Reklama

Reklama

Menedżer mistrzów świata dla Interii: Modliłem się, żeby Lambert nie ścigał Zmarzlika

- Pierwszą noc po finale praktycznie nie zmrużyłem oka. Upadek Janowskiego? Modliłem się i powtarzałem w duchu: Robert, proszę cię, tylko teraz nie wariuj, nie zrób głupstwa, nie ścigaj się ze Zmarzlikiem. Lambert kipi ambicją, dla niego nie ma straconych pozycji, ale w tym, danym momencie potrzebowaliśmy zimnej kalkulacji - mówi specjalnie dla Interii menedżer nowych mistrzów świata z Wielkiej Brytanii Olliver Allen

Kamil Hynek, Interia: Jak długo celebrowaliście sensacyjne złoto SoN?

Olliver Allen, menedżer Wielkiej Brytanii: Do późnych godzin (śmiech). Urządziliśmy po zawodach małą imprezkę. Bawiliśmy się razem z działaczami, cały sztabem oraz zawodnikami. Osiągnęliśmy niesamowity sukces więc musiało być godnie. No i kulturalnie.

Szybko pan zasnął?

- W pierwszą noc po turnieju nie zmrużyłem praktycznie oka. Byłem podekscytowany, nie mogłem się uspokoić, adrenalina buzowała bardzo długo.

Byliście gospodarzami, ale faworyt jawił się tylko jeden - Polska. Wy naprawdę marzyliście o tytule, czy przyjęlibyście z pocałowaniem ręki każdy krążek?

Reklama

- Może faktycznie nie znajdowaliśmy się w ścisłym gronie faworytów, bo wyżej stały akcje waszej reprezentacji, czy Danii, ale nam to odpowiadało. Lubimy startować z pozycji underdoga, tego skazywanego na pożarcie. Na szczęście poza papierem jest jeszcze tor. Oczywiście, że skoro jechaliśmy przed własną publicznością, mieliśmy wyostrzone apetyty, ale bez przesadnego podpalania się.

Ale na mistrzostwo, serio?

Życie, sport pokazują, że nie ma rzeczy niemożliwych. Albo mi pan uwierzy, albo nie, odkąd objąłem kadrę Wielkiej Brytanii zaprogramowałem sobie, że prędzej czy później, to złoto w drużynówce zdobędziemy. To nie było tylko marzenie, ale scenariusz, do którego wspólnie dojrzewaliśmy. Próbowaliśmy wpoić zawodnikom, że są w stanie go wykonać. Choć często dostawaliśmy po drodze łupnia, tych rozczarowań było mnóstwo, nigdy nie zwątpiłem w powodzenie naszej wspólnej misji.

A co sobie pan pomyślał jak Maciej Janowski upadł w finale?

- Modliłem się i powtarzałem w duchu: Robert, proszę cię, tylko teraz nie wariuj, nie zrób głupstwa, nie ścigaj się ze Zmarzlikiem. Lambert kipi ambicją, dla niego nie ma straconych pozycji, ale w tym, danym momencie potrzebowaliśmy zimnej kalkulacji.

Bartek prowadził, co przy wypadku Janowskiego, dawało Polakom srebro.

- Polaków ratował tylko defekt lub doprowadzenie do sytuacji, w której nasz zawodnik byłby wykluczony. Dlatego starałem się telepatycznie podpowiedzieć Lambertowi żeby nie szarżował.

W sobotę straciliście Taia Woffindena. Wasz lider groźnie upadł w pierwszym dniu. Wydawało się, że jesteście pozamiatani, ale zastępujący go Daniel Bewley stanął na wysokości zadania.

- Jeśli ktoś myślał, że absencja Taia nas złamie, że to nie ma prawa się udać, to chyba szybko został wyprowadzony z błędu. Nie powiedziałbym jednak, że skoro nie mogliśmy skorzystać z Taia, to świat nam się nagle zawalił. Ani nas ten fakt nie wzmocnił, ani nie nie osłabił. Może po prostu nie mieliśmy już nic do stracenia i chłopaki na tej fali popłynęli. Zresztą pękałem z dumy, kiedy widziałem jak ze sobą współpracowali w parkingu. Oni wskoczyliby za sobą w ogień, według zasady jeden za wszystkich wszyscy za jednego.

Po zawodach szybko skontaktowaliście się z Taiem, a Lambert zadedykował mu nawet tytuł.

- Woffinden był naszą tajną bronią w drugim dniu. Cały czas byłem z nim w kontakcie. Wisieliśmy na słuchawce, na bieżąco przekazywał nam wskazówki.

W Polsce płacz i ciskanie gromów na regulamin. Nasza kadra w cuglach wygrała fazę zasadniczą, ale jeden błąd w finale spowodował, że dwudniowa praca poszła do kosza. Rozumiem, że możecie mieć zgoła odmienną opinię na ten temat, bo wy przebijaliście się przez baraż i wam ten przepis spadł z nieba. Ale pana zdaniem, ten regulamin jest bardziej niesprawiedliwy, czy panu podoba się to, że przed finałem zapominamy o tym, co było i zabawa zaczyna się od nowa?

- Punkt widzenia zależy punkt siedzenia. Ten regulamin jest sporządzony pod show i generowanie emocji. Z każdym wyścigiem napięcie wzrasta, aż w finale dochodzi do totalnej eksplozji. Chcę też zwrócić uwagę na jeszcze jedną rzecz. Jasne, Polacy mogą się czuć rozgoryczeni, ale w pierwszej edycji, we Wrocławiu, to my byliśmy na ich miejscu. W bieżącym roku los wynagrodził nam z nawiązką, to co wtedy zabrał.

Wielka Brytania czekała trzydzieści dwa lata na drużynowy sukces. Szmat czasu.

- Stare dzieje. Fajnie, że udało nam się zatrzymać ten licznik i napisać nową historię brytyjskiego żużla. Byliśmy skoncentrowani na swojej robocie, nie wybiegaliśmy w przód, bo nie miało to największego sensu. Stąd m.in. brak okazjonalnych koszulek, które ubierają sportowcy po wygraniu czegoś dużego.

Myśli pan, że żużlowa Anglia odpowiednio skonsumuje to złoto SoN. Wasza liga od dawna jest w kryzysie, nie występuje w niej światowa czołówka, nie jeżdżą lokalne gwiazdy z Woffindenem i Lambertem na czele.

- Mam nadzieję, że to mistrzostwo da naszej lidze kopa i ogólnie pomoże dyscyplinie. Zdajemy sobie sprawę, że Premiership jest w odwrocie, ale nic się nie dzieje bez przyczyny, a do tego z dnia na dzień. Nie ma się co oszukiwać, postawienie jej od nowa na nogi zajmie bardzo długo.

Do niedawna Wielka Brytania, to był tylko Tai Woffinden i długo, długo nic. Obecnie macie jedną z najmłodszych i najbardziej obiecujących reprezentacji.

W tej chwili mamy się z czego cieszyć. Przyszłość wydaje się zabezpieczona. Muszę się jednak ciągle upewniać, że nasi młodzi żużlowcy nadal będą koncentrować się na swojej karierze.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy