Reklama

Reklama

Leszek Tillinger. Żałoba narodowa po finale SoN, czyli mądry Polak po szkodzie. To Janowski zawinił

- Nie regulamin, choć kontrowersyjny, był naszym największym problemem. Teraz to bardzo wygodna wymówka. Każdy doskonale wiedział jakie są zasady i zgłaszając reprezentację do turnieju, podpisywał się pod nim rękami i nogami - pisze w swoim najnowszym felietonie dla Interii Leszek Tillinger

Polska przegrała finał SoN, zdobyła srebrny medal, a złoto zostaje w Wielkiej Brytanii. Bez Rosjan w stawce na Wyspy Brytyjskie jechaliśmy po pewny tytuł mistrzów świata. Krążki z najcenniejszego kruszcu powieszono nam na szyjach zanim wsiedliśmy do samolotu. No i figa z makiem.

Nad Wisłą lament, płacz, zgrzytanie zębów i utyskiwanie nad bezdusznym regulaminem, który zniweczył naszą dwudniową pracę. Jasne, że jest niesprawiedliwy, promuje ciułanie punktów, ślizganie się przez całe zawody i przypadkowość, ale o to właśnie chodzi organizatorom, żeby wyeliminować polską dominację.

Reklama

Kolejna zła informacja jest taka, że skoro, to żre i znów udało się nas "poskładać", to będziemy brnęli w to dalej. I albo się z tym pogodzimy, albo za chwilę każdy fan czarnego sportu w Polsce osiwieje z nerwów. Przecież my zawsze jesteśmy najmądrzejsi po szkodzie, jak mleko się rozleje.

Nie regulamin, choć kontrowersyjny, był naszym największym problemem. Teraz to bardzo wygodna wymówka. Każdy doskonale wiedział jakie są zasady i zgłaszając reprezentację do turnieju, podpisywał się pod nim rękami i nogami. Trzeba było olać temat, jak najmocniejsi Rosjanie i byłoby po kłopocie.

Myślę też, że niepotrzebnie szargamy sobie nerwy tym wiecznym biadoleniem, jak to jesteśmy bez przerwy pokrzywdzeni. Niejeden finał jeszcze przegramy i niejeden wygramy. Poszedłbym jednak w tym kierunku, że w Manchesterze przegraliśmy frajersko i na własne życzenie. Ale żeby od razu robić z drugiej lokaty tragedię narodową?

Co do sytuacji w finale ze Zmarzlikiem i upadkiem Janowskiego, dla mnie sytuacja jest jasna. Zawinił Maciek, który wszedł w linię jazdy Bartka. Zawodnik Betard Sparty miał na tyle orientacji, że wiedział, które ścieżki obiera Zmarzlik. Niepotrzebnie poszedł za nim na wariata. Trzeba było zachować trochę zimnej głowy, zająć się jednym Anglikiem, a nie połykać od razu dwóch.

 Nie wiemy, jaka była umowa pomiędzy naszymi kadrowiczami w parkingu. Na pewno jedna zebrali się z trenerem i ustalali wspólną strategię na finał. Tylko, że teraz podobne rozważania można już wyrzucić do kosza. To co jest w Vegas, zostaje w Vegas. Tajemnica szatni.

Zmarzlik był koniem pociągowym tej reprezentacji, napędzał się po szerokiej. To było w weekend jego środowisko naturalne. Pod bandą czuł się jak ryba w wodzie. I tak się zastanawiam, bo nasz dwukrotny mistrz świata, na którym polu startowym nie stanął, nie robiło mu to różnicy, ale jednak dostawał zazwyczaj te korzystniejsze "gejty". Może lepiej byłoby zbudować Maćka i dawać mu wychodzić spod taśmy bliżej krawężnika.

 Janowski męczył się w niedzielę, nie był solidnym wsparciem dla Zmarzlika, jak miało to miejsce dzień wcześniej, ale tu nawet Kubera by nie pomógł.

I brawa dla Anglików, oddajmy cesarzowi co cesarskie. Wracają na tron zawodów drużynowych po 32 latach posuchy. Za chwilę i tak nikt nie będzie pamiętał, że weszli do finału psim swędem. Liczyć się będzie tylko to, że rozklepali w nim Polaków.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje