Reklama

Reklama

Marcin Wójcik z kabaretu Ani Mru-Mru: Z paroma politykami wszedłbym do klatki

Marcin Wójcik, to zdeklarowany kibic Motoru Lublin. Specjalnie dla Interii lider formacji Ani Mru-Mru opowiada nie tylko o tym, kto w ich grupie jest rzucającym rekwizytami Nickim Pedersenem sceny kabaretowej, ale też bez ogródek opowiada, jaki ma stosunek do partii rządzącej, kiedy ostatni raz włączył TVP i czy zawalczyłby na gali u Marcina Najmana.

Kamil Hynek, Interia: Po trzydziestu latach medalowej posuchy Motor Lublin sięgnął po srebrny medal DMP. Cytując klasyka, Marcin Wójcik zadowolony?

Marcin Wójcik, Kabaret Ani Mru-Mru: Ha! Proszę pana, ja zadowolony, koledzy zadowoleni, żona w domu zadowolona, dzieci w domu też zadowolone, wszyscy zadowoleni (śmiech).

Jerzy Mordel na sto procent też.

- Trudno nie być szczęśliwym. Wszyscy czekaliśmy na powrót żużla w Lublinie, potem z wypiekami na twarzy obserwowaliśmy jak ta drużyna rosła, awansowała coraz wyżej i to wicemistrzostwo Polski jest jakąś naturalną koleją rzeczy oraz pięknym prezentem za cierpliwość dla każdego kibica Motoru. Nawet trochę się cieszę, że nie wygraliśmy ligi, nie dotknęliśmy tego sufitu. Wyostrzono nam tylko apetyty i jest na co czekać.

Reklama

Prezes Kępa wypowiada się w podobnym tonie. Zaraz po zejściu z podium stwierdził, że dla nich to srebro, jest jak dosięgnięcie gwiazd, zdobycie mistrzostwa Polski.

- Ma rację. Motor nie przegrał złota, tylko wygrał srebro. Byłem na finale we Wrocławiu. Co się tam nadenerwowałem, to moje. Później uczestniczyłem w takim zamkniętym spotkaniu, na którym celebrowaliśmy ten krążek wspólnie z zawodnikami. Atmosfera była fantastyczna. Jeśli chciał pan gdzieś zobaczyć smutną minę, to nie tam. Sztab szkoleniowy, działacze, dosłownie wszyscy zdawali sobie sprawę, że już samo wejście do finału było karkołomnym zadaniem. Ale chyba dopiero tam tak, jak już to ciśnienie z nich zeszło, dotarło do nich naprawdę, że dokonali czegoś wielkiego. Mnie do teraz rozpiera duma. Mówię, to jako zdeklarowany fan Motoru

Uczcił pan ten sukces jakimś dobrym trunkiem?

- Wysokoprocentowych napojów był ci dostatek, ale ja niestety nie mogłem za długo świętować, ponieważ następnego dnia, z samego rana musiałem wyjechać z Wrocławia więc na bankiecie zabawiłem tylko chwilę. Ale za to łezkę uroniłem.

W 1991 roku, kiedy Motor pierwszy raz podniósł z toru srebro, pan miał zaledwie siedemnaście lat. Pamięta pan, co wtedy robił?

- No wie pan co? Oczywiście, że byłem na stadionie (śmiech).

To było pytanie zaczepne.

- Łaziłem na żużel, bo wtedy cały Lublin "walił" na Aleje Zygmuntowskie. U nas trwała era legendarnego Hansa Nielsena, dlatego nawet ci słabiej interesujący się speedwayem kibice chcieli zobaczyć profesora z Oxfordu na własne oczy. Jak Hans pojawiał się pod parkiem maszyn, to był szał, dziewczyny piszczały. Cały mój grafik był obowiązkowo podporządkowany pod zawody. Zresztą podobnie jest teraz (śmiech).

Fanatyk.

- Jak miałem wyjść z domu na stadion dostawałem gęsiej skórki. Byłem zapaleńcem, ale jednak z wiekiem ta głowa człowiekowi stygnie. Wcześniej, za nastolatka potrafiłem dwie godziny koczować pod parkiem maszyn i wpatrywać się w puste boksy Nielsena, czy Darka Śledzia. A jak otwierała się brama parkingu i wjeżdżali nasi bożyszcze, od razu miękły nogi.

To, co łączy te dwa sukcesy, to podstarzały obiekt. Motorowi do szczęścia brakuje już tylko nowego stadionu? Zastanawiam się, czy tam ciągle nie ma tej samej dziury przez którą się pan przemykał za dzieciaka?

- Dziur nie ma, ale też jest... fajnie. Świat idzie jednak do przodu. Jednocześnie z erą pojawienia się telefonów, komputerów, smartfonów postawiono lepsze ogrodzenia. A tak na poważnie, zmieniło się dużo, wchodzę teraz na nasz obiekt trochę inną dziurą (śmiech). Co nie zmienia faktu, że emocje wciąż towarzyszą mi te same. A co do nowego stadionu, jestem entuzjastycznie nastawiony do tego pomysłu. Widziałem projekty, jakby miał on wyglądać i byłoby genialnie, gdyby plany udało się wdrożyć w życie. Chociaż uważam, że te stare obiekty mają w sobie coś magicznego i urokliwego. Ostatnio przejeżdżałem przez Świętochłowice. Kiedy byłem na stadionie przy "Skałce" aż musiałem wysiąść z auta, podejść pod bramę i chociaż przez kratę zajrzeć na ten kawałek pięknej historii. Szkoda, że taki stadion stoi niezagospodarowany od kilku lat. Z drugiej strony jak człowiek wybierze się do Gorzowa, czy na toruńską Motoarenę, albo do Cardiff, na nowoczesne obiekty, to żużel staje się jeszcze bardziej wielowymiarowy.

Jak wytłumaczyć fenomen kibiców Motoru. Prezes Kępa coś wlewa do piwa przy wejściu na stadion?

- Myślę, że oni, to by nawet chcieli, żeby Kuba coś im dolewał do tych browarków, ale z moich wiarygodnych źródeł wynika, że specjalnych wkładek w nich nie ma. Nasi fani nie potrzebują specjalnych "dopalaczy". W nich zawsze było, to "coś". I w tłustszych latach 90 i potem, kiedy przyszedł chudszy okres, a Motor ledwo wiązał koniec z końcem, nigdy nie zostawiali zespołu w potrzebie. W międzyczasie było tyle prób wskrzeszania tej dyscypliny w Lublinie, że mogli się przecież odwrócić od drużyny, a jednak bez przerwy wierzyli, że zła karta się odwróci. Dlatego, jeśli gdzieś szukać kibiców sukcesu, to do Lublina lepiej się nie zapędzać. To naprawdę duże szczęście, że za Motor wzięli się w końcu ludzie, którzy mają pojęcie i pomysł na klub żużlowy. Tam jest cały batalion ludzi z głową na karku. Dzięki nim sympatycy Motoru są od kilku sezonów na pozytywnym "haju".

Ale żeby nie było tak cukierkowo, to w przytoczonych przez pana latach 90 Motor stał wychowankami. Aktualnie w składzie dominuje armia zaciężna.

- To prawda. Ale to też jest pokłosiem tego, że Lublina nie było na żużlowej mapie parę dobrych sezonów. Nastąpiła nienaturalna wyrwa w szkoleniu młodzieży, którą szefowie klubu próbują teraz załatać. Nie od razu Kraków zbudowano. Mam nadzieję, że szkółka, która już jest bardzo mocno wspierana przez klub, bo nikt tam nie szczędzi grosza, da niedługo jakieś smakowite owoce i plony. Dobrze wiemy, że młodzi chłopacy, albo wywodzą się z rodzin żużlowych, albo ze środowiska, gdzie rodzic chorował, jak w niedzielę nie dostał soczystą szprycą siedząc na drugim łuku. Proszę mi zaufać, te perełki wypłyną, ale to kwestia dwóch - trzech lat.

Poniekąd już pan do tego nawiązał, ale dalej pan układa harmonogram występów z uwzględnieniem terminarza Motoru?

- Moment kiedy ogłoszono rozkład jazdy PGE Ekstraligi był dla mnie dość ważny. W tym roku było nam o tyle łatwiej, to wszystko ze sobą zgrać i nie wchodzić sobie w paradę z występami, że nasza trasa była w delikatnym zawieszeniu. Mamy poplanowane kabaretowe eskapady, ale nigdy nie wiadomo, czy one się odbędą. Staram się jednak zazwyczaj to ugryźć tak, żeby ten weekend z Motorem w Lublinie spędzić. A jak się uda, że w kwietniu będziemy gdzieś z Michałem i Waldkiem w okolicach Gorzowa, to już w ogóle rewelacja (śmiech).

Gdy nie może być pan akurat na stadionie, telefon jest odpalony na relacji live?

- Lampimy się wtedy nałogowo w telefon. Mało tego, gdy na scenie występuję np. z Michałem, to Waldek siedzi za kulisami i gdy schodzimy po skeczu, ustalonym od dawna znakiem - sygnałem, pokazuje nam na palcach jakim wynikiem zakończył się wyścig. Hamujemy się, żeby nie wybuchnąć za kotarą jakimś okrzykiem radości, ale zdarzały się występy, że chwaliliśmy się publiczności zwycięstwem Motoru. Co ciekawe, wielu zawodników odwiedza nas na występach, a to wywołuje u nas dodatkowego "banana" na buzi.

W zeszłym sezonie "rozwaliliście system" filmikiem, w którym odegraliście scenę z komedii Kiler-ów 2-óch. Zamiast Jose Arcadio Moralesa z helikoptera wysiadł duet nowych zawodników Motoru - Krzysztof Buczkowski oraz Mateusz Cierniak. Nagranie zrobiło prawdziwą furorę w mediach społecznościowych. Teraz nas trochę rozczarowaliście, bo wydaje się, że transfer Maksyma Drabika można było w zabawny sposób opakować.

- Cierpliwości. Z Maksymem temat był złożony, środowisko huczało od plotek, że Drabik trafi do Motoru jeszcze długo przed startem okresu transferowego, który nawiasem mówiąc jest fikcją, dlatego nikogo byśmy nie zaskoczyli. Motor wziął też na tapet Patryka Dudka i kiedy ze ściągnięcia wychowanka Falubazu wyszły nici, to ten Maksym był już pewniakiem. Film jest wciąż otwartą kwestią. Chłopaki niedługo ponownie udadzą się do Calpe na rowery i motocross, ale jak tylko wrócą, to pewnie prezes wyświetli mi się na ekranie telefonu i da polecenie, że jedziemy z koksem. Z nim jest ten problem, że wtajemnicza nas zawsze na ostatnią chwilę (śmiech).

W tamtym roku mocno cieszył się pan po zakontraktowaniu Dominika Kubery, teraz podobne odczucia towarzyszą panu w przypadku Drabika?

- Dominuje radość, ale taka niepełna. Maksyma lubię, szanuję, podoba mi się jego styl jazdy. Jeszcze w barwach Sparty mocno mi zapadł w pamięć, bo napsuł nam sporo krwi i liczę, że utrzyma podobną dyspozycję już po zmianie klubu. Kubera zostaje, fantastycznie, ale strasznie mi szkoda Buczkowskiego. Z Krzysiem się zżyłem mimo, że nie zapisywał na swoim koncie jakich wybitnych punktów. Trzeba mu jednak oddać, że dołożył solidną cegiełkę do tego, że to srebro zawisnęło na naszych szyjach.

Ale to byłby numer, jakbyście zdetronizowali obecnego mistrza - Betard Spartę rękami Maksyma Drabika, który przychodzi do was z Wrocławia.

- I to jaki! Żużel nie takie rzeczy widział. Motor zasługuje, żeby w trakcie tej pięknej przygody, w którymś momencie przytulić ten garnuszek złotych monet.

Pandemia nie ułatwia wam roboty.

- Mieliśmy sporo pomysłów na różne rzeczy, ale sytuacja Covidowa skutecznie nas powstrzymuje. Obostrzenia w PGE Ekstralidze są bardzo restrykcyjne. Nie może dochodzić do bezpośredniego kontaktu z zawodnikami więc wszelkie grupowe akcje nie mają racji bytu. Żużlowcy są otwarci na różnego rodzaju eventy, akcje, takiemu Wiktorowi Lamaprtowi nie trzeba dwa razy powtarzać, aby wziąć udział w czymś szalonym. Ale jakby tak prześledzić klubowe social media, to tych kampanii marketingowych jest jak na lekarstwo. Może, gdy ten omikron przejdzie, to w kwietniu-maju sytuacja wyklaruje się na tyle, że coś wykombinujemy. Na razie, to siedzę i obgryzam paznokcie, żeby nie pozamykali nam stadionów na wiosnę, bo to byłaby katastrofa.

A skąd zamiłowanie do golfa?

- Kiedyś zaraziłem się golfem będąc w z wizytą u wujka w Anglii. Tam zagrałem partyjkę i... nie spodobało mi się od razu. Dopiero, mniej więcej dwadzieścia lat temu, kiedy wspólnie z kolegami odkryliśmy pierwsze pole golfowe w Polsce złapałem bakcyla. Golf daje mnóstwo sprzecznych emocji. W ciągu dwóch minut przebywasz drogę od euforii po rozpacz. Przez dwa miesiące możesz grać na wysokim poziomie, żeby za chwilę, na kolejne dwa wpaść w totalną zapaść. Za każdym razem, gdy idę na pole towarzyszmy mi doza niepewności, co się wydarzy. Tym charakteryzuje się amatorskie wbijanie kulki do dziurki (śmiech). A pięć-sześć godzin z kumplami na świeżym powietrzu idealnie mi pasuje. Polecam.

Spełnił pan jedno z największych marzeń i zagrał z Hansem Nielsenem.

- O, to już zamierzchłe czasy, będzie z trzynaście lat do tyłu. Hans przyleciał do Polski, bodaj na zaproszenie Marka Kępy. W tamtym okresie Hans, to był golfista pełną gębą. Teraz chyba całą swoją uwagę przelał na córkę, która jest profesjonalną zawodniczką i całkiem nieźle sobie radzi. Ale wtedy ktoś dał mi znać, że Nielsen szuka ludzi do gry. Bez wahania się zgłosiłem. Później wyszło, że chciał komuś spuścić łomot i wpakowałem się na minę. Dał mi niezłą lekcję (śmiech). Czekam z utęsknieniem na rewanż, od tamtej pory trochę się podciągnąłem. Ostatnio wertując Instagrama zauważyłem, że Mikkel Micheslen też coś "pyka". Maciek Janowski również uderzał z kija. Może wkrótce zorganizujemy jakiś turniej żużlowo-golfowy. Na pewno byłaby to ciekawa gratka dla kibiców.

Drużynę skompletowalibyście całkiem niezłą.

- Jeszcze dwóch juniorów, U24, ja jako krajowy senior i miażdżymy.

Który z zawodników najbardziej nadawałby się do kabaretu?

- Jejku, kiedyś otrzymałem podobne pytanie i trudno na nie odpowiedzieć. Mnóstwo żużlowców ma kapitalne poczucie humoru, a mnie osobiście bardzo przypadło do gustu, to Jarka Hampela. On ma niebywałą wprost zdolność do puentowania w satyryczny sposób różnych sytuacji, a, że cięta riposta w kabarecie jest w cenie, Jarek bez dwóch zdań odnalazłby się na scenie, czy to w roli artysty kabaretowego, czy stand-upera.

W gronie kabareciarzy jest z kim pogadać o żużlu.

- O tak i powbijać sobie sobie szpileczki też. Gdy nadchodzi kolejka ligowa, wymieniamy się spostrzeżeniami, informacjami, gorąca linia trwa. Bartek Demczuk z Kabaretu Młodych Panów pochodzi z Rybnika więc yno ROW, ale z dużym szacunkiem odnosi się do Lublina i zawsze gratuluje po zwycięstwach. Przemek Żejmo z Jurków, to Falubaziak z krwi i kości. Żal mi go, bo Zielona Góra spadła do eWinner 1. Ligi i nie będzie nam dane w sezonie 2022 konkurować na tym samym szczeblu rozgrywkowym. Trzymam kciuki, żeby się szybciutko pozbierali. Opuszczając kabaretowy ogródek, muszę wspomnieć o Irku Bieleniniku, zagorzałym fanie Włókniarza Częstochowa. Z nim także lubimy się pociesznie poprzekomarzać. To jest to wąskie grono, które chłonie jak gąbka wszystkie wiadomości o żużlu i wie, że jak zawodnik zdefektuje, to wynik awarii łańcuszka sprzęgłowego, a nie braku paliwa w baku.

Ma pan nieograniczone środki i może pan wybrać jednego zawodnika do Motoru. Kogo pan bierze? Inny znany kibic lubelskiego klubu - Krzysztof Cugowski powiedział np. że nie potrzebujecie Bartka Zmarzlika.

- Odważna teza, choć do zaakceptowania. W istocie nie ma jednak takiej drużyny, która nie chciałaby Zmarzlika. No "come on". Bartek jest bezapelacyjnie najlepszym polskim żużlowcem, dwukrotnym mistrzem świata i jestem przekonany, że nigdy nie usłyszałbym otwartej deklaracji, któregoś z ekstraligowych prezesów, iż nie zakosiłby Zmarzlika do siebie. Nie każdego stać na Bartka, a to już inna strona medalu. Samemu Zmarzlikowi też nie bardzo uśmiecha się ruszać z Gorzowa. Ja ociupinkę ubolewam, że ten Patryk Dudek nie przywdzieje kewlaru z Koziołkiem. Znamy się, darzę go dużym szacunkiem i trochę napaliłem się, że zobaczę go w Motorze. Zdecydował inaczej, obrał kierunek toruński i życzę mu jak najlepiej.

Zwykło się mawiać, że sprzęt buduje zawodnika, a co buduje artystę kabaretowego?

- Chyba to, że ludzie przychodzą nas oglądać. W naszej pracy bardzo szybko uzyskujemy recenzje. Pierwszą, na początku spektaklu, gdy np. wszystkie siedzenia są zajęte. Zapala się lampka, o super, widownia wie dla kogo przyszła, zapłaciła za bilety więc chyba nas lubią. Po drugie, jeśli ktoś podejdzie do nas po występie, zrobi sobie z nami zdjęcie, weźmie autograf i powie, że oglądając nasze skecze nie tylko uśmiał się do łez, ale i zapomniał przez te dwie godziny o bożym świecie, problemach, chorobach, trudach dnia codziennego, to ja już jestem ukontentowany do reszty.

A kto jest w waszej formacji największym nerwusem? Takim Nickim Pedersenem Ani Mru-Mru?

- A to bezkonkurencyjnie Michał. Jesteśmy ze sobą zawodowo ponad dwadzieścia lat, widziałem go w różnych sytuacjach. Trzaskanie drzwiami od garderoby, rzucanie rekwizytami, ubraniami... tak, tak, do Michała nikt nie ma podjazdu.

A pan do kogo by się porównał?

- Jak Michał jest Nickim, to ja taki bardziej mister elegancji, albo po prostu Bartek Zmarzlik (śmiech). Ale blisko mi jest do podejścia i wieku Piotrka Protasiewicza. Doświadczony, wyważony, swoje już zrobił, wie na co go stać, potrafi w niektórych momentach pięknie zaskoczyć, nie w nim przerostu ambicji, olewactwa, a do końca kariery raczej też bliżej niż dalej (śmiech).

Kiedy mierzyliśmy się z pierwszą falą pandemii i zamknięto wszystkie branże artystyczne, pan pół żartem pół serio oświadczył, że wylądował na bezrobociu. Nabył pan podczas tego, że nie jeździliście po Polsce, jakieś dodatkowe umiejętności?

- Niespecjalnie... a nie, podniosłem swoje umiejętności na perkusji. Jestem samoukiem i z racji tego, że pozamykali nas w domach naparzałem w talerze, ile fabryka dała. Czy coś jeszcze? Nie bardzo, ale to raczej z tego powodu, że nic na siłę nie szukałem. Wykorzystałem te parę wolnych miesięcy na odpoczynek, ponieważ jako Piotr Protasiewicz sceny kabaretowej doskonale orientuję się, jak istotna jest właściwa regeneracja.

Gdyby mógł pan zmienić jedną rzecz w żużlu, to co by to było?

- Całkowicie zrezygnowałbym z procedury startowej. Dałbym zawodnikom wolną Amerykankę. Niech stają pod taśmą jak chcą. Jeśli jej nie dotkną, mogą się dla mnie czołgać, a jak im wygodniej i ma im to pomóc, niech staną nawet dziesięć metrów za nią. Ktoś próbuje się wstrzelić? Naprawdę nie róbmy z tej procedury szopki i nie wlepiajmy kar za refleks. Po co komplikować żużel, skoro on jest piękny w swojej prostocie. Potem w magazynie mądre głowy gadają coś o ruchach kciuków, mikroruchach, że sprzęgło poszło, a zamki maszyny startowej jeszcze nie. No ludzie, dajcie spokój.

Zabralibyśmy robotę Leszkowi Demskiemu.

- Z przyjemnością słucham tych wywodów pana Leszka, gęba mi się sama śmieje, jak go zobaczę na ekranie telewizora, ale staram się raczej wtedy nie jeść, żeby się nie udławić. To jest niesamowite, że teraz każde zdarzenie torowe można zinterpretować na cztery strony wiatru.

Wyczuwam, że brakuje panu tej romantyczności lat 90. Defilad dookoła toru, oranżady w woreczku, Mostu na rzeczu Quai w głośnikach?

 - Przede wszystkim w żużlu zatraciła się spontaniczność. Doszliśmy do jakiejś dziwnej ściany, wszystko musi być pięknie wyreżyserowane, co do minuty. Podam przykład. Gdybym dzisiaj zabrał kogoś pierwszy raz na żużel i chciał mu wytłumaczyć najprostsze zasady, to miałbym kłopot, czy o czymś nie zapomniałem. Dawniej sadzałeś koło siebie gościa, albo gościówę, w zależności, czy to była mężczyzna, czy kobieta i przeprowadzałeś maksimum minutowy wykład. Masz czterech facetów, taśma idzie w górę, jadą cztery okrążenia, zwycięzca zgarnia trzy punkty, drugi - dwa, trzeci - jeden, ostatni - zero. Gospodarze zakładają czerwone i niebieskie kaski, goście żółte i białe. Cała filozofia. Obecnie, wzięto by mnie w jakiś klincz skomplikowanych pytań typu, ty no dobra, taśma poszła, nikt jej nie zerwał, a oni dalej stoją. I wtedy wchodzimy na grząski grunt przepisowej łamigłówki, która ryje beret.

Granica absurdu?

- Otóż to. Ale sami sobie taki los zgotowaliśmy. Później wchodzi pan Leszek cały na biało, a wystarczy poczytać kilka komentarzy kibiców, że oni odbierają te jego monologi, jako taki mały kącik kabaretowy.

Teatr jednego aktora, to może raczej stand up?

 - Wszyscy czekają na jego występ, bo wiedzą, że na bank będzie wesoło.

Z czego się teraz śmieją Polacy?

- Zawsze odpowiadam na to pytanie jednym zdaniem. Nie za bardzo wiem, bo nie znam wszystkich Polaków. Czasy są nieciekawe, bo nie dość, że mamy pandemię... całe szczęście, że ten Polski Ład wszedł, bo to naprawdę politykom się udało, super pomysł... ale już tak zupełnie szczerze zmagamy się z potwornymi podwyżkami. Kieszenie Polaków kurczą się w zastraszającym tempie. Trudno oczekiwać, że nasze społeczeństwo będzie sobie dworować, kiedy za moment większość ludzi nie będzie miało, co włożyć do garnka. Pandemia choć prowokuje do żartów zahaczających o COVID-19, służbę zdrowia, antyszczepionkowców też nie jest wdzięcznym tematem do obśmiania, bo gros osób choruje i niestety umiera. 

Prawda.

Chciałbym żeby Polacy nauczyli się w tych trudnych czasach śmiać z samych siebie, albo z polityków. Drzewiej, najgorszą rzeczą dla nich było publiczne wyśmianie, polityk odchodził w niesławie i było pozamiatane. Teraz tego brakuje. Niestety jest to efekt tego, że politycy mają w głębokim poważaniu, co sądzą o nich zwykli zjadacze chleba. Zdarza się, że obejrzę z takim delikwentem wywiad i aż mną telepie. My nie jesteśmy dziećmi w przedszkolu, które we wszystko uwierzą.

Nie szkoda panu nerwów?

- To, że takie podejście mnie drażni, to wcale nie oznacza, że się katuję. Bez przesady. Absolutnie nie jestem fanem namiętnego gapienia się w programy publicystyczne. Albo może inaczej, przestałem być. Kiedyś lubiłem wiedzieć, co się dzieje, a teraz nie jestem w stanie dostać rzetelnej informacji, bo nawet jak polityk pofatyguje się do programu to odpowiada na pytania, tylko krąży gdzieś naokoło. Nie mogę jednak od tego uciec, bo jestem obywatelem Polski i te sprawy mnie dotyczą, zwłaszcza jak dostanę od księgowej podatek do zapłacenia, albo np. muszę wysupłać na większy ZUS, czy składkę zdrowotną. Zastanawiam się wówczas kto, to wydumał i chciałbym usłyszeć o tych osób, dlaczego tak się stało. Nie łudzę się jednak, że to nastąpi.

Sprawdził już pan stan konta po wprowadzeniu Nowego Ładu?

- Jeszcze nie. Coś mnie powstrzymuje, dopiero się nowy rok zaczął, po co szargać sobie nerwy już w styczniu? Siedzę na kanapie, odtwarzam stare mecze żużlowe, coś tam sobie dłubię, zaraz wybieram się na wakacje, wolę wrzucić na luz.

Wy jako Ani Mru-Mru tej sfery politycznej z reguły nie dotykacie, albo jak już to smagacie po macoszemu. To świadome działanie?

- Nie jest to dobry moment, żeby bawić się nasączonymi politycznie zagadnieniami. Prywatnie nie kryje się ze swoimi poglądami i zawsze chętnie o nich opowiadam, bo nie jestem zupą pomidorową, żeby każdy mnie zjadał ze smakiem, tylko Piotrem Protasiewiczem polskiego kabaretu (śmiech). Ale wychodząc na scenę rozdzielam życie prywatne od zawodowego. Trzeba mieć tę wagę, że opcje wyborcze są podzielone i na nasze występy też przychodzi publika z różnych obozów. Nie chciałbym wykonywać numerów, z którymi np. pięćdziesiąt procent sali mogłoby się czuć mało komfortowo.

Posiedzenia rządu też by pewnie nie przeszły na taką skalę, jak parę lat temu. Już abstrahując od tego, w co byście haratali?

- Tym bardziej, że ja nie za bardzo wiem, kto tym rządem tak naprawdę dowodzi. Znalazłbym ze trzech kandydatów, którym się wydaje, że dzierżą palmę szefa. Poza tym nie nadążam, kto jest w rządzie. Raz kogoś wyrzucą, potem z powrotem go przyjmą, następny złoży dymisję i jest taki kogel-mogel, że klękajcie narody.

A pamięta pan, kiedy ostatni raz włączył TVP?

- Z dwa tygodnie temu skakałem po kanałach i omsknął mi się palec. Zatrzymałem się na TVP Rozrywka, leciał stary festiwal z Opola i z dwie minuty wytrzymałem.

Poza polityką wszystkie chwyty dozwolone?

- Z polityką to też nie jest tak, że to jakiś temat tabu. Nie, po prostu tworząc skecze z polityką w tle, chyba wkurzałbym się podwójnie. A nie jest moim celem, przysparzać tym panom jakiejkolwiek popularności.

Prominentny poseł PiS - Ryszard Czarnecki napisał, że Motor Lublin jest pieszczochem spółek skarbu państwa. Co pan na to?

- Trudno. Mam trochę inne podejście. Rozumiem, że klub, który mocarstwowe plany, jest ośrodkiem z ambicjami, musi szukać partnerów biznesowych, sponsorów pod każdym kamieniem. Bartek Zmarzlik też ma na czapeczce i obiciach motocykli logo Orlenu. W żadnym stopniu, absolutnie mnie to nie rusza. To są kluby sportowe i dla nich każdy zastrzyk gotówki, jest jak podłączenie do tlenu, pozwala wejść na wyższy poziom. Ale już samo podpinanie się polityków pod trofea, jak komuś coś się uda, uważam za niesmaczne i żenujące. Sam parę lat wstecz miałem na prezentacji drużyny zapowiedzieć jedną panią, która tuż przed wyborami przyjechała do Lublina się wypromować. Siedziała w pierwszym rzędzie. Nie dałem rady. Poprosiłem współprowadzącego - Tomka Dryłę, żeby mnie wyręczył. Nie przeszło mi przez gardło nazwisko tej pani.

Dzwoni do pana Marcin Najman. Kładzie na stół milion złotych, żeby zawalczył pan w klatce z dowolnie wyznaczonym przez siebie rywalem na gali MMA - VIP.

- Nie nadaję się do bijatyki. Cenię swoje zdrowie, a psychiczne, to już w ogóle. Natomiast, co do Marcina Najmana, to podzielam zdanie Krzysztofa Stanowskiego. Ta forma rozrywki nigdy mnie nie pociągała i, o ile śledzę KSW, to zestawienia patocelebrytów z youtuberami, ładowanie się po twarzach otwartą dłonią, to już jest szczyt połączony z dwoma krokami za daleko.

Czyli propozycji nie było?

- Nie, nie. Raz miałem tylko ofertę do "Tańca z Gwiazdami" , ale później się okazało, że żadna gwiazda nie chce ze mną tańczyć.

Ale nie uwierzę, że nie znalazłby się ktoś ze sceny politycznej z kim pan do oktagonu by nie wszedł.

- Ohoho, zabił mi pan klina. Taką propozycję, to bym rozważył. Ważny byłby dobór oponenta, musiałby śmigać w mojej wadze. Podaję parametry: trochę niższy, z mniejszym zasięgiem (śmiech).

Wasze komentarze
No hate

Wyrażaj emocje pomagając!

Grupa Interia.pl przeciwstawia się niestosownym i nasyconym nienawiścią komentarzom. Nie zgadzamy się także na szerzenie dezinformacji.

Zachęcamy natomiast do dzielenia się dobrem i wspierania akcji „Fundacja Polsat Dzieciom Ukrainy” na rzecz najmłodszych dotkniętych tragedią wojny. Prosimy o przelewy z dopiskiem „Dzieciom Ukrainy” na konto: ().

Możliwe są również płatności online i przekazywanie wsparcia materialnego. Więcej informacji na stronie: Fundacja Polsat Dzieciom Ukrainy.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy