Reklama

Reklama

Menedżera wmanewrował w korek. Oaza spokoju obchodzi smutne urodziny

12-krotny mistrz Polski i 4-krotny drużynowy mistrz świata Piotr Protasiewicz obchodzi dziś swe 47. urodziny. Wprawdzie są to na pewno jego najsmutniejsze urodziny w życiu, bo w sobotę zmarła mu mama, ale trudno przy okazji rocznicy jego narodzin, nie podkreślić faktu, że wychowanek i legenda Falubazu Zielona Góra śrubuje kolejne, żużlowe rekordy. To jedyny zawodnik obok Tomasza Golloba, który w polskiej lidze zdobył ponad 5000 punktów (ma ich dokładnie 5051).

Dlaczego to tak wyjątkowy zawodnik i jaka jest jego recepta na sportową długowieczność? - opowiedział na stronie polskizuzel.pl, były menedżer ekstraligowy, Jacek Frątczak.

- Zacząłbym od tego, ze Piotr Protasiewicz jest sportowcem z krwi i kości. On to swoje sportowe podejście pokazuje każdego dnia. To widać po tym, jak się odżywia i jak o siebie dba. Pewnie, że ma odpowiednie parametry i to mu pomaga, ale on bardzo dużo dodaje od siebie - stwierdził były opiekun drużyn z Zielonej Góry i Torunia. - Dodatkowo jest człowiekiem bardzo zdeterminowanym, jak na swój wiek. Nie liczę mu lat, ale wielu ludziom w jego wieku wielu rzeczy się odechciewa. Jemu się jednak chce i to bardzo - dodał.

Reklama

Protasiewicz - wielki sportowiec, który szanuje ludzi

- Mam ten plus, że Piotra znam nie tylko jako sportowca, ale i też jako człowieka. I powiem, że to jest gość, który gdy tylko słyszy o jakichś kłopotach, szczególnie zdrowotnych, to nigdy nie odmawia. On jest dobrym, porządnym człowiekiem i za to cenię i szanuję. Mamy dobre relacje takie czysto ludzkie, więc z pełnym przekonaniem mogę powiedzieć, że Piotr jest człowiekiem, który wie, że po drugiej stronie też jest człowiek. Wielu zawodników, to roboty zaprogramowane na karierę. On jest inny. Nie mówię, że skupienie się na sobie jest złe, ale dużo bardziej cenię takich, co szanują ludzi i sami nimi są. Taki jest Piotr - opowiedział Frątczak, który przypomniał też historię w pełni pokazującą charakter jubilata.

- Kiedyś wracaliśmy po laniu w Tarnowie. To był zły dla nas sezon, bo Jarek Hampel miał turbulencje, bo Rafał Dobrucki miał zaraz odejść. Wtedy jechaliśmy na dwa auta, moje i Piotra. Gdzieś pod Wrocławiem nawigacja pokazała, że przed nami korek. Już szukałem innej drogi, ale Piotr podjechał równolegle do mojego wozu i mówi: spokojnie, zostańmy na tej trasie, piętnaście minut i korek się rozładuje. Posłuchałem. Staliśmy cztery godziny. Zamiast o 23.00 wróciłem do domu o 3.30. Machaliśmy sobie z Piotrem przez okno. On mnie wtedy wmanewrował, ale to cały on: spokojnie, bez paniki. Inaczej niż ja, bo wtedy chciałem szybkiego działania - podsumował Frątczak.

Wasze komentarze
No hate

Wyrażaj emocje pomagając!

Grupa Interia.pl przeciwstawia się niestosownym i nasyconym nienawiścią komentarzom. Nie zgadzamy się także na szerzenie dezinformacji.

Zachęcamy natomiast do dzielenia się dobrem i wspierania akcji „Fundacja Polsat Dzieciom Ukrainy” na rzecz najmłodszych dotkniętych tragedią wojny. Prosimy o przelewy z dopiskiem „Dzieciom Ukrainy” na konto: ().

Możliwe są również płatności online i przekazywanie wsparcia materialnego. Więcej informacji na stronie: Fundacja Polsat Dzieciom Ukrainy.

Reklama

Reklama

Reklama