Reklama

Reklama

Morderstwo, wyłudzenia, narkotyki. W klubie skazanych brakuje już miejsca

Żużlowe środowisko obiegła niedawno wiadomość o tym, że Krzysztof J., były mistrz Polski w barwach Sparty Wrocław, został zatrzymany pod zarzutem zabójstwa. Czarny sport – jakby wskazywała na to nazwa – powoli przyzwyczaja się do tego typu historii. Niezależnie od tego czy sąd orzeknie o winie wrocławianina, nie załapie się on do składu „najlepszych skazanych”. W tym klubie, niestety, od dawna brakuje już miejsca.

- Żużel to nie sport dla ministrantów - zwykł mawiać przed laty były żużlowiec, a dziś szef ich związku zawodowego Krzysztof Cegielski. - Dobrego żużlowca można było poznać po tym, że w południe pachniało od niego koniakiem. Od słabego śmierdziało berbeluchą - dodawał w swej autobiografii "Pół Wieku na Czarno" trener Marek Cieślak.

Polskie środowisko żużlowe po raz pierwszy zostało zaskoczone wyrokiem dla gwiazdy już w 1967 roku. Legendarny Florian Kapała, jeden z pionierów czarnego sportu nad Wisłą, legenda klubów z Rawicza i Rzeszowa, został wówczas skazany za handel obcą walutą i samochodami. W wyniku wyroku ani on, ani współoskarżony żużlowiec Stefan Kępa nigdy później nie pojawili się na torze.

Reklama

Nawet Tomasz Gollob nie jest święty

Kapała byłby w drużynie skazanych fantastycznym doparowym dla młodszego od niego Michaela Lee, indywidualnego mistrza świata z 1981 roku, który po zakończeniu kariery miał liczne problemy z prawem wynikające z jego uzależnienia od narkotyków. Najpoważniejsze oskarżenia padły na niego już w XXI wieku. Słynny Brytyjczyk popadł w tak skrajnie słabą sytuację finansową, iż nie było go stać na regularne zakupy u dilerów, więc zdecydował się założyć własną plantację konopii.

Wraz z nadejściem kolejnych pokoleń, kryminalne powiązania części żużlowców stawały się coraz częstsze. Każdy kibic żużla wie o tym, iż ikona toruńskiego Apatora, a do niedawna szkoleniowiec tego klubu odsiedział w minionej dekadzie półtora roku w zakładzie karnym za wyłudzenia kredytów. Tomasz Bajerski nie był jednak w tamtym czasie jedynym zawodnikiem, którego skazano za tego typu czyn. Podobnego występku dopuścił się bowiem sam Tomasz Gollob, ale na mistrza świata sąd nałożył "zaledwie" karę grzywny w wysokości 600 tysięcy złotych.

Na torze bez hamulców, na drodze z alkoholem we krwi

Wielu zawodników miało problemy wynikające z jazdy samochodem pod wpływem alkoholu. Pierwszym głośnym występkiem tego typu była sprawa Sławomira Drabika z 1996 roku, gdy policja zabrała mu prawo jazdy, a to wymagane było wówczas jeszcze do udziału w zawodach ligowych. Częstochowianin odebrał je dopiero po roku. Po latach za ten sam czyn odpowiadał w Szwecji uczestnik cyklu Grand Prix "Antonio Lindbaeck". Sąd przychylił się do jego prośby, by karę ograniczenia wolności odbył on podczas zimowej przerwy od sezonu.

Do niedawna w środowisku bardzo głośno było o sprawie Rafała Szombierskiego. Wychowanek ROW-u kierując samochodem po pijaku staranował inny samochód i potwornie zaszkodził zdrowiu jadącej nim kobiety. Uciekł z miejsca, a patrolowi policji, który go złapał, podał fałszywe dane. Najbliższe 10 lat życia spędzi za kratami.

Morderstwo za tani samochód

Drużynę "siedmiu skazanych" mógłby zamknąć najmłodszy z dotychczas wymienionych Piotr Pawlicki. Kapitan Fogo Unii Leszno w 2015 roku wziął udział w bójce i złamał nos swojego adwersarza. Sąd skazał go na pół roku pozbawienia wolności w zawieszeniu na 2 lata, nałożył również na niego nadzór kuratorski i karę grzywny.

Tych 7 najbardziej rozpoznawalnych i najlepszych na torze zawodników, to niestety jedynie wierzchołek góry lodowej, jeśli chodzi o żużlowców z "kleksem w swoich papierach". Przeglądając życiorysy mniej znanych zawodników łatwo trafić na znacznie bardziej przerażające historie. Taka jak ta Zbigniewa Błażejczaka i Marka Molki, żużlowców Falubazu. Ten pierwszy kupił od niemiecko-polskiego biznesmena samochód - Opla Omegę, ale spóźniał się ze spłatą kolejnych rat za niego. Kiedy kolejne nie trafiały na konto, a zawodnicy pojechali dokończyć interes, jeden z nich uderzył sprzedawcę 5-krotnie metalową rurką, czym doprowadził do krwotoku wewnętrznego. Zawodnicy zawinęli ciało w koc i zakopali przy drodze. Uczynili to jednak na tyle płytko, że już po 4 latach z ziemi zaczęła wystawać ręka. Jeszcze w dzień odkopania zwłok, obaj zielonogórzanie zostali zatrzymani przez policję. 

Wasze komentarze
No hate

Wyrażaj emocje pomagając!

Grupa Interia.pl przeciwstawia się niestosownym i nasyconym nienawiścią komentarzom. Nie zgadzamy się także na szerzenie dezinformacji.

Zachęcamy natomiast do dzielenia się dobrem i wspierania akcji „Fundacja Polsat Dzieciom Ukrainy” na rzecz najmłodszych dotkniętych tragedią wojny. Prosimy o przelewy z dopiskiem „Dzieciom Ukrainy” na konto: ().

Możliwe są również płatności online i przekazywanie wsparcia materialnego. Więcej informacji na stronie: Fundacja Polsat Dzieciom Ukrainy.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy