Reklama

Reklama

Legendy żużla. Taksówkarz z Torunia. Marian Rose przeczuwał, że to będzie jego ostatni mecz w życiu

Patron toruńskiej Motoareny późno zaczął jeździć na żużlu. Przez 12 lat kariery zapracował sobie jednak na miano legendy, nie tylko w swoim mieście. Marian Rose jest dla Torunia tym samym, co Alfred Smoczyk dla Leszna. Jego karierę przerwała śmierć na torze w Rzeszowie, a okoliczności tej tragedii są bardzo zastanawiające. Rose mógł mieć wtedy coś w rodzaju złego przeczucia.

Zaczął w wieku, w którym niektórzy kończą

Reklama

Marian Rose pierwszy rok ligowych startów odjechał, mając... 25 lat. Nawet biorąc pod uwagę późne zaczynanie karier zawodników przed laty, jest to historia bez precedensu. W obecnych czasach część żużlowców, którym nie poszło w pierwszych latach seniorskiej kariery, są już w tym wieku na sportowej emeryturze. Torunianinowi nie przeszkodziło to jednak w dojściu do wielkiej klasy i szybko trafił do reprezentacji Polski. Już w premierowym roku startów zajął też trzecie miejsce w żużlowych mistrzostwach Torunia, będąc totalnym debiutantem.

W 1959 ówczesny LPŻ Toruń przystąpił do rozgrywek ligowych, a jego niekwestionowanym liderem był właśnie Marian Rose. Już na otwarcie sezonu podczas meczu w Krakowie zdobył 14 punktów, czym zaszokował opinię publiczną. W świecie żużla bowiem wciąż był postacią stosunkowo nową, której nie traktowano na równi z wielkimi tuzami tamtych czasów. Rose jednak stopniowo budował swoją pozycję, odnosząc liczne sukcesy przede wszystkim w zawodach krajowych.

Dwukrotnie zdobywał srebro w indywidualnych mistrzostwach Polski (1961, 1966). Wielokrotnie startował także w innych polskich turniejach rangi mistrzowskiej, Złotym czy Srebrnym Kasku. Należy pamiętać, że występ w takich zawodach był wówczas nagrodą za skuteczną jazdę w lidze. Typowano żużlowców z najwyższymi średnimi, a Rose takową posiadał niemal co sezon. Był w Toruniu następcą Jerzego Wierzchowskiego, Alojzego Zakrzewskiego czy Tadeusza Jaworskiego.

Taksówkarz żużlowcem

W tamtych czasach zdecydowana większość żużlowców poza startami na torze normalnie pracowała zawodowo. Wielu z nich miało zatrudnienie "okołożużlowe" - byli mechanikami lub po prostu pracowali przy różnego rodzaju sprzęcie, często przy motocyklach właśnie. Marian Rose miał zajęcie dość nietypowe, bo był taksówkarzem. Po ulicach jednak jeździł spokojniej niż po żużlowym torze, bowiem nie jest znany żaden przypadek kolizji spowodowanej przez bardzo dynamicznego na torze Rosego.

Toruński taksówkarz sukcesy odnosił także na arenie międzynarodowej. W 1966 roku wraz z kolegami z reprezentacji Polski sięgnął we Wrocławiu po drużynowe mistrzostwo świata. Można powiedzieć, że był to jego największy sukces w sportowej karierze. Mógł jeszcze wystartować w europejskim finale indywidualnych mistrzostw świata, ale przeszkodził mu wielki pech. Nie dopełniono formalności i Rose nie otrzymał na czas zgody na opuszczenie kraju.

Rok 1966 był najlepszym w jego karierze i poniekąd ostatnim, w którym jeździł na tak dobrym i regularnym poziomie. Nadal oczywiście był czołowym żużlowcem klubu z Torunia (wówczas występującego już pod nazwą Stal), ale brakowało mu tego błysku sprzed lat. Potrafił wygrać duże turnieje, jak choćby ten o Puchar I Sekretarza PZPR, ale robił to coraz rzadziej. Nosił się z zamiarem zakończenia kariery po roku 1969, ale zdecydował, że jednak podejmie jeszcze walkę i wystartował także w kolejnym sezonie. Można stwierdzić, że ta decyzja kosztowała go życie.

Przeczuwał tragedię?

19 kwietnia 1970 roku. Stal Toruń rozpoczyna ligowe starcie w Rzeszowie, oczywiście z Marianem Rose w składzie. Podczas prezentacji lider Stali miał zwracać kolegom z drużyny uwagę na trudne warunki torowe, czego nigdy wcześniej nie robił. Mówił, by na siebie uważali. Ponoć miał też rzucić "musicie to wygrać", tak jakby z założenia stwierdził, że jego zabraknie. Najbardziej zastanawiające było jednak jego zachowanie po prezentacji, kiedy to zgodnie z wieloletnim zwyczajem zawodników obdarowywano kwiatami.

Rose bukiet wręczył żonie rzeszowskiego zawodnika Józefa Batki. Czyżby wiedział, że jemu te kwiaty się nie przydadzą? Po zejściu do parku maszyn koledzy musieli, oczywiście w żartobliwym tonie - ciągnąć go przed siebie, by zdążył przygotować się do startu zawodów. Wyglądał, jakby nie chciał w ogóle ich rozpoczynać. Być może gdyby spóźnił się na ten feralny pierwszy bieg...

Rose po starcie prowadził, lecz zaliczył tak zwany uślizg. Dwóch zawodników zdołało go ominąć, ale Zdzisław Hap niestety nie. - Pamiętam, że kiedy zobaczyłem leżącego Mariana, wyprostowałem tylko motocykl, myśląc, że go ominę. Nie udało się jednak. Poczułem uderzenie i po chwili sam wylądowałem pod bandą. Kiedy się podniosłem, dowiedziałem się od kolegów, że z Marianem Rose jest źle, nie przypuszczałem jednak, że aż tak. Po kilkunastu minutach już w parkingu dowiedziałem się, iż Rose nie żyje - relacjonował po latach na łamach "Nowości".

Marian Rose jest do dziś uznawany za jedną z największych legend w historii toruńskiego klubu. Jego jazda jest często wspominana, organizowano turnieje memoriałowe poświęcone jego pamięci. - W Toruniu wszyscy go znali. Wystarczyło tylko, że wyszedł na ulicę - mówiła żona żużlowca w wywiadzie dla "Dzień Dobry Toruń" kilka lat temu. W swoim mieście Rose na zawsze zostanie legendą. 

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź!



------------------------------------------------

Samochód 20-lecia na 20-lecie Interii! ZAGŁOSUJ i wygraj 20 000 złotych - kliknijZapraszamy do udziału w 5. edycji plebiscytu MotoAs. Wyjątkowej, bo związanej z 20-leciem Interii. Z tej okazji przedstawiamy 20 modeli samochodów, które budzą emocje, zachwycają swoim wyglądem oraz osiągami. Imponujący rozwój technologii nierzadko wprawia w zdumienie, a legendarne modele wzbudzają sentyment. Bądź z nami! Oddaj głos i zdecyduj, który model jest prawdziwym MotoAsem!

Dowiedz się więcej na temat: żużel | Marian Rose | Alfred Smoczyk | eWinner Apator Toruń

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje