Reklama

Reklama

Mógł przyćmić Zmarzlika, a woli być lokalną gwiazdką

​W 2014 roku został indywidualnym mistrzem świata juniorów, rok później poprowadził Unię Leszno do drużynowego mistrzostwa Polski i awansował do cyklu Grand Prix. Wszyscy byli zachwyceni skalą jego talentu i widzieli w nim kolejnego, po Tomaszu Gollobie, Polaka z koroną najlepszego zawodnika świata. Tymczasem minęło parę lat i Piotr Pawlicki junior wciąż pozostał niespełnionym talentem. A czas ucieka. Parę dni temu właśnie skończył 27 lat.

Na siłowni potrafi pracować ciężej niż wszyscy rywale, zdarza mu się błysnąć błyskotliwą jazdą, ale znacznie częściej z leszczyńskiego obozu dochodzą informacje o jego nonszalanckim podejściu do obowiązków, braku zorganizowania czy problemach z dopasowaniem sprzętu. Potrafi to przykryć pojedynczymi świetnymi meczami, roszadami w teamie, do których dochodzi prawie co roku (teraz też dojdzie - przyp. red.), ale trudno nie oprzeć się wrażeniu, że kolejne lata uciekają chłopakowi, którego skalę talentu porównywano do największych gwiazd tej dyscypliny sportu w całej historii jej dziejów.

Reklama

Bardziej "Neymar" niż Zmarzlik

W trakcie rozgrywek bardziej się mówi o symulowanych upadkach tego żużlowca próbującego wymusić na arbitrach wykluczenia rywali (ochrzczono go mianem żużlowego "Neymara"), spontanicznych wakacjach (na które wybrał się np. w tym roku, mimo zobowiązać w lidze szwedzkiej), niż o rewelacyjnych wynikach.

Ledwie parę miesięcy Bartosz Zmarzlik, z którym prawie jednocześnie wchodzili w dorosły żużel ma już w dorobku pięć medali indywidualnych mistrzostw świata, w tym dwa złote i co roku jest w gronie najskuteczniejszych zawodników PGE Ekstraligi, a Pawlicki? 

W Grand Prix miał tylko dwuletni epizod, a teraz nie potrafi nawet do niego wrócić. W lidze zaś, po rewelacyjnym sezonie 2015, w którym był 9. najskuteczniejszym zawodnikiem całej ligi (średnia 2,192 pkt/bieg) już nigdy później nie zmieścił się w pierwszej dziesiątce. Kolejne złota zdobywane przez leszczynian, do których Pawlicki przykładał swoją "cegiełkę" zatarły wrażenie, że nieco rozmienił swój talent na drobne, ale liczby są bezlitosne.

Od trzech sezonów kapitan leszczynian pikuje w dół. Jeszcze w 2019 roku był 11. najskuteczniejszym zawodnikiem PGE Ekstraligi ze średnią 2,133 pkt/bieg. Przed rokiem 14. (średnia 2,0), a w tym roku ledwie załapał się do trzeciej dziesiątki (27. miejsce - 1,667 pkt/bieg).

Pawlicki szuka problemu tylko w sprzęcie

Przez większość rozgrywek Pawlicki narzekał na sprzęt Ashleya Hollowaya. Potem eksperymentował z silnikiem Antona Nischlera, by wreszcie przesiąść się na sprzęt Flemminga Graversena. Pomogło tylko chwilowo. Wkrótce leszczynianin znów był beznadziejnie wolny. Nawet play-off, który z reguły był jego popisem, zawalił kompletnie, punktując dla leszczynian ze średnią 1,5 pkt/bieg.

- Nie wiem czy wina rzeczywiście tkwi w sprzęcie, czy w samym jego podejściu do tego sportu. Lubię go i mocno mu kibicuję. Ma ogromny talent, ale lata uciekają. Chyba powinien ten sezon potraktować jako ostatnie ostrzeżenie - ocenił były reprezentant Polski, Jan Krzystyniak.

Wielu ekspertów jest przekonanych, że podejście Pawlickiego do żużla mogłaby wymusić zmiana klubu. Na to się jednak nie zanosi. W Lesznie mu wygodnie, ma status lokalnej gwiazdy i taka rola mu najwyraźniej pasuje. Klub zaś też raczej na rewolucję się nie zdecyduje, bo chimeryczny Pawlicki i tak jest lepszy od większości polskich seniorów dostępnych na rynku. Chyba tylko powrót Dominika Kubery mógłby zachwiać jego pozycją.



Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje