Reklama

Reklama

Mówią o nich "synowie marnotrwani". Jeden z nich ma problem

Dominik Kubera ma za sobą świetny rok w Motorze Lublin. Zadebiutował w Grand Prix, zdobył z drużyną wicemistrzostwo Polski, a razem z kadrą zajął drugie miejsce w SoN. Po sezonie cieszył się, bo jego decyzja o odejściu z Fogo Unii Leszno obroniła się. Tego samego powiedzieć nie może Bartosz Smektała, który był cieniem samego siebie.

Smektała cieniem dla Kubery

Obaj zawodnicy w zupełnie różnych nastrojach zakończyli ligowe rozgrywki. Bartosz Smektała nie miał żadnych powodów do zadowolenia. Indywidualnie zaprezentował się znacznie poniżej oczekiwań. Zresztą brak awansu Eltrox Włókniarza Częstochowa do play-offów i średnia zawodnika na poziomie 1,493 punktu na bieg mówią same za siebie.

Co innego Dominik Kubera, który chwilę po ostatnim meczu finałowym z Betard Spartą Wrocław tryskał humorem. - Mam satysfakcję z tego, że odchodząc z Fogo Unii Leszno podjąłem słuszną decyzję. W Motorze się rozwinąłem i stałem się lepszym zawodnikiem - mówił sam zainteresowany i trudno się z nim nie zgodzić. Kubera błyszczał szczególnie w końcówce sezonu. Był tak szybki, że urósł do miana lidera Motoru, a przez dłuższy czas trener reprezentacji Polski Rafał Dobrucki zastanawiał się, czy nie powołać go do kadry na finały Speedway of Nations kosztem Macieja Janowskiego.

Reklama

Smektała spotkał we Włókniarzu same problemy

Trudno nie odnieść wrażenia, że Dominikowi Kuberze ten sezon po prostu dobrze się ułożył. W gruncie rzeczy wcale jakoś świetnie go nie zaczął, ale rozkręcał się z czasem. Nie było na nim presji, bo świetnie jechała cała drużyna, więc mógł spokojnie łapać wiatr w żagle. A pomógł mu w tym debiut w Grand Prix, który zresztą wypadł bardzo okazale. Później była reprezentacja, play-offy i tak już poszło.
Z kolei Bartosz Smektała nie miał tak kolorowego życia w Eltrox Włókniarzu Częstochowa. Kiedy pytamy ekspertów ze środowiska, to wszyscy są zgodni - na jego formę nałożyło się szereg czynników. Pierwszy to silniki, z którymi żużlowiec nie potrafił znaleźć wspólnego języka. Czasami już tak jest, że prędkości brakuje, a to najkrótsza droga do tego, aby ciągnąć zawodnika w dół.

Druga sprawa to tor w Częstochowie. Smektała nie potrafił się do niego dopasować (zresztą nie on jedyny w zespole Włókniarza). Nie od dziś wiadomo, że jeśli nie zdobywa się punktów w meczach na własnym torze, to na wyjazdach jest dwa razy trudniej. Brakuje pewności siebie.

Poza tym Smektała był pod nieustanną presją, z którą wcześniej w swojej karierze nie miał do czynienia. Włókniarzowi nie szło, więc zaczęło się szukanie winnych. Wytykano mu słabszą jazdę i sugerowano błąd w opuszczeniu Fogo Unii Leszno. Były mistrz świata juniorów mocno się spinał i nie wychodziło.

Zresztą presja to bardziej złożony temat. Wcześniej w Lesznie miał bardzo komfortową sytuację. Gdy był juniorem, nic nie musiał, a mógł. Później przeszedł na pozycję seniora i w zasadzie było podobnie. Odpowiedzialność za wynik spoczywała na starszych zawodników. Smektała mógł spokojnie pracować, bez przesadnego ciśnienia.

We Włókniarzu ciągle wierzą w Smektałę

Inna sprawa, że jeden słabszy sezon nie sprawił, że w Częstochowie przekreślili zawodnika. Wręcz przeciwnie - prezes Michał Świącik ani myślał pozbywać się żużlowca. Trudno się temu dziwić, bo za rok może być tak, że Smektała wypali i wszyscy zapomną o jednym słabszym roku.

Swoją drogą i tak gorzej być już nie może, a zresztą chyba nikt nie ma wątpliwości, że Smektała to jeden z najzdolniejszych zawodników młodego pokolenia, a jego miejsce jest w PGE Ekstralidze. W ciemno można założyć, że w sezonie 2022 zobaczymy inną, lepszą wersję Włókniarza, a to także powinno pomóc samemu Smektale. Zresztą on sam będzie bogatszy o nowe doświadczenia i już nie powinien popełnić błędów z minionych rozgrywek.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy