Reklama

Reklama

Praga jak szóstka w totka. Na Polaków nie ma tam mocnych

W najbliższą sobotę cykl Speedway Grand Prix po raz 26 zawita do Pragi. W stolicy Czech szczególnie w ostatnich latach nie było mocnych na reprezentantów Polski. Nasi zawodnicy upodobali sobie zwłaszcza sezony 2019-2021, gdzie co roku wygrywał ktoś inny. Gdyby nie kosmiczny Artiom Łaguta, to biało-czerwona dominacja trwałaby do dziś.

Mówisz czeski żużel, myślisz Praga. To właśnie na obiekcie w stolicy naszych południowych sąsiadów nieprzerwanie od 1997 roku odbywa się jeden z pierwszych turniejów najbardziej prestiżowego cyklu globu. Klimat? Jest! Bogata historia? Jeszcze jak! Emocje? Ich też nie brakuje. Polscy kibice zwłaszcza na początku mogli jedynie narzekać na brak wyników naszych rodaków, bo do sezonu 2019 na najwyższym stopniu podium stanął tam tylko Tomasz Gollob.

Dopiero mistrz świata przerwał polską dominację

Wszystko zmieniło się jednak trzy lata temu. Wówczas Praga jak za dotykiem czarodziejskiej różdżki zamieniła się w miejsce, gdzie biało-czerwonym wygrywanie przychodziło z dziecinną wręcz łatwością. Na początku świat na kolana powalił Janusz Kołodziej. Następnie klątwę odczarował Bartosz Zmarzlik. Gdy wydawało się, że to koniec dominacji dzielnych chłopaków znad Wisły, kolejną petardę odpalił Maciej Janowski, w efekcie czego doczekaliśmy się polskich trzech króli.

Reklama

Imponującą serię dopiero w zeszłym roku przerwał nam Artiom Łaguta, który w stolicy Czech rozpoczął marsz po największy sukces w karierze, czyli złoty medal indywidualnych mistrzostw świata. Wcześniej Rosjanin nie stanął tam nawet na podium, ale jak dopisało szczęście, to już na całego. Niestety reprezentantowi Sbornej nie będzie dane udowodnić kibicom czy był to jednorazowy wyskok, a może coś więcej. Ze względu na bestialski atak wojsk Władimira Putina na Ukrainę zarówno on, jak i Emil Sajfutdinow cykl obejrzą jedynie w telewizji.

Pomimo tego, Polaków wbrew pozorom nie czeka łatwy i przyjemny spacerek. Od początku zmagań formą imponują głodni złota Duńczycy - Leon Madsen i Mikkel Michelsen. Ponadto niedawny sukces w Warszawie na pewno zadziała motywująco na Maksa Fricke’a. Nie mamy jednak nic przeciwko, by koło godziny 21:00 ponownie usłyszeć "Mazurka Dąbrowskiego". Nie obrazimy się też jeśli do czterech królów (Gollob, Kołodziej, Janowski, Zmarzlik) dołączyłoby dodatkowe nazwisko.

Reklama

Reklama

Reklama