportowy.

INTERIA.PL przeprowadziła szczerą rozmowę z prezesem Unii Leszno, Józefem Dworakowskim.

Jak ocenia pan tegoroczny dorobek Unii Leszno?

Józef Dworakowski: Jeździmy w tym roku tak, że trudno będzie osiągnąć pierwszą czwórkę i ja już dziś w nią nie wierzę. W związku z tym od 1 lipca zaczniemy budowę nowego zespołu. Wszystkie błędy, które zostały popełnione muszą zostać skorygowane. Najgorsze jest to, że organizacyjnie klub działa bardzo dobrze. Niestety, zawodnicy tego nie doceniają.

Oznacza to, że słaby wynik drużyny to wina zawodników?

Józef Dworakowski: Jest to wina tylko zawodników. Przecież to oni jeżdżą. Klub zapewnia im wszystko. Rozmawiamy z nimi i bardzo staramy się, by zmobilizować ich do jazdy, ale w dzisiejszych czasach poza rozsądną rozmową i terminową wypłatą nic więcej nie można zrobić.

Na kim chciałby pan oprzeć zespół, którego budowa rozpoczęta zostanie 1 lipca?

Józef Dworakowski: W tej drużynie widzę tylko dwóch zawodników, ale nie podam ich nazwisk.

Przed sezonem obiecywał pan kibicom zdobycie tytułu Drużynowego Mistrza Polski, a tymczasem okazało się, że takie osiągnięcie jest dla Unii Leszno niemożliwe. Nawet pierwsza czwórka jest poza jej zasięgiem...

Józef Dworakowski: Gdybym, jako prowadzący zespół, nie był przed sezonem optymistą, to co ze mnie byłby za manager? Wierzyłem w to, że osiągniemy cel, o którym mówiłem. Moim zdaniem tych zawodników naprawdę na to stać. Wystarczy spojrzeć na poprzednie spotkanie czy inne mecze w Lesznie - rozgrywane bardzo dobrze. Trudno powiedzieć, co zawiniło. Może chodzi o zbyt małe inwestycje w sprzęt, a może wola walki jest niewystarczająca. Zawodnicy muszą sami odpowiedzieć sobie na pytanie o to, dlaczego im nie idzie.

Co sądzi pan o postawie nowych nabytków w Lesznie? Chodzi oczywiście o Marka Lorama i Roberta Miśkowiaka.

Józef Dworakowski: Mark Loram miał dostarczać w meczu 7 punktów i to mniej więcej się spełnia. Jeśli chodzi o Miśkowiaka to jest to 100% zawód. Jest on młody i w drugiej rundzie będzie miał znacznie więcej szans do występów, bo nie będziemy tyle korzystać z zawodników zagranicznych. Wtedy zobaczymy na co go stać. Jeśli pokaże, że warto w niego inwestować, wówczas będzie brany pod uwagę. Na razie jego tłumaczenia związane z tym, że startując od połowy zawodów jest się na poszkodowanej pozycji w ogóle mnie nie interesują. Dobry zawodnik po prostu wsiada i jedzie.

Konrad Chudziński, Leszno

Dowiedz się więcej na temat: Leszno | Unia Leszno

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje