Reklama

Reklama

​Legendy żużla. Stanisław Tkocz był filarem drużyny, przez którą w Rybniku przestali chodzić na żużel

Dominacja rybniczan w latach sześćdziesiątych była tak ogromna, że miejscowi kibice po prostu znudzili się ciągłymi zwycięstwami, a stadion corocznych mistrzów kraju po prostu świecił pustkami. W zespole brylowali wówczas tacy zawodnicy jak Antoni Woryna, Andrzej Wyglenda, Joachim Maj czy właśnie Stanisław Tkocz, którego rekord do dziś jest niepobity.

Ile można wygrywać?

Reklama

ROW (wcześniej Górnik) Rybnik w latach 50-tych i 60-tych był prawdziwnym hegemonem polskich rozgrywek żużlowych. Zespół w latach 1956-1970 tylko jeden raz ukończy sezon poza podium, zdobywając jedenaście (!) złotych medali. Rybnicki dream team był wówczas w zasadzie nie do pokonania, mając kilku liderów jeżdżących na poziomie dzisiejszych występów Bartosza Zmarzlika. Z tak ułożoną ekipą dało się wygrać pojedynczy mecz w sezonie, ale ilość końcowych triumfów dobitnie świadczy o tym, że pokonanie ich w walce o złoto graniczyło z cudem.

Jednym z najważniejszych elementów tej układanki był Stanisław Tkocz. Można powiedzieć, że w większości sezonów był czołowym zawodnikiem klubu z Rybnika. Dołączył do drużyny w 1955 roku, kiedy ta jeździła jeszcze w II lidze. Już rok później zaczęła się całkowita dominacja, w której Tkocz brał aktywny udział. Premierowy sezon na pierwszoligowych torach zakończył ze średnią biegopunktową 2,179 i jak na debiutanta był to wynik fenomenalny. 

Jeszcze bardziej imponujące jest to, że Tkocz poniżej średniej 2,000 nie zszedł... przez kolejnych 15 lat. W obecnym żużlu wydaje się to nieprawdopodobne i być może tylko wspomniany Zmarzlik będzie w stanie zbliżyć się do tego osiągnięcia. W latach 1962-1968 rybnicka drużyna zdobyła siedem złotych medali Drużynowych Mistrzostw Polski z rzędu, będąc w zasadzie rokrocznie poza zasięgiem rywali. To zniechęciło tamtejszych kibiców do przychodzenia na stadion, bowiem nudziły ich ciągłe wygrane. Obiekt mistrzów kraju podczas domowych meczów potrafił być w wielu fragmentach pusty, co wydaje się dziwne, ale w pewnym sensie zrozumiałe.

Szczęśliwie urodzony

Często mówi się o zawodnikach, którzy urodzili się za wcześnie/za późno, by osiągać sukcesy w danej dyscyplinie. Jako przykład można podać np. polskiego skoczka Roberta Mateję, który miał predyspozycje do bycia niezłym zawodnikiem, ale kompletnie nie radził sobie ze sferą psychiczną. Być może gdyby skakał 15 lat później, znacznie bardziej już rozwinięta psychologia sportowa pomogłaby mu w utrzymaniu nerwów na wodzy. Przez kilka swoich słabych skoków Mateja bowiem dla wielu Polaków jest symbolem nieudacznictwa, co wydaje się wobec niego bardzo krzywdzące.

Stanisław Tkocz nie mógł jednak lepiej trafić, jak chodzi o moment, w którym zaczął jeździć na żużlu. Złota era rybnickiego speedwaya przyczyniła się do tego, że do dziś ten żużlowiec dzierży zaszczytny rekord, który trudno będzie mu odebrać. Jedenaście złotych medali DMP to dorobek kapitalny. Co prawda ROW miał wówczas dużą przewagę sportową i finansową nad resztą stawki, ale wynik mówi sam za siebie. Dzięki tym sukcesom Tkocza śmiało można określić mianem jednego z najbardziej utytułowanych żużlowców w historii polskich rozgrywek ligowych. 

Rybnickiej drużynie był wierny przez niemal całą karierę. Dopiero na ostatni sezon startów przeniósł się do Kolejarza Opole i tam po roku zakończył żużlową przygodę. Być może wpływ na to miał drugi z rzędu sezon ze znacznie słabszą średnią. Tkocz był przecież przyzwyczajony do bycia liderem. Tymczasem ostatni rok w Rybniku to już tylko 1,528 i niewiele lepsze 1,563 w Opolu. Tkocz postanowił, że to dobry moment, by zejść ze sceny, co też zrobił w wieku 36 lat.

Zdobył to, co najcenniejsze

Poza świetnymi występami w lidze, Stanisław Tkocz osiągał sukcesy również w innych zawodach. Dwukrotnie triumfował w finałach IMP (1958, 1965), a dla większości polskich żużlowców ten tytuł jest najważniejszym, jaki można zdobyć. Za każdym razem na podium stały z nim inne legendy: najpierw Edward Kupczyński i Joachim Maj, później Andrzej Wyglenda i Andrzej Pogorzelski. Kupczyńskiemu uległ z kolei w 1956 roku, kiedy to stanął na najniższym stopniu podium. Złoto trafiło do Floriana Kapały.

Ogólnie w finałach IMP Stanisław Tkocz jeździł aż dwunastokrotnie. Udału mu się także zwyciężyć w prestiżowym turnieju Złotego Kasku. Startował również na arenie międzynarodowej i osiągał tam sukcesy. Był dwukrotnym drużynowym mistrzem świata (Wrocław 1961, Rybnik 1969). Należał do absolutnej czołówki polskich zawodników w latach 60-tych. Indywidualnie też jeździł w finałach mistrzostw świata, ale jego najlepszy wynik to 9. pozycja w Goeteborgu w roku 1966.

Na żużlu jeździli także jego dwaj bracia, Andrzej i Jan Tkoczowie. Nie mieli jednak tak znaczących wyników, choć w historii speedwaya się zapisali. Stanisław Tkocz w ostatnich latac życia mieszkał w Niemczech i tam też w 2016 roku zmarł. Dla prawie 80-letniego byłego wojownika żużlowych torów zabójcze okazało się zapalenie płuc. - W latach 60-tych, kiedy miałem to szczęście zasiadać na stadionie w Rybniku i oklaskiwać kolejne medale rybnickiej drużyny, on co roku był w gronie liderów drużyny - wspominał go na łamach Przeglądu Sportowego dziennikarz Stefan Smołka. 

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź!

Dowiedz się więcej na temat: Stanisław Tkocz | PGG ROW Rybnik | PGE Ekstraliga

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy