Reklama

Reklama

Polski mistrz świata: Potrafię wybuchnąć. Moim autorytetem jest wujek

- On jest moją wyrocznią i bratnią duszą - mówi o relacji z wujkiem Robertem świeżo upieczony mistrz świata juniorów Jakub Miśkowiak. Tym samym historia zatoczyła koło. Kuba powtórzył wyczyn członka rodziny po siedemnastu latach przerwy. Robert Miśkowiak wywalczył ten sam tytuł w 2004 roku na torze we Wrocławiu. Kuba miał wtedy zaledwie cztery latka i czekał na wujka do późnych godzin. Chciał go koniecznie uściskać w progu.

Kamil Hynek, Interia: Z racji tego, że zdobyłeś tytuł IMŚJ, na początku grudnia uczestniczyłeś w uroczystej gali FIM w Monako. W Monte Carlo miałeś okazję przejść się po czerwonym dywanie. Jak wrażenia po wizycie w księstwie?

Jakub Miśkowiak, mistrz świata juniorów, zawodnik Eltrox Włókniarza Częstochowa: Jak najbardziej pozytywne. To było super przeżycie i wielki zaszczyt móc poznać tylu fantastycznych sportowców. Zrobiłem sobie nawet zdjęcie z moim idolem - legendą motocrossu Tonym Cairolim.

Była jakaś fanaberia po sezonie życie? A może w ramach podziękowania wujka czymś obdarowałeś?

Reklama

- Nie było na to za bardzo czasu. Tak naprawdę od zakończenie rozgrywek nie zdążyłem dobrze usiąść. Złoto IMŚJ spowodowało, że zacząłem dostawać mnóstwo zaproszeń do różnych miejsc. Odbyliśmy kilka podróży zawodowo i staraliśmy się połączyć przyjemne z pożytecznym. Jak już gdzieś się udaliśmy, to staraliśmy się wysupłać chwilę, żeby coś pozwiedzać.

Czyli najcenniejszy prezent, to odpoczynek?

- Może to zabrzmi banalnie, ale jak tak właśnie się relaksuję. W gronie najbliższej rodziny. W sezonie ciągle jesteśmy w biegu, do domu wchodzimy tylko po to, żeby wyprać ciuchy i przepakować walizkę. Dlatego każda chwila w gronie najbliższych jest dla mnie na wagę złota. Lubimy wtedy gdzieś wyskoczyć na rodzinną eskapadę. No i moja największa odskocznia - motocross. Może nie jest to forma fizycznej regeneracji, ale psychicznej na pewno.

W juniorskim żużlu, na światowym i krajowym podwórko osiągnąłeś wszystko. Poza PGE Ekstraligą, będziesz startował też w lidze szwedzkiej. Jak będzie wyglądała twoja hierarchia zawodów w kolejnym sezonie? Przystąpisz do obrony IMŚJ i MIMP?

- Jeszcze o tym nie myślałem. Pewnie przedyskutujemy ten temat wewnątrz teamu, ale skłaniałbym się, żeby wystartować w jednym i drugim turnieju. Nie chciałbym odpuszczać ostatniego sezonu w gronie juniorów, przynajmniej jeśli chodzi o te najważniejsze imprezy. Fajnie by było pożegnać się z młodzieżowym żużlem jakimś miłym akcentem.

Sekret na eksplozję formy?

- Trzy składniki. Wuja Robert, tuner Ryszard Kowalski i mechanik Paweł. Oni mają ogromny wkład w moją karierę. Bez nich nie byłbym w tym miejscu, w którym jestem. To, co osiągamy, to nasz wspólny sukces. Z roku na rok staję się też bardziej doświadczonym zawodnikiem i to też procentuje.

Czego jeszcze ci brakuje, żeby stać się bardziej kompletnym żużlowcem?

- Chyba żartujesz, że powiem ci, który element u mnie jeszcze najmocniej szwankuje (śmiech). To moja słodka tajemnica. Nie będę przecież ułatwiał rywalom roboty. Niech się meczą.

Starty były twoją piętą achillesową, ale w minionym sezonie wyraźnie je poprawiłeś. To zasługa Sławomira Drabika i Sebastiana Ułamka, dwóch legend Włókniarza, które słynęły z piorunujących wyjść spod taśmy?

- Dla mnie najważniejszą wyrocznią jest wuja. On jest moim autorytetem i bratnią duszą. Jego obecność na treningach i zawodach jest nieoceniona. Ale pana Sławka też mocno szanuję, zawsze podejdzie coś podpowie, doradzi.

Tak jak powiedziałeś, z wujkiem rozumiecie się bez słów. Ale, czy jesteś w stanie wyobrazić sobie, że kiedyś go w twoim teamie zabraknie? Niektórzy żartują, że w ten sposób zablokowałeś mu kontynuowanie kariery.

- Tak się poukładało. Robert sam postanowił zawiesić swoją karierę. Jestem mu ogromnie wdzięczny, że ciągle jest ze mną.

Wujek wsiada jeszcze np. w celach rekreacyjnych na motocykl? Obserwowałeś go gdzieś w akcji na treningach?

- Wuja dwa lata nie odpalał motoru żużlowego, ale w październiku na torze w Częstochowie w końcu się odważył (śmiech). Nie widać było po nim rdzy, żeby miał jakąkolwiek przerwę. W łuki wchodził płynnie.

Ty jesteś raczej oazą spokoju, dusisz emocje w sobie. Ale przyznaj się ile razy w ostatnich miesiącach krzyknąłeś na wujka, który jest ulepiony z podobnej gliny?

- Oj różnie ze mną bywa. Potrafię pokazać różki i wybuchnąć. Zdarzają się nerwowe momenty, dochodzi wtedy do ostrej wymiany zdań. Ale, gdy ochłoniemy, bitewny kurz opadnie, normalnie przybijamy piątkę.

Czy po tak fenomenalnym sezonie twoje odejście z Eltrox Włókniarza było realne?

- Nie będę ukrywał, że tych propozycji pojawiło się dość sporo. Zawsze jednak powtarzałem, że we Włókniarzu czuję się jak w domu, prezes o nas dba jak o własne dzieci. Naprawdę musiałby się wydarzyć jakiś totalny kataklizm, żebym opuścił klub z Częstochowy.

Skład zespołu nie uległ przebudowie. Prezes Świącik zdecydował o utrzymaniu tego samego stanu osobowego. To właściwa koncepcja, że nie wykonywano nerwowych ruchów?

- Uważam, że to słuszne podejście władz klubu. Postąpiłbym podobnie. Przez ten rok, choć był on różny, zdążyliśmy się dotrzeć i teraz powinno, to zaowocować. W drużynie jeżdżą sami klasowi zawodnicy, musimy tylko zgrać parę rzeczy i pokażemy dużą siłę.

To czemu w takim razie dysponujący najlepszą formacją juniorską Włókniarz nie wszedł do play-offów?

- To jest sport. Na sukces zespołu składa się wiele czynników. Trzeba też mieć łut szczęścia. My trochę balansowaliśmy na linie. Raz byliśmy na wozie, innym razem pod nim. Te słabsze momenty przeważyły, że batalię medalową oglądaliśmy w telewizji.

Dużo i niekoniecznie w pozytywnym tonie mówiło się o odejściu z Częstochowy menedżera Piotra Świderskiego. Jakie miałeś z nim relacje?

- Nasza współpraca układała się bardzo dobrze. Pochodzimy z tej samej miejscowości więc znam trenera nie od dziś. Myślę, to całe zamieszanie z jego udziałem było niepotrzebne. Trener idzie teraz do Kolejarza Rawicz i szczerze życzę mu powodzenia.

Nowego szkoleniowca - Lecha Kędziorę też świetnie znacie.

- Kiedy wuja reprezentował Orła Łódź akurat miał z nim do czynienia. Patrzę z optymizmem na tę kooperację.

Na koniec powrócimy do miłej przeszłości. Jesteś IMŚJ, powtórzyłeś wyczyn wujka z 2004 roku. Miałeś wówczas zaledwie cztery lata, ku pokrzepieniu serc, przed wyjazdem do Pardubic obejrzałeś ten finał z Wrocławia?

- Wspomnienia odżyły. Uroniliśmy z wujkiem łezkę. Pamiętam, że tego dnia czekałem z całą familią aż Robert wróci z Wrocławia, żeby go przywitać i uściskać. Oczywiście, później na płycie odpaliłem sobie te zawody. To piękne, niezapomniane chwile. Cieszę się, że możemy zapisać się w taki sposób na kartach historii krajowego i światowego speedwaya, jako mistrzowie świata juniorów. 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje