Reklama

Reklama

Prawda żużla. 2. Liga Żenady. Jeden pomylił stadion z knajpą, drugi był gorszy od bankruta

- Z różnych źródeł dochodzą do nas głosy, że w rzeszowskim klubie panował taki bałagan żeby nie użyć dosadniejszego słownictwa, iż w GKSŻ mieli już dość prezesa Prawelskiego. W świat poszła nawet opinia, iż Ireneusz Nawrocki, którego lista grzechów zmieściłaby się w opasłej książce był bardziej zorganizowany niż jeden z jego następców. Sam niedawno też usłyszałem, że Speedway Wanda za niechlubnych rządów Pawła Sadzikowskiego to był przy Rzeszowie profesjonalny ośrodek.

Kiedy obserwuję ostatnie wydarzenia na torach 2. Ligi Żużlowej i to z jaką częstotliwością wybuchają w niej drobniejsze aferki lub grubsze skandale, zastanawiam się, czy się śmiać czy płakać. W każdym razie zachowanie i poziom prezentowany przez niektórych prezesów idealnie odpowiadają klasie rozgrywkowej w jakiej zarządzają swoimi kubami. Bo jeśli PGE Ekstraligę mianujemy najlepszą ligą świata, to do jakiego nazewnictwa sprowadzić wybryki dwóch panów z ostatniej, polskiej klasy rozgrywkowej. Najbardziej żenująca?

Gdyby wynaleźć takie urządzenie jak żenadometr skali do mierzenia zabrakłoby prezesowi Kolejarza Rawicz - Sławomirowi Knopowi i odwołanemu niedawno szefowi 7R Stolaro Rzeszów - Zbigniewowi Prawelskiemu.

Reklama

Pierwszy z panów zasłynął ostatnio z tego, że pomylił stadion żużlowy z przydworcową knajpą, albo zapomniał, że nie stoi pod budką z piwem. Ni z gruchy ni z pietruchy w trakcie spotkania przeciwko OK Bedmet Kolejarzowi Opole usiadł w polewaczce na fotelu przeznaczonym dla pasażera, odkręcił szybę i zaczął "pozdrawiać" kibiców gości środkowym palcem.

Ci nie dali się na szczęście sprowokować, wyciągnęli telefony, sfilmowali prostackie zachowanie Knopa i na koniec wrzucili do sieci jak uradowany od ucha do ucha  prezes-kibol wietrzy rękę od łokcia do palców. Leszek Tillinger w niedawnym felietonie dla Interii określił bardzo dobitnie maniery pana Sławomira. Użył słów wiocha i zaścianek. Dalszy komentarz zbędny.

Od tej pory słuch po włodarzu z Rawicza zaginął. Facet zapadł się po ziemię. Stanowiska nie zajął, a jeszcze parę dni temu był "hej do przodu" i chciał robić porządek z mediami. Fotoreporterowi z Opola nie przyznał akredytacji, a gdy ten kupił bilet wyrzucił go za bramę, strasząc milionowym odszkodowaniem. A żeby było jeszcze ciekawiej w programie znalazły się zdjęcia autorstwa tego samego człowieka. Oczywiście zgody na publikację nie było. Wcześniej wyrzucił z Kolejarza długoletnią fotograf klubową. Hipokryzja do potęgi.

Poczet drugoligowych prezesów otworzył parę tygodni wcześniej Zbigniew Prawelski. Skąd się wziął, kto go namaścił, to zagadka rodem z enigmy. Wiadomo jednak, że do klubu wszedł z buta, a teraz na tych samych butach wyleciał z hukiem. Z zawodnikami miał sporadyczny kontakt. Lista jego grzechów jest długa.

A to uprawiał samowolkę, nie mówił w GKSŻ prawdy na jakim etapie jest front przy stadionowych robót, nie wiedział nawet kiedy i z kim na mecz ligowy udaje się jego drużyna! A w weekend, kiedy pracy organizacyjnej jest najwięcej, prosił żeby mu nie przeszkadzać, bo jest niedziela i on odpoczywa. Czarę goryczy przelały konflikt ze sponsorami (wydali nawet oświadczenie i nawoływali Prawelskiego do rezygnacji), walkower z Opolem i kołomyja wokół niego. 

Oprócz tego, że pan Prawelski nie miał zielonego pojęcia jak funkcjonuje klub żużlowy, nie opanował też tak prostej czynności jak obsługa telefonu. Albo w ogóle go nie odbierał, albo jak już udało się komuś do niego dodzwonić, z drugiej strony słychać było damski głos. To było jednak nic przy próbie wysyłania smsów. Przed meczem Poznania z faworyzowanym Opolem (znów ten nieszczęsny Kolejarz) pan Zbigniew zapragnął zdopingować ekipę Spechouse PSŻ-u do zwycięstwa. Problem w tym, że wiadomość tekstową zaadresowaną do prezesa Ładzińskiego wysłał omyłkowo Zdzisławowi Dziembie z Opola. W niewybrednych sformułowaniach życzył mu porażki (danie w "ryj"). Potem co prawda przeprosił, ale mleko się rozlało i niesmak pozostał.

Z różnych źródeł dochodzą do nas głosy, że w klubie panował taki bałagan, iż w GKSŻ mieli go już dość. W świat poszła nawet opinia, iż Ireneusz Nawrocki, którego spis wstydliwych zagrywek zmieściłaby się w opasłej książce był bardziej zorganizowany. A sam niedawno usłyszałem, że Speedway Wanda za niechlubnych rządów Pawła Sadzikowskiego to był przy Rzeszowie profesjonalny ośrodek.

Ponoć nieszczęścia chodzą parami, a Prawelski i Knop, co gorsze nie wystawiają fatalnego świadectwa tylko sobie, ale całej 2. LŻ. Wizerunkowo, biorąc pod uwagę całą otoczkę, poszliśmy na dno bez butli. Tacy ludzie powinni oględnie pisząc być trzymani jak najdalej od dyscypliny. Poza złą sławą i marną reklamą nie wnoszą do niej nic. "Dzięki" tym panom żużel znów jest stawiany w niekorzystnym świetle i wytykany palcami. 



Reklama

Reklama

Reklama

Reklama