Reklama

Reklama

Marek Kępa: Przyjazd Hansa Nielsena to początek wznoszenia się na żużlowy szczyt

Sprowadzenie Hansa Nielsena w 1990 roku do Lublina to był początek wznoszenia się polskiej ekstraligi na żużlowy szczyt - uważa były reprezentant kraju Marek Kępa. - W tamtych czasach taki zawodnik w polskim klubie to było science-fiction - powiedział.

Polska Agencja Prasowa: Z powodu epidemii koronawirusa, sezon żużlowy rozpocznie się dopiero 12 czerwca. Czy ta sytuacja może wpłynąć na wewnętrzne regulacje i sytuację w środowisku?

Marek Kępa: - Dla całego sportu na świecie to zupełnie nowa sytuacja, bo odwoływane bądź przekładane są największe i najważniejsze imprezy z igrzyskami olimpijskimi włącznie. To dla wszystkich - samych sportowców, szkoleniowców i działaczy jest ogromnym wyzwaniem zwłaszcza w tych dyscyplinach, w których znaczącą rolę odgrywa sponsoring. Pandemia koronawirusa sparaliżowała nie tylko sport, ale przede wszystkim wiele dziedzin gospodarki, co z pewnością odbije się na ich relacjach ze sportem. Tu będzie musiało dojść do przewartościowań, ale dla prawdziwego sportu, istoty współzawodnictwa może to być tylko ozdrowieńcze.

Reklama

- Dobrze, że żużlowcy niebawem wystartują, bo choć ograniczona będzie liczba zawodów i mecze rozpoczną się bez udziału publiczności, to lepiej niż w ogóle nie miałoby być jakichkolwiek imprez. Nietypowy okres przygotowawczy bez możliwości normalnego trenowania na torze w jednakowym stopniu dotyka wszystkie zespoły, które praktycznie pozbawione też będą możliwości rozgrywania sparingów.

Czy właśnie w żużlu ten brak objeżdżenia toru nie wpłynie m.in. na większe prawdopodobieństwo odnoszenia kontuzji?

- Dzisiejsi żużlowcy to zawodowcy, u których górę bierze rozsądek, bo to przecież ich profesja i duże pieniądze. Wyjeżdżając na tor szanują swoje kości i dostosowują swoją jazdę do aktualnej dyspozycji. Wiadomo, że teraz są w okresie roztrenowania, ale każdy indywidualnie pracuje nad podtrzymaniem formy. W pierwszych meczach może być trochę niespodzianek, ale wielkich zmian nie oczekuję. Nowością będzie natomiast jazda przy pustych trybunach. Dziwnie się jeździ bez widowni, bo u nas w Lublinie nawet na treningach jest liczne grono kibiców. Reakcja trybun jest dodatkowym bodźcem mobilizującym do walki, a gdy tego zabraknie to pozostanie tylko "sztuka dla sztuki". Mam jednak nadzieję, że bez publiczności rozgrywane będą jedynie pierwsze mecze ekstraligi.

Od pewnego czasu szczycimy się, że Polska ekstraliga, to najlepsza liga świata, w której startują najlepsi żużlowcy globu. Pan jeszcze jeździł i widział to od środka, kiedy trzydzieści lat temu wraz z przyjazdem do Lublina Hansa Nielsena zaczęła się rodzić ta wielkość. Jak pan to ocenia z dzisiejszej perspektywy?

- W tamtejszych warunkach, przy ówczesnym sposobie myślenia już sama wiadomość o tym, że do polskiej ligi, w której nie było dotąd żadnego obcokrajowca przyjeżdża wielokrotny mistrz świata wydawała się science fiction. Mało kto wierzył, że taki transfer w ogóle jest realny. Tym bardziej, że miało to miejsce dokładnie 1 kwietnia 1990 roku.

Kto przyczynił się do ściągnięcia tak wybitnego zawodnika do Polski?

- Człowiekiem o wielkiej wyobraźni, który sprawił, iż w barwach Motoru po raz pierwszy wystąpił Duńczyk Hans Nielsen był kierownik techniczny naszej żużlowej sekcji Tadeusz Supryn. Ja już kilkanaście lat wcześniej jeździłem na różne międzynarodowe zawody, jak choćby indywidualne czy drużynowe mistrzostwa świata i starałem się podpatrywać najlepszych, ale to co prezentował sobą Hans to było coś niesamowitego.

- Czego mogliście się od niego nauczyć ?

- To był profesjonalizm w każdym calu. Patrzyliśmy z zachwytem na każdy jego ruch, jak perfekcyjnie przygotowuje się do startu, jak dba o swój motocykl. Co istotne, jest to człowiek o wielkiej kulturze osobistej. Był już wielokrotnym czempionem, ale nie było w nim nic z bufonady, był bardzo koleżeński, każdemu jak mógł pomagał i życzliwie doradzał. Jeżdżąc z nim razem w Motorze zdobyliśmy jedyny jak dotąd medal dla lubelskiego klubu zostając w 1991 roku wicemistrzami kraju. To naprawdę człowiek wielkiego formatu, a okres jego występów w Lublinie jest tu wyjątkowo dobrze wspominany i wręcz obrósł legendą.

Czy teraz macie z nim jakiś kontakt?

- Do dziś z Hansem utrzymujemy koleżeńskie kontakty, choć częściej rozmawia z nim teraz mój syn Kuba. Osobiście znam wielu mistrzów świata, ale to Nielsen jest wzorem nad wzory, drugiego takiego nie ma i nie ulega wątpliwości, że ten jego przyjazd do Polski dał początek wznoszenia się na szczyt i dziś nasza liga uznawana jest za najlepszą na świecie.

Nadal uczestniczy pan czynnie w życiu środowiska, m.in. do niedawna jako komisarz toru czy aktualnie członek rady nadzorczej klubu Speed Car Motor Lublin, który długiej przerwie powrócił do najwyższej klasy rozgrywkowej. Czym różni się dzisiejszy żużel od tego, kiedy pan się ścigał?

- Pomijając kosmiczne różnice w finansach, to inaczej się jeździ i trenuje. W tamtych czasach większa była konkurencja i tym samym trudniej przychodziło wywalczenie miejsca w drużynie. Motocykle były klubowe, a na całą drużynę przypadało najwyżej dwóch mechaników, którzy zajmowali się głównymi czynnościami, a resztę trzeba było robić samemu. Dzisiaj każdy zawodnik, nawet początkujący, ma nie tylko prywatne motocykle, ale busa i kilkuosobową ekipę wspierającą. Jego interesuje tylko jazda.

Jak zmieniła się technika jazdy?

- W moich czasach mówiło się, że ktoś jeździ "na łokcie", czyli bardzo ciasno i blisko siebie, ramię w ramię. Dziś, jak ja to określam, niektórzy potrafią jeździć "na paznokieć". Starsi kibice i my wtedy startujący pamiętamy jednak, że byli tacy, jak na przykład Andrzej Huszcza, którzy wtedy też jeździli bardzo ostro, ale była to jazda fair. Myśmy ścigali się na całego, na torze nie było żadnego odpuszczania, ale szanowaliśmy się i poza torem byliśmy i jesteśmy kolegami.

Spotykacie się w dawnym gronie ?

- Systematycznie, do dziś utrzymujemy stałe kontakty i spotykamy się głównie przy okazji Grand Prix w Toruniu, gdzie przyjeżdżają m.in. tenże Huszcza, Romek Jankowski, Rysiek Romaniak, Zenek Plech, Jurek Rembas, Marek Towalski, Wojtek Żabiałowicz, Krzysiek Zarzecki czy Rysiek Buśkiewicz. Ostatnio Zenek, w końcu indywidualny wicemistrz świata, wyraził nadzieję, że z naszymi opiniami zechcą się choćby zapoznać obecne władze speedwaya, bo my tym cały czas żyjemy.

Jakie marzenia związane z żużlem ma Marek Kępa?

- Ponieważ Piotr Więckowski, Ola Marmuszewska i mój syn Kuba sprawnie prowadzą klub, dzięki któremu żużel odrodził się w Lublinie, wspieram ich i życzę konsekwencji w dążeniu do stałego podnoszenia poziomu sportowego, bo życzliwość władz miasta i województwa, licznych sponsorów, a przede wszystkim dziesiątek tysięcy fanów speedwaya z miasta i regionu jest wartością, która umacnia w słuszności obranej drogi.

61-letni Marek Kępa, wielokrotny reprezentant Polski (1979-1991) jest wychowankiem Motoru Lublin, w którym najdłużej występował. Bronił także barw Startu Gniezno, Polonii Bydgoszcz i Stali Rzeszów. Dwukrotny drużynowy wicemistrz Polski (Motor 1991, Polonia 1993), dwukrotny finalista indywidualnych mistrzostw świata juniorów, dwukrotny uczestnik kontynentalnych finałów mistrzostw świata seniorów, młodzieżowy wicemistrz Polski (1981), medalista Złotego (brąz) i Srebrnego (srebro) oraz zwycięzca Brązowego Kasku (1980). Czterokrotny finalista indywidualnych mistrzostw Polski. Biznesem w branży samochodowej zajął się jeszcze w trakcie zawodniczej kariery, 28 lat temu. Razem z żoną Elżbietą prowadzi firmę Auto Kępa.

Rozmawiał: Andrzej Szwabe 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje