Reklama

Reklama

Pogratulował mu złota po pięciu dniach! Braci Łagutów poróżniły kobiety?

Są gwiazdami PGE Ekstraligi i rodzonymi braćmi. Dorastali w wielkiej ośmioosobowej rodzinie, razem z trzema siostrami i jeszcze jednym bratem. Wielkiej braterskiej miłości między nimi nie ma. Gdy Artiom Łaguta 2 października przeszedł do historii i został pierwszym urodzonym w Rosji żużlowym mistrzem świata, to razem z nim cieszyła się prawie cała rodzina. Tymczasem sześć lat starszy brat Grigorij - żużlowiec Motoru Lublin - gratulacje złożył mu... dopiero pięć dni później.

Większość rodziny świętowała z nim na żywo, na toruńskiej MotoArenie, a rodzice trzymali kciuki przed telewizorem, w oddalonym o ponad 11 tysięcy km Bolszoj Kamieniu, miejscowości położonej o 40 km od Władywostoku w azjatyckiej części Rosji. Gdy Artiom zszedł z podium to pierwszą rzeczą jaką zrobił był telefon do nich z podziękowaniami. - Powiedziałem, że nie byłoby mnie tutaj, gdyby nie oni - wyznał. 

Zbył go jednym słowem

Grigorij mógł być razem z Artiomem w Toruniu, gdyby tylko chciał. Wolał jednak zostać w łotewskim Daugavpils, gdzie na co dzień mieszka. Gdy młodszy brat przygotowywał się do swoich zawodów życia, on odwiedził stadion Lokomotivu, a w niedzielę pojawił się na obiekcie motocrossowym. Grand Prix i radości ze złota Artioma prawdopodobnie nie oglądał, a jeśli oglądał to wcale nie pospieszył z gratulacjami.

Reklama

Mistrz świata pytany godzinę po zawodach czy odebrał już od Grigorija telefon z gratulacjami, przyznał szczerze: Nie. I wcale się go nie spodziewałem.

Spotkali się ze sobą dopiero 5 dni później w Warszawie na Gali PGE Ekstraligi, podsumowującej tegoroczny sezon. Wtedy Grigorij w końcu podszedł do brata i rzucił jedno słowo: Gratuluję.

Wszystkiego go nauczył

Czy starszy z Łagutów jest zazdrosny o sukcesy swego brata? Być może. Tak naprawdę sam mógłby być już dawno mistrzem świata, ale nigdy nie starczyło mu motywacji by nawet dostać się do cyklu Grand Prix. - To impreza nieopłacalna - przyznał parę lat temu.

Dla Grigorija od lat ważniejsze niż medale, są miliony zarabiane w polskiej lidze. Pytany o sukcesy brata za każdym razem podkreśla jednak jedno: To ja go wszystkiego nauczyłem.

Obaj pochodzą z niewielkiego Bolszoj Kamienia nad Morzem Japońskim, który przed ich narodzinami słynął jedynie ze stoczni remontowo-budowalnej dla atomowych okrętów podwodnych. Jedną z nielicznych atrakcji w mieście był tor motocrossowy, więc naturalnym było, że młody Grigorij spróbował na nim swych sił.

Szybko jego talent odkrył Igor Stachyrow z klubu żużlowego Wostok Władywostok. Zaproponował Łagucie treningi na okrągłym owalu i ten szybko połknął bakcyla. Jeździł na tyle dobrze, że zwrócił na siebie uwagę działaczy Lokomotivu Daugavpils i w barwach łotewskiej ekipy, w wieku 22 lat, zadebiutował w 2006 roku w polskiej II lidze.

Dwa lata później ściągnął do klubu swojego młodszego, 18-letniego wówczas, brata. - Niewiele umiał, nie miał sprzętu. Pomogłem mu i wszystkiego nauczyłem - opowiadał później dziennikarzom.

Omal nie wysłał go do szpitala

Obaj szybko stali się najlepszymi żużlowcami w ekipie Lokomotivu. W sezonie 2010 już w I lidze Grigorij mógł pochwalić się średnią 2,372 pkt/bieg, a Artiom był tylko odrobinę gorszy 2,236 pkt/bieg.

Taka ich forma nie mogła ujść uwadze możnych w polskiej lidze i przed sezonem 2011 prezes Marian Maślanka, ściągnął ich do Włókniarza Częstochowa.

Grigorij z miejsca stał się gwiazdą (2,129 pkt/bieg), a Artiom jeździł w kratkę. - Miewał przebłyski w pojedynczych biegach, ale był młodziutki, drobniutki. Patrząc na niego w parku maszyn można było odnieść wrażenie, że jak wiatr mocniej zawieje, to się przewróci - wspomniał tamten rok aktualny prezes Włókniarza, Michał Świącik.

Wątła sylwetka Artioma przełożyła się na wyniki. Punktował ze średnią ledwie 1,371 pkt/bieg i po sezonie bez żalu oddano go do Bydgoszczy.

W Częstochowie obaj bracia mieli ze sobą bardzo poprawne relacje. Często jeździli ze sobą w parze, ale już wówczas można było zauważyć pewne zgrzyty. Nie mieszkali ze sobą, nie trzymali się blisko nawet w parku maszyn. Podczas meczu we Wrocławiu zaś np., gdy w 5. biegu wyjechali na podwójne prowadzenie, Grigorij nagle bezpardonowo zajechał Artiomowi drogę i ten spadł na ostatnie miejsce. - Zwyczajnie go nie widziałem. Przecież nie zajechałem mu drogi specjalnie. Przynajmniej będzie wiedział na przyszłość, jak można inaczej zachować się w podobnej sytuacji - skomentował Grigorij sytuację dla Sportowych Faktów.

Sześć lat później gdy jeździli już przeciwko sobie (Grigorij dla ROW-u Rybnik, Artiom dla MrGarden GKM-u Grudziądz) starszy z braci omal nie wysłał młodszego do szpitala. Na wyjściu z drugiego łuku w jednym z biegów, tak bezczelnie zajechał mu drogę, że Artiom musiał przymknąć gaz, by nie wpakować się w ogrodzenie i nie nabawić kontuzji.

Wolał Lamborghini, niż Ferrari

Starszy brat już we Włókniarzu był wielką gwiazdą ligi, idolem miejscowych kibiców. Gdy w 2012 roku w Częstochowie pojawił się nowy właściciel Grigorij stał się jego "oczkiem" w głowie. Nie dość, że miał najwyższy kontrakt w zespole (1,8 mln), to praktycznie co mecz dostawał ekstrapremie, tankował na stacjach za darmo, a do przemieszczania się dostał luksusowo wyposażonego chevroleta camaro.

Kiedy jednak w Częstochowie zaczęło brakować pieniędzy, szybko materialistyczne podejście do sportu Łaguty, obróciło się przeciwko klubowi. W 2014 roku odmówił przyjazdu na mecz 4. kolejki z Betard Spartą Wrocław. Miał zażądać spłaty całego zadłużenia (370 tysięcy z poprzedniego roku i 600 tysięcy za podpis pod kontraktem na sezon 2014) i wymiany Chevroleta na Ferrari. Sponsor odmówił, prosząc żużlowca o poczekanie do końca czerwca. - Okazuje się, że zależy mu tylko na pieniądzach - podsumował ówczesny właściciel klubu, Artur Sukiennik, oskarżony później o działalność w gangu paliwowym.

- Ktoś mnie najzwyczajniej na opak zrozumiał. Ja nie przepadam za Ferrari, a bardziej gustuję w marce Lamborghini. Ani Ferrari, ani Lamborghini nie chciałem. Powiedziałem tylko, że za te pieniądze co mi Włókniarz zalega, mógłbym pójść do salonu i kupić sobie dwa takie auta - tłumaczył się później Grigorij Łaguta.

Artiom ciężko pracował

Artiom w tym czasie pracował ciężko nad budową swojej przygody w PGE Ekstralidze. Po nieudanej przygodzie w Bydgoszczy (2012), ostatnią szansą wydawał się być dla niego Tarnów. I tam pod wodzą trenera Marka Cieślaka talent młodszego z Łagutów wreszcie eksplodował. W dwóch kolejnych sezonach zdobywał ponad 2 punkty na bieg i być może ścigałby się z klubie z Małopolski dalej, gdyby nie zabrakło tam pieniędzy. Szukająca oszczędności Unia musiała zrezygnować z jednego ze swych liderów i odpuściła Łagutę na rzecz drużyny z Grudziądza. Artiom pozostał GKM-owi wierny przez sześć kolejnych sezonów, chociaż jego wartość na rynku rosła i z każdym rokiem otrzymywał lukratywne oferty z poszczególnych klubów.

Podczas gdy Artiom stał się synonimem przywiązania do barw klubowych, Grigorij zapracował na miano "egoistycznego zdrajcy". Po upadku Włókniarza i nieudanej przygodzie w Toruniu (2015) związał się z wracającym do PGE Ekstraligi po długoletniej przerwie - ROW-em Rybnik. Na początku wszystko było idealnie. Stał się idolem kibiców i zapewnił klubowi utrzymanie w lidze (2016). W kolejnym sezonie jego dopingowa wpadka (w jego organizmie wykryto meldonium) kosztowała rybniczan spadek z elity.

"Perfidna ruska świ.."

Prezes Krzysztof Mrozek zaciekle bronił Rosjanina, ostatecznie zdyskwalifikowanego na 23 miesiące, a ten deklarował, że po powrocie na tor odkupi swoje winy. Jakież jednak było zaskoczenie wszystkich gdy w lutym 2018, na krótko przed zakończeniem karencji Łaguta ogłosił, że przenosi się do beniaminka PGE Ekstraligi - Motoru Lublin.

- Łaguta zrobił wszystkich w ciu**. Jakbym wiedział, jakie świństwo nam zrobi, to kopnąłbym go w du**. Uprawia najstarszy zawód świata. Perfidna ruska świnia! - grzmiał na konferencji prasowej prezes Mrozek, który potem musiał się tłumaczyć ze swoich słów w prokuraturze. Inwektywy nic jednak nie dały. Łaguta uciekł do Lublina.

Potrzebował impulsu

Gdy Grigorij pauzował od żużla, to kariera Artioma nabrała tempa. Stał się gwiazdą ligi i cyklu Grand Prix, a w parze z Emilem Sajfutdinowem trzy razy z rzędu wygrał mistrzostwa świata w formule Speedway of Nations. Nikt jednak nie spodziewał się, że może zdetronizować w tym roku Bartosza Zmarzlika. Impulsem, który pozwolił mu wspiąć się na jeszcze wyższy poziom, okazał się dopiero transfer do Wrocławia. Łaguta co roku był rozżalony, że działacze GKM-u nie spełniają swoich obietnic i nie wzmacniają składu na tyle by drużyna była w stanie bić się o medale. Gdy przed sezonem 2020 w dobie pandemii grudziądzanie jako jedna z nielicznych drużyn w Polsce zdecydowali się obniżyć zawodnikom kontrakty ze względu na koronawirusa, czara goryczy się przelała. Dał się namówić na przenosiny do Betard Sparty Wrocław. Tam korzystając z rad czterokrotnego indywidualnego mistrza świata - Grega Hancocka poprawił jeszcze swój największy atut - wyjścia spod taśmy. Argument ten, w połączeniu z doskonałym sprzętem tunera Ryszarda Kowalskiego zapewnił mu w tym roku upragniony złoty medal indywidualnych mistrzostw świata.

Wszystko przez kobietę?

Dziś młodszy z Łagutów jest królem światowego speedwaya i trzecim najskuteczniejszym zawodnikiem PGE Ekstraligi. Grigorij zaś dopiero 17. żużlowcem najlepszej ligi świata i królem... własnego podwórka. - Grand Prix byłoby dla niego trudne, bo bardzo dobrze sobie radzi tylko na torze w Lublinie - wbił mu ostatnio szpilę Artiom. Być może to odwrócenie sportowego losu ostatecznie poróżniło obu braci, których relacje ograniczają się obecnie do wymiany paru zdawkowych zdań w parku maszyn.

W środowisku mówi się jednak, że prawdziwą przyczyną ochłodzenia stosunków była kobieta. Czy ostatecznie poróżniła ich obecna żona Artioma, czy Grigorija? Nie będziemy dociekać, bo wersje można usłyszeć obie. Faktem jest, że przy świątecznym stole całymi rodzinami raczej na razie nie zasiądą. 



Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje